Z DNIA NA DZIEŃ, Z TYGODNIA NA TYDZIEŃ

Pamiątkowa tablica Henryka Berezy

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: piątek, 10, maj 2019

13 maja (poniedziałek) 2019 roku, o godzinie 12.00 nastąpi odsłonięcie tablicy pamiątkowej poświęconej patronowi szczecińskiej Fundacji Literatury im. H. Berezy - Henrykowi Berezie; na ścianie budynku przy ul. Widok 19 w Warszawie, gdzie śp. Henryk Bereza mieszkał.
Tablicę odsłoni Wiesław Myśliwski.

Henryk Bereza – (ur. w 1926 r. w Miedniewicach, zm. 21.06.2012 r. w Warszawie) – krytyk literacki i eseista. Przez ponad pięćdziesiąt lat był redaktorem miesięcznika „Twórczość”, gdzie kierował działem krytyki, a następnie prozy i był zastępcą redaktora naczelnego. Ponad trzydzieści lat miał w „Twórczości” autorską rubrykę Czytane w maszynopisie. Mieszkał w Warszawie. Wydał książki: Sztuka czytania (1966), Doświadczenia (1967), Prozaiczne początki (1971), Związki naturalne (1972, 1978), Proza z importu (1979), Taki układ (1981), Bieg rzeczy (1982), Sposób myślenia: tom 1 – o prozie polskiej (1989), Pryncypia. O łasce literatury (1993), Obroty (1996), Oniriada. Zapisy z lat 1976-1996 (1997), Epistoły (1998), Miary (2003), …Wypiski… (2006), Względy (2010), Zgłoski (2011), Zgrzyty (2014), Alfabetyczność (2018). W roku 2010 ukazały się Końcówki. Henryk Bereza mówi (wywiad przeprowadzony przez Adama Wiedemanna i Piotra Czerniawskiego).

Czytaj więcej: Pamiątkowa tablica Henryka Berezy

Cygańskie życie to raj...

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: czwartek, 09, maj 2019

Jerzy Żelazny

Opadnie z nas ciemność / i nieczystość serc. / I żyć będziemy pięknie / jak ludzie. // Ale zapłaczą starzy Cyganie / przypomną dawny czas / i lasy, i rzeki, / i góry, i ognie. // Ich serca jak kamienie: / w lesie wyrosły / i skamieniały.

Ten wiersz Papuszy, romskiej poetki (Bronisławy Wajs) noszę w pamięci z dawnych lat. Niegdyś urzekła mnie ich prostota, tkwiący w nich oddech lasu, wyboistej drogi… Teraz w maju, gdy z okna mego mieszkania spoglądam na smugę lasu, przypomina mi się zdarzenie z dzieciństwa. Miałem pewnie cztery a może już pięć lat, był początek maja, kilka cygańskich wozów jechało drogą, która oddzielała wiejskie pola od lasu i niknęła w jego cienistej głębi. Ten piaszczysty trakt budził moją ciekawość, dopytywałem się dorosłych, dokąd prowadzi, gdzie można nim dojechać. Odpowiedzi były zbywające, nijak nie potrafiłem wyobrazić sobie, dokąd można zajść tą drogą. I wówczas powiedziałem do mamy, pobiegnę za Cyganami, dowiem się, dokąd zaprowadzi ich ta droga. A mama westchnęła, rzekła, też bym chętnie rzuciła wszystko w czorty i poszła za nimi… Ale zaraz się opamiętała, wołając, synku, co ty, Cyganie wzięliby cię z sobą, już byś tu nie wrócił…

Czytaj więcej: Cygańskie życie to raj...

Notatki na marginesach (21)

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: środa, 08, maj 2019

Bartosz Suwiński

KOTLINA. ZIARNOPŁONY.

1.
Zawilce i jaskry nad rzeką. Fiołki i przylaszczki w ogrodzie. Pierwszy raz kąpiemy się razem z Jankiem. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek miał tyle razy palec w pępku. Pierwszy raz osrał mnie w tym roku ptak. Pierwszy raz widziałem w tym roku traktor z bronami. W tym roku pierwszy raz rusałka ceik. Pierwszy raz, w tym roku. Dzwoniec jak przecinek. Para różeńcy na rzece. Krzyżówki i ich życie na wodzie. Kolory Nysy, wariacje mulone i przejrzyste, zawiłe i spławne. Trzcinniczek będący interpunkcją, sroka będąca ciężką kropką po kaskadowym zdaniu. Trznadel. Biały ciemiernik. Brzoza w dole, może się ostanie. Ciemno, z okien patrzą. Słychać dzięcioła już kilkadziesiąt kroków stąd, choć nie widać go nawet, tu. Wschodzą tulipany. Młoda pokrzywa jeszcze nie parzy. 16:47, czwarty kwietnia, czarny kot przebiega nam drogę. Janku, zobacz jak ten komin kopci!

2.
Jeż siedzi w krzaku lawendy, sunie ku nam noc. Po chwili pies ujada. Palę światło i widzę, jeża na kopcu ryżu, w misce Mefistofelesa. A obok, za czerwoną nogą ławki, drugi jeż, zawinięty w kłębek. Muszę odciągnąć jakoś psa, żeby jeże uszły w ciemne. Przy zejściu do piwnicy mała myszka, która wychyla pyszczek, kiedy palę światło i od razu chowa. Przy wieczornych dymach. Zadomowiła się w sieni myszka. Nazwę ją Opal. Trzeci dzień kwietnia, jeż przyszedł drugi dzień z rzędu i zasiadł na ryżu z mięsem. Pies wydziera sobie kawałki jedzenia i wyraźnie zdezorientowany, je na trawie obok, co rusz obszczekując jeża. Jeszcze trochę i obudzi Janka.

Czytaj więcej: Notatki na marginesach (21)

„JESTEM i” Andrzeja Wasilewskiego

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: wtorek, 07, maj 2019

Anna Krasuska

JESTEM TAJEMNICĄ

jestem prawdą
nieznaną
gdyż prawda o człowieku
jest prawdą o świecie
(z poematu Jestem i)

Podmiot przedstawia się już w tytule tomu: Jestem i. Tylko tyle czy aż tyle? Jestem i, czyli kim? czym? Na to pytanie Andrzej Wasilewski daje odpowiedź w 70 częściach (od kilku do kilkunastu wersów) poematu połączonych spójnikiem „i”. Każda z tych części stwarza złudzenie zbliżania się do „prawdy” o „jestem”, gdyż po to daje taką nadzieję czytającemu, by za każdym razem zaświadczyć, że to zadanie niemożliwe do wykonania. Potwierdzić, iż tak „naprawdę” jestem tajemnicą.
Incipit poematu stanowi część dotyczącą określenia „ja” w czasie i przestrzeni. W związku z tym należałoby oczekiwać, że Podmiot, z którym wyruszymy w podróż przez kilkanaście części utworu, zostanie w miarę dokładnie usytuowany w czasoprzestrzeni. Jednak nie. Autor co prawda zapowiada: jestem tak długo jak jestem (…) gdyż gdy jestem wtedy jestem – sugerując, że czas teraźniejszy jest czasem jedynym. Ale w kontekście całej pierwszej części poematu czas teraźniejszy staje się określeniem bezczasu, jest czasem poza czasem. Nie inaczej rzecz ma się z lokalizacją: jestem tutaj / jestem tam / jestem wszędzie / tam gdzie trwam. Czyli gdzie? A czy to ważne? Ta nieprecyzyjna, nieostra w tym zakresie odpowiedź zwraca uwagę, że nie czasoprzestrzeń jest ważna, a istota bycia „ja”, istota tego, czym się jest:

Czytaj więcej: „JESTEM i” Andrzeja Wasilewskiego

Ostatnia godzina Waldemara Lewińskiego

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: poniedziałek, 06, maj 2019

Ewa Popławska

Waldemar Lewiński był świadomy tego, że wkrótce umrze. Dławiący kaszel nie ustępował. Leżał na łóżku spocony, a ciemny pokój zdawał się go pochłaniać. Na stoliku wesoło migotał płomień świecy, pozostawionej przez kuzynkę Alinę. Od dwudziestu lat żyła w tym samym domu, wśród zakurzonych woluminów i ponurych, dębowych mebli ze sterczącymi sękami. Przypuszczalnie wcale jej się to nie podobało i po stokroć wolałaby zamienić gorzkie staropanieństwo na gwarny dom. Teraz znikała częściej, niż zwykle, więc Waldemar czuł się samotny.
Spojrzał na stary, stojący zegar. Jasna tarcza uśmiechnęła się przekornie i wskazówka znów przeskoczyła, powoli odmierzając czas konającego. Gdyby Waldemar był zdrowy, z pewnością spojrzałby z furią na zegar, zacisnął pięści i wysyczał przez zęby jakąś obelgę. Tym razem bał się jednak, że mówienie może mu zaszkodzić. Nade wszystko bał się kolejnego ataku kaszlu. Po ostatnim Alina weszła do pokoju - milcząca jak nigdy wcześniej - w skupieniu ściągając zakrwawioną poszwę. Przyniosła świeżą i powlokła nią kołdrę. Przyjemny zapach krochmalu musnął powonienie Waldemara. Uśmiechnął się nieznacznie, pocieszony wiernością kuzynki.
Teraz jednak Aliny nie było w pokoju, a on został sam na sam z widmem śmierci. Jej nadejścia bał się równie mocno, co kolejnego ataku. Suchoty przeżarły jego płuca i choć miewał lepsze lub gorsze epizody, nigdy wcześniej nie było tak źle. Rozluźnił dłoń, mocno trzymającą prześcieradło i poczuł, że chwila bezwiednego spoczynku poraziła go paroksyzmem strachu. „Rozluźniają uścisk ci, którzy odchodzą” – przemknęła paniczna myśl i na powrót zacisnął palce.
Znów spojrzał na zegar. Było przed jedenastą. Chciał przyspieszyć czas, to znów cofnąć, ale wskazówki nic sobie z tego nie robiły. Przeciwnie, konsekwentnie odmierzały kolejne minuty i w końcu wybiła pełna godzina.

Czytaj więcej: Ostatnia godzina Waldemara Lewińskiego