O podróżowaniu

Kategoria: felietony Utworzono: niedziela, 19, maj 2013 Opublikowano: niedziela, 19, maj 2013 Drukuj E-mail


Wojciech Czaplewski
 

Jakieś dziesięć tysięcy lat temu nastąpił przełom: pierwsi ludzie na rzecz osiadłego porzucili koczowniczy, wędrowny tryb życia. Że był to moment straszny i smutny, świadczy o tym historia zabójstwa Abla (wędrownego pasterza) przez Kaina (osiadłego rolnika). Nasi przodkowie Słowianie jeszcze dłużej trwali przy koczownictwie, dopiero półtora tysiąca lat temu przywarli do żyznych ziem środkowej i wschodniej Europy, wcześniejszym swym współudziałem w Wielkiej Wędrówce Ludów przyczyniwszy się do upadku ówczesnego Imperium.

Coś nas łączy z psami, których dzicy przodkowie polując przemierzali stepy. Większość psów uwielbia nie tylko codzienne spacery, ale i jazdę samochodem, zwłaszcza kiedy wystawiwszy przez okno łeb mogą napawać się tym rozkosznym pędem powietrza. Podobnie dzieci, bliższe natury niż my – cywilizowani dorośli. Radośnie podniecone każdą podróżą, ochoczo wystawiają głowy przez okna pociągu, narażając się na przeziębienia oraz wściekłość mamuś i tatusiów. Ta podszyta wiatrem radość, to uniesienie, kiedy znikają za plecami mury rodzinnego miasta, a oczom otwierają się nieznane pejzaże. Kiedy to się kończy, dopada nas starość, z definicji ciążąca ku ziemi, ku bezruchowi.
Widać półtora tysiąca lat to za mało, by wykorzenić z genów miłość do wędrowania.

Od niemal trzech tysięcy lat nie słabnie powodzenie „Odysei” (dziś, kiedy już nikomu nie chce się czytać, możemy obejrzeć odnośny serial w telewizorze). „Każdy z nas jest Odysem”, jak pisał Leopold Staff: tak jak Odyseusz spotykamy kobiety, które zamieniają nas w świnie, zstępujemy do czeluści, walczymy z potworami, zrodzonymi w naszych sennych koszmarach albo w gabinetach władzy, przemykamy między Scyllą pychy a Charybdą upokorzenia. Jednak „Odyseja”, ta wielka metafora ludzkiego życia, nie jest metaforą wystarczającą. Przypominam, że podróż Odyseusza była  powrotem, celem była Itaka – rodzinny dom, żona i syn. Gdyby chcieć za pomocą obrazka wyrazić antyczne, homeryckie poczucie czy też przeczucie czasu, trzeba by narysować strzałkę wygiętą w kółko albo węża pożerającego własny ogon. Przekonanie starożytnych o kołowym, cyklicznym charakterze czasu, o wiecznym powrocie, wzięło się zapewne z obserwacji przyrody: ruchu gwiazd na firmamencie, faz księżyca, następstwa pór roku czy dnia.

Jest jeszcze inna możliwość. Można kółko rozprostować i czas przedstawić za pomocą prostej strzałki, wskazującej od nieznanego początku do ukrytego końca. „Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy?”. Biblijny podróżnik Abraham – w rankingu archetypów niżej od Odyseusza. Ojciec wiary. Ktoś, kim Bóg szarpnął, wypchnął za drzwi i wyprawił w drogę. Abraham do nikąd nie wracał. Przeciwnie niż Odyseusz, puścił się w nieznane. Czy trzeba tłumaczyć, że każdego taka podróż czeka? Być może bezruch i namysł starości to tylko pakowanie manatków przed ostatnią wyprawą, do tej nieznanej w atlasach krainy, skąd nikt nie wrócił, chyba żeby nawiedzać nas w snach.
Wymyślono człowiekowi nową nazwę: homo viator. Człowiek w drodze. Czym jest ta nasza droga? Pielgrzymką? Wygnaniem? Wzlotem? Upadkiem? Ucieczką? Spacereczkiem?

Wojciech Czaplewski



Felieton literacki z przygotowywanej do druku książki W. Czaplewskiego Pochwała nierozumienia, która ukaże się nakładem Bałtyckiego Stowarzyszenia "Sieciarnia" (w ramach biblioteki "Latarni Morskiej") w 2013 r.