Czytacze

Kategoria: felietony Utworzono: poniedziałek, 27, maj 2013 Opublikowano: poniedziałek, 27, maj 2013 Drukuj E-mail


Lech M. Jakób
 

Jedna z zasadniczych wątpliwości naszej egzystencji brzmi: czytać czy nie czytać? I nie łapcie mnie za słowa, twierdząc iż pytanie postawione jest źle. Bowiem fundament niepokoju jest jasny, niczym niebo w rozsłonecznionym poranku. Dobrzy Ludzie doby współczesnej naszego kraju czasem widują książkę (lub słyszą o niej) w telewizji, na ogół nie kalając sobie rąk jej fizyczną postacią.
Z badań socjologicznych wynika, że przeszło połowa narodu nie czyta książek, a o kupowaniu tychże to już lepiej nie wspominać. Coś bolesnego wiedzą o tym księgarze i wydawcy, sporo uwag także mogą dodać bibliotekarze.

Cholera, co się porobiło? - pytał mnie mój znajomek od Bagien Biebrzańskich. Ano porobiło się. Wymiar społeczny jest tego taki, że w towarzystwie nie opowiada się już nawet przaśnych anegdot na przykład z Gargantui i Pantagruela o podcieraniu się gęsią szyjką, gdyż Dobrzy Ludzie przestali kumać. Ci Dobrzy Ludzie nadal są dobrymi, ale akurat bez udziału książki, która jawi się pterodaktylem zamierzchłej epoki Gutenberga.
Tłumaczą niektórzy, iż pożytki płynące z lektury tradycyjnej postaci książki zastąpić mogą inne media, zwłaszcza w nośnikach elektronicznych upatrując przyszłość. A jest to wyobrażenie z gatunku tych, że róża plastikowa zastąpi żywą, zaś sztucznie upichcona woń dezodorantu zapach oryginalny.

Smutek towarzyszący tego rodzaju refleksjom jeszcze pogłębia się, gdy posłuchamy opinii osób tworzących klimat wokół książki, nie wyłączając polityków z głównych stron gazet. Na przykład mocno zapadła w pamięć wypowiedź drugiego prezydenta obecnej Rzeczpospolitej, który z rozbrajającą szczerością publicznie przyznał, że więcej książek napisał, niźli przeczytał. Inna z kolei prominentna postać oświadczyła, iż książka, w odróżnieniu od kiełbasy, nie jest towarem pierwszej potrzeby.
By dopełnić czary, trzecia, najświeższa cytacja. Wiadomo jak przemożny wpływ na tak zwanych potencjalnych konsumentów kultury miewa telewizja. Otóż jeden z bardziej lubianych dziennikarzy, niejaki Sławomir Jeneralski, raczył się wyrazić w majowym „Monitorze Wiadomości”: Z biologicznego punktu widzenia ani jogurt, ani książka nie są człowiekowi potrzebne.
Dla podobnie traktujących książki osób magia czytania na zawsze pozostanie mętnym terminem ze słownika wyrazów obcych. A tęże magię co najwyżej upatrywać będą w obracaniu książeczkami czekowymi.
Co nie rzec, trwa pomór rasowych czytaczy. Topnieją szybciej od lodowców na biegunach.
Jeszcze trochę, a czytanie zepchnięte zostanie w rejony zdarzeń okolicznościowych, porównywalne do strugania świątków - prorokują czarnowidze. Kojarzyć się będzie z czynnością tyle intymną, co krępującą.

Ostatnio w pociągu doszło do interesującej rozmowy. Gadałem z pewnym wiekowym panem. Powiedział na koniec: No, kiedyś, przynajmniej nie wypadało mieć nierozciętej* książki. Wstyd był i jakiś pozór chociaż ludziska zachowywali. Wykładnia owego spostrzeżenia jest  taka, że dziś nawet pozorowanie obcowania z książką umarło, a rozmaite trepy, przepraszam - rozmaici Dobrzy Ludzie, potrafią wręcz szczycić się nieobecnością książki w ich życiu.
Czy może być jakaś pointa? Pointa jest żałosna i chyba ją sobie darujemy.

______________________________________________
*Nie  tak dawno jeszcze (a i obecnie czasem w reprintach lub stylizowanych wydaniach) sprzedawano książki ze złożonymi i nie przyciętymi arkuszami, co wymuszało rozcinanie kart specjalnym nożykiem do papieru. Takie nożyki znajdowały się na każdym domowym biurku i przy każdej biblioteczce.

Lech M. Jakób



Felieton pochodzi z przygotowywanej do druku książki Poradnik grafomana, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa FORMA