Kair

Kategoria: proza Opublikowano: piątek, 06, maj 2016 Drukuj E-mail

Grzegorz Walczak


Narodził się też Chrystus, poprzednik Mahometa, i Allach powołał go na sędziego w dniu Sądu Ostatecznego. Arabski Allach był dla podbitych ludów bardziej wyrozumiały. Liczyli się z nim Turcy, następni prawodawcy „świata”, bo był również ich bogiem, a i musieli się też liczyć z mnogością podbitego ludu. Wielkie jest królestwo Allacha – i dla Omajjadów w Damaszku, i Abbasydów w Bagdadzie, i wszelkich sunnitów albo też surowej i powściągliwej sekty szyitów, którzy za prawowiernych imamów uznawali tylko kalifów do czwartego pokolenia, licząc od zięcia Mahometa, Alego. Ich był cały Maghreb i ich był potem Egipt. I narodziła się Fatima, córka Mahometa, by dać dynastię Fatymidów. I narodził się imam - niebieskooki Ismail, by być wiecznie pijanym i dać drugą nazwę Fatymidów – izmailici. A nie ma nic tak okrutnego od krańca do krańca Maghrebu jak niebieskooki kalif. I znów spokojny Egipcjanin milczał, biernie znosząc swój los pod okrutnym jarzmem. A jego zgoda i brak zdziwienia przypominały siwość oczu bardzo starych zwierząt, szlachetnych i obeznanych z szalejącym światem. On podobnie jak Prorok dobrze musiał wiedzieć, że Bóg wciąż się odnawia.

I musiał wiedzieć, że tak szalony i okrutny jak Hakim może być tylko Bóg. Więc znów nie zdziwił się lud słonecznych przestrzeni, kiedy się Hakim przyznał, że jest Bogiem. Cóż, okrucieństwo bezinteresowne czci się tak jak dobroć, jeśli boska. Od dawna mądrzy ludzie wiedzą, że Bóg jest szalony. I może być nim wielbłąd roześmiany w brunatnym pyle burzy, i może być nim kamień okrągły od tępoty, i może być nim ogień pląsający w oczach nawiedzonego kalifa lub szejka niby ogień nad powierzchnią nie istniejących a widocznych jezior. Wiedział Prorok, że Bóg jest koniecznością. Wiedział, że pod jego świętym kamieniem można odebrać karawanie wodę i cenny towar, że w jego cieniu można nasycić pragnienie kobiety w gorliwym gwałcie, pod tym kamieniem można także zabić. Jak czułe są wilgotne wargi wielbłądów i jakie spokojne są ich odległe myśli, majestatyczny dystans wobec przemienności świata! – zadumał się Prorok. Te godne, choć upokarzane zwierzęta przypominają mu właśnie starych Egipcjan. O ileż są one wspanialsze od bagdadzkich kupców albo tych „dupolubców z Mekki, których oczy toną w tłuszczu”. Prorok pociągnął kolejny wdech chamsinu. Przymknął powieki, uczynił zapraszający gest. I ja przymknąłem oczy. Kiedy położył mi na głowie ręce, spod ożywionych sklepień wypełzły sześciany minaretów i zaczęły drżące płynąć ku mnie. Nie dogasał wprawdzie wiek dziesiąty, a jednak zobaczyłem w rozszerzonych źrenicach Proroka grób Chrystusowy. Usłyszałem, jak ów Prorok zawarczał złowrogo i jak posypał się na święte miejsce grad kul ciężkich, raniących wiecznie żywe serce. Chrystus znów wschodził krwawą jutrzenką, już nie wiem który raz kamienowany. I coraz większą zagadką stawał się dla mnie ślepy triumf samozwańczego Hakima, bo on to stał przede mną, a nie mój Prorok, bo on to burzył grób Chrystusa, ale z Chrystusem złączony w jakimś okrutnie przebiegłym podstępie. Przecież on wiedział, że krew Pańska i niewinne powtarzanie męczeństwa, a nawet hańbienie grobowca, to odradzanie Boga-Człowieka. I przecież ten szaleniec musiał dobrze wiedzieć, że zabijając odradza, że kamieniując budzi, że zwyciężając przegrywa, że nieudolnie powiela szatana, a szatan jest koniecznym i wybranym instrumentem wszechwiecznego, co sam o swym istnieniu przypomina sobie dzięki bezeceństwom Antypoda i sensowności zła, które roztacza się dla potwierdzenia swego dobra. Dla Proroka to była stara gra. Czemuż więc z takim ożywieniem i zapamiętałą furią dawał się utożsamiać z Hakimem, a ten z kolei wżywał się w rolę diabelskiego boga? Czemu miała służyć ta dialektyczna dychotomia i po co to się wszystko powtarzało? Już osaczyły mnie płynące niebem minarety i kat Hakimski patroszył brzuchy poświęconych kobiet, półnagi chłopiec tryskał w ogień oliwkową spermą, a członek jego był w nieustannym płaczu, już po posadzkach tarzali się haszyszem nawiedzeni druhowie niebieskookiego, gdy nagle jasno zrozumiałem, że nie mam odwrotu, z tego domu nie wyjdę.

Któż zresztą naprawdę zna tajemnice haremów albo ogrodów miłości? Chłopak, który przed chwilą polewał aromatyczny ogień, znów miał plecy z marmuru i tkwił nieporuszoną rzeźbą w półgeście pokornej służalczości. A przed kalifem, niebieskookim Hakimem, rozsiadło się dwunastu nadimów, profesjonalistów od zgiętego karku, doradców i pochlebców z urzędu. Najadali się przy jego stole, gdy się on najadał, sycili oczy gibką i nagą w tańcu niewolnicą, kiedy on się sycił. Dźwięczał tambur płaczliwymi strunami. Niewolnica miała dziś dać Hakimowi dużo zadowolenia, bo to już nieuchronnie zbliżał się ramadan – miesiąc wszelkiego postu. Ramadanu przestrzegał nawet on, błogosławiony i boski Hakim. Efektownym końcowym akordem było pojawienie się tresowanego potężnego węża, który w wyrafinowanej pieszczocie oplótł kształtne dziewczęce ciało niewolnicy, kilkoma zaciśniętymi splotami spowodował pęknięcie aorty i śmiertelny wytrzeszcz oczu. Niebieskie oczy kalifa zaszły słodką mgłą, a w źrenicach odbijały się przebiegające niepohamowane skurcze spełnienia. Od tego momentu Hakim przez cały ramadan przeżywał postne dni bez świadomej zgody na wzwód członka.

Czy to ty wtedy zniknęłaś mi, Mario, w labiryncie pysznych korytarzy za ścianą, która się rozsuwa niezauważalnie pod dotknięciem włochatego palca uzbrojonego w sygnet bardziej nabrzmiały diamentami niż sygnet królewski? Kiedy spytałem, gdzie jesteś, człowieka o skórze jaśniejszej niż u pozostałych – wydawał mi się bowiem po Hakimie pierwszy – popatrzył na mnie nie rozumiejąc, o kogo pytam.

* *  *

Zawsze miałem skłonność do obcowania z bogami. Nic więc dziwnego, że siedzę w kucki na Muskhi, nieskończonej ulicy kairskich bazarów, pociągam z butelki tutejszy arak, który, nie wiem czemu, pachnie mi lubelskim jałowcem, i patrzę w gąszcz skradających się poprzecznych ulic. Wypływa z nich wezbrany niepokojem, pulsacją melodycznego światła Mokhatam. Siedzę spokojnie i popijam, bo wiem dobrze, że gdzie bym się nie ruszył, ile bym znów nie kluczył, ten złośliwszy niż wszystkie diabły eblis przywiedzie mnie z powrotem na Muskhi i posadzi w kucki, w rękę wciśnie butelkę z arakiem. Po co mi więc wędrować przez zaułki ulic, przez placyki, oblepione kramami ze starzyzną zwaną antykiem, wałęsać się wśród sklepików brązowniczych, przenikać przez rwetes niechlujnych kawiarenek, przez wyziewy ulicznych kuchni, napawać się wonią baraniego łoju wśród nawoływań sprzedawców lemoniady, handlarzy gazet, pucybutów, otoczony szarańczą smolistych, rozwrzeszczanych dzieci, którym z ust nie schodzi zapiekłe, mechaniczne „bakszysz”. Po co mi zaglądać do hotelików-burdelików – po kolorowe imitacje miłości? albo do mrocznych wnętrz, w których już z ulicy można dojrzeć „transujących” w uporczywym kołysaniu i nieznośnie powtarzanym derwiszowym śpiewie? Zniechęcony marnością własnych zmysłów niezdolnych ogarnąć tylu możliwości, nie podaję im już ręki, nie gonię, nie poszukuję, nie węszę, siedzę i czekam na moich nieuchronnych bogów, odpędzam natarczywe ulice, światła i zawołania, archaiczne formy przedmiotów zasiedziałych tu i prawdziwych, zeszpeconych reklamową margaryną Europy, która wciąż zewsząd przenika, czyni istny kiczomontaż, absurdalny melanż w i tak pomylonym mieście wszystkich i nikogo, w plątaninie Arabów, Turków, Żydów, Koptów, Syryjczyków i Ormian, Francuzów, Włochów i Greków, Anglików, Murzynów, a nawet Czerkiesów. Bywa tu fellah z doliny Nilu i groźny orlonosy Beduin. A gdzie są Egipcjanie? Nie ma ich w Kairze, jak słusznie twierdził lord Cramer, a czy są w Egipcie? Może tylko ten Kopt o arystokratycznych rysach jest żywcem wyjęty ze staroegipskich grobowców, marzyciel z usposobienia, a biznesmen z konieczności.

Siedzę smutny i czekam, aż się zacznie moja teofania, bogów odwiedziny, które już mnie nie są w stanie zaskoczyć, a tym bardziej przerazić. Ktoś mnie trąca w ramię, odwracam się, a to stary wielbłąd, objuczony dwoma potężnymi jukami wypchanymi bercimem, przystanął nade mną, trąca mnie i prycha. Może mu chodzi o to, że zbyt bezceremonialnie rozsiadłem się na trasie jego marszruty, a może chce mnie przestrzec przed zgubnymi skutkami araku. Stanął przy nim Arab w białym zawoju, w lichej, poszarzałej w swej białości galabiji. Czekał cierpliwie, aż wielbłąd skończy ze mną rozmowę. Wreszcie leniwie odezwał się do zwierzęcia – habibi (kochany). Dromader zastękał nade mną z politowaniem, mruknął coś na odchodnym i ruszył w dalszą drogę dostojnym krokiem najcierpliwszego ze zwierząt. Poczułem się przy nim jak europejska świnia i wstyd mi się zrobiło. Postanowiłem się uszlachetnić, a jednocześnie ukarać. Skierowałem się więc do jednej z tych krwawych rzezackich bud, z której dobiegały wrzaski nieszczęsnych chłopców. Stali tam opodal ich opiekunowie w nabożnej determinacji płynącej z upodobania w rytuale. Przed wejściem zawahałem się chwilę. Zdawało mi się, że ci wymalowani kolorowo na ścianie surowi i tępi rzezacy z brzytewkami w rękach zmawiają się na mnie i knują jakiś nielichy podstęp. A może mi urżną wszystko. Ta myśl tak mnie przeraziła, że oblałem się potem, zamknąłem oczy i jak rażony szpadą matadora, na wpół oszalały i zuchwały wbiegłem do wnętrza, odtrąciłem skrwawionego malca, co się właśnie z operacyjnego fotela z płaczem był dobywał, wyciągnąłem zawartość ze spodni i ku zdziwieniu mistrza ceremonii i murzyńskich clownów, służących do zabawiania chłopaczków rzezanych, oddałem napletek. Kiedy mnie już ocucili i uśmierzyli krwawienie ałunem, poprosiłem, by po wyprawieniu przysłali mi „skórkę” na adres mojego hotelu. Przypomniałem sobie zasłyszaną maksymę: „Celem jest kształtowanie osobowości, która w końcu pozwoli człowiekowi wznieść się ponad sztukę”, i zdanie chyba tego samego autora: „Amalekici kolekcjonowali napletki, tak jak my znaczki pocztowe”. Ponieważ od pierwszej licealnej klasy przestałem być kolekcjonerem znaczków, a doceniam wartość właściwego substytutu w zbieractwie, a moja osobowość wciąż wzbudzała we mnie pewne wątpliwości, więc postanowiłem ją przezwyciężyć, odrodzić i tak ją przezwyciężyłem. Zrozumiałem, że człowiek realizuje się naprawdę we własnym przezwyciężaniu i że bez tego jest bliższy roślinom lub kamieniom niż ludziom. Postanowiłem więc stać się bardziej ludzki, odnaleźć w sobie trochę godności, okazać sobie siłę nadwątlonej woli, no i zwycięski, choć skancerowany, wybiegłem, z godnością trzymając się za koniec. I byłem z siebie dumny, bo nie uczyniłem tego z żadnego wyrachowania, jak niektórzy mogli przypuszczać, ani z rytualno-religijnej konieczności – nie jestem ani Żydem, ani Arabem, nie usiłowałem się tym nikomu przypodobać, nie znalazłem w tym akcie sensu politycznego, więc dlaczego przyzwoliłem na ten ból? Dla bólu? Nie jestem masochistą. Oryginalność? Nie, nie! Uwierzcie mi, uczyniłem to bezinteresownie, dla osiągnięcia własnej zagubionej ludzkości, która ostatnio w charakterze europejskiej świni chlała arak w kucki na Muskhi i coraz bardziej upodlona zwyrodniałaby całkiem, gdybym nie wstrząsnął nią nieoczekiwanie. Ażeby oddać pokłon prawdzie, należy mi wyznać – co dopiero po głębszej analizie mego czynu dotarło do mnie drobną żmijką samowiedzy – że od dłuższego czasu cierpię na zanik indywidualności. Gdybym był zwykłym człowiekiem, może by mi to nie przeszkadzało, może bym nawet tego nie zauważył. Ale ja, bądź co bądź kandydat na wielkiego pisarza, nie mogę sobie pozwolić na wyschnięcie indywidualności. Wiadomo, że brak indywidualności wypełnia się miłością i że dla natur niezwykłych miłość jest zbyteczna. Zapewne dlatego naprawdę wielcy rzadko wielce kochają. Można to prześledzić na losach Napoleona i na moich. My serio kochaliśmy tylko siebie. Nie mógłbym na to przystać, aby w moim wypadku mogło być inaczej. Trzymałem się więc za krwawiący ubytek i biegłem nad błogosławiony Nil, urżnięty na dwa sposoby – i przy pomocy araku, i przy pomocy rzezackiej świątobliwej brzytwy, ja, sokół bojownik, „rozpościerający skrzydła”, Horus – bóstwo kosmiczne, ja, syn Re, splugawiony Allachem i robaczkowym ascetycznym pełzaniem wszystkich chrześcijańskich świętych.

- Proszę sobie wyobrazić moje poświęcenie i samozaparcie, tym bardziej że należę do generacji, dla której napletek jest ostatnią niepodważalną wartością. Cóż mi na to, towarzysze święte byki, powiecie? Wyobraźcie sobie – jestem Polakiem. To może dla was niewiele znaczy. Obwąchujecie od wieków różnych barbarzyńców, dla których piramida Cheopsa jest niczym daktyl dla małpy. Przyjeżdżają tu, by poklepać całkiem spsiałe, podobne do baranów sfinksy w Alei Sfinksów i przejechać się na wielbłądzie po namiastce pustyni za 25 piastrów.

Chodźmy do Luksoru, do świątyni, gdzie epoki siadają sobie na ramiona, gdzie arabski meczet przysiadł i wgryzł się w koptyjski kościół. Prowadź, święty byku, przez te wszystkie dynastie, prowadź mnie do Alka Wielkiego, który zdobył Luksor i stanął w rozkroku w stroju faraona. Tam już czekał, by przyjąć z jego rąk czarę z miłosnym napojem, mój serdeczny przyjacielu – nagi Amon ze stojącym na baczność fallusem. Widać, że przyjął ofiarę Aleksandra. – O, drogi Amonie! – załkałem. – Przyjmij i moją ofiarę, przyjmij mój bolesny napletek, a wróć mi mą miłość utraconą, którą daremnie i niegodnie frymarczyłem, chcąc się stać doskonalszym, wielkim. Teraz w tym akcie rozpoznaję pychę. Wiem już, kim jest dla mnie Maria. Domyślam się, że w mrokach swej zuchwałej samoświadomości, a może nawet niejasnych, nie do końca przetrawionych mniemań o sobie, dopuściłem się paserstwa duszy, handelku metafizycznego, zezwoliłem, tak, już wiem, że zezwoliłem, zgodziłem się na to, że Maria moja zniknie, że porwą ją ci fanatyczni opętańcy, którzy ciało jej będą po wielokroć hańbić, w zamian za to moja indywidualność rozrośnie się jak utajone, zamarłe w pustyni kłącze, kiedy tylko spadnie gwałtowny deszcz. Amonie, suchostoju, daj znak, jeden maleńki znak, że się zgadzasz. Zrezygnuję z wielkości swego pisarstwa, będę tylko po cichu i tak lichutko coś sobie czasem skrobać, ale będę dbać, żeby to nie trafiło do przebogatej wyobraźni krytyka, będę sobie tylko tak cykać, i to z rzadka, niemądrze i bez głębszego sensu, byleby tylko zaspokoić tę moją chorobliwą konieczność, bo już przywykłem – nie mniej niż do Marii – i nawet jest mi z tym nie gorzej niż z Marią. Ale niech się ona odnajdzie, cóż zrobić, umysł mam prosty, uczucie ciągle świeże, gdzież mi tam do rasy Übermenschów, intelektualistów wypranych z czułości serca, do ich nieskażonej perwersji oślepiającej jak lancet chirurga. Nie będę już kierować oczu w uniesieniu do nadwrażliwego Thota – boga pisarzy i sztuki pisania, uciekaj, płodny ibisie, widzisz, że rozmawiam z kimś potężniejszym – o, wybacz mi te konszachty z twoim lotnym kuzynem, Amonie. Pozwól mi odnaleźć utraconą miłość, będę jej szukał we wszystkich ogrodach, we wszystkich białych prostokątnych domach o wielkich prostokątnych oknach lub bez okien, w wilgotnym oddechu rozpryskliwych fontann, przy szlachetnej mozaice obok prywatnego źródła, będę kołatać też do tych domów, w których ubóstwo rozkłada się na klepisku. Aż odnajdę. A jak mi okażesz, Daleki, nieprzychylność, zbuduję sobie lepiankę, jak inni ubodzy, na dachu któregoś z domów przyśnionego miasta i jak małe dzieci, co jeszcze nie potrafią zarobić, nie będę schodzić na dół, tylko wrzeszczeć do ciebie, Panie Wszechrzeczy – zwróć mi moją skradzioną miłość! A gdy mi rozum powróci, bo go głód napędzi na właściwe miejsce, zejdę na ulicę, od dziewięcioletniego chłopaka wyżebrzę albo zabiorę plik gazet, pachnących – jak we wszystkich krajach – drukiem i sensacją, by je roznosić i sprzedawać, a potem będę sprzedawcą zimnych napojów po cztery piastry, plącząc się po ulicach z kubłem z wodą, sokami i coca-colą, zajrzę do każdej sieni, podejrzę z narażeniem życia, co ukrywa biały czarczaf, wśliznę się wszędzie, zakradnę do pałaców socjety, podsłucham każdy szelest, a gdy nic nie dosłyszę, zostanę na zawsze poza memu sercu najbliższą ojczyzną, otworzę kramik staroci i będę bazarnikiem, potem kupcem bławatnym, potem Bóg wie kim, aż grobowiec, sto pierwszy grobowiec, wydrążą dla mnie w skale, a nad nim najpiękniejsze reliefy, sceny z Księgi Zmarłego – będę tu przecież osobny.

I w trakcie sądu Ozyrysa pochyli się nade mną sprawny Anubis z głową szakala, pięknie mnie zmumifikuje, przyklęknie przy wielkiej wadze. Na jej szali spocznie moje jeszcze rozedrgane, wezbrane od miłosnego niespełnienia serce. Ale niemożność sądu tego objawi się całkiem wyraźnie. Oto na drugą szalę ciśnięta księga również wydarta z mojej patroszonej piersi. Ty ją poznasz, drogi Czytelniku, i zrozumiesz tragiczną równowagę szal. Będzie areopag sędziów w zielonych fryzurach siedzieć w osłupieniu w egipskich fotelach, a pisarz symboli wstrzyma swą rękę w półgeście. I zawołają boga słońca Re, i zawołają boga stwórcę Ptaha, i króla bogów Amona z Teb, i słoneczny Re znów się będzie dialektycznie jednoczył z Amonem, i Amon znów z niego wyrośnie jak wielka abstrakcja z roślin, zwierząt i gwiazd. Nic to nie pomoże. Ozyrys, w którego powinienem się rytualnie przemienić, bom niewątpliwy Horus, ostatni faraon na tej ziemi, będzie się trzymał za głowę w bezskutecznej męce. A ja będę parł, parł, gdyż najbardziej w Egipcie śmierć podobna jest do porodu. Ale nie tak łatwo porodzić Ozyrysa, gdyż już łatwiej kamień żółciowy. Tak się rodzi w cierpieniach własnych i cierpieniach bogów indywidualność rozdartą na pół. Czy rozdwojenie jaźni nie jest lżejszą chorobą? O, gdybym mógł dorzucić na którąś z szal wspomnienie o swym kraju. Za późno. Pozostanę w wiecznym niezdecydowaniu, ja mały, który mogłem być wielki, ja wielki, który byłem za mały.

Grzegorz Walczak


portal LM, maj 2016