***(gąbkami oklejona jest figura panny…), ***(mam w domu trochę trucizny...), ***(końce włosów miałam zmoczone…), ***(sięgasz do piersi, które nie są twoje…), ***(teraz się nauczyłaś kochać własną śmierć…), ***(czerwone chryzantemy ust niepodległych…)

Kategoria: poezja Opublikowano: niedziela, 21, luty 2010 Drukuj E-mail


Piotr Pawlak



gąbkami oklejona jest figura panny
smętny kawaler jak dym z białych świec
ona jest trochę martwa a on trochę żywy
nic nieznaczące gałęzie nieznane

takie to wszystko jest trochę potworne
przyprószone granatem niebo wieczorne
figura panny stoi, kawaler siedzi
na białym krześle, w czarnym garniturze
z białą konwalią – jakby siadł na chmurze

gdzieś daleko pozostał za nimi
krwią jednorożców popryskany świat

 


mam w domu trochę trucizny
która jest lepsza od wódki
czarnego chleba dmuchawca
który jest lepszy od świata

całe bogactwo herbaty
i miskę blaszaną do mycia
nic więcej mi nie potrzeba
tyle tylko, żebyś tu przyszła

dookoła są lasy czarne
w których wszystko się przypomina
w smutnych palcach matoły liści
cicho leży śniegu niewypał

w opierzeniach blaszanych
nocy skrzywionej
w kubeczkach malinowych
w których śpi życie

czarnego chleba opaska
która jest lepsza od diabła

 

 

końce włosów miałam zmoczone
a z wazonów wypływała zima
sny wisiały w ściągaczach swetrów
w mankietach białych koszul
ciągle żył strach

i była taka czułość, która upadła na ziemię
która mogła rozbijać domy i ludzi
i ślady pod oczami smutne wyrywać
i ciała ptaków spod przymkniętych powiek

są pręty nocy, które odnajdziemy
i wszystko będzie idealnie proste
będzie zimno albo będzie ciepło
będzie dobrze albo będzie źle

odnajdziesz korytarze, które polubisz
gdzie wiszą abażury w kształcie jego dłoni
tylko tam śmierć hoduje owoce mango
tylko tam się zaczyna takie małe życie

 

 

sięgasz do piersi, które nie są twoje
których nie lubisz – ja to przecież czuję
chciałbyś na nich rozmazać śnieg tej doliny
te wszystkie lata, ich diabelską słodycz

ja ci pozwalam wyczyniać, co tylko chcesz
pod warunkiem, że mnie nie boli
i czerwone gladiole jak ptaki
albo hałasy z rynien, gdzie płody aniołów
w deszczowych kroplach majstrują

przecież wiem, że ty mnie nie kochasz
albo tak ci się tylko wydaje
śmieją się kraty mojego więzienia
na których rozwiesiłam ogryzki jabłek

 

 

teraz się nauczyłeś kochać własną śmierć
teraz na pryczy masz całe królestwo
kromkę chleba, ogórka
wiesz, że w nich jest wszystko

ale wiesz również o tym –
z drugiej strony miasta
jest moje małe serce
i że masz tam dojść

w moich sandałkach
ból smutnej pieszczoty
o jakiej śniły zeszłoroczne kwiaty
w moich powiekach, w basenikach skór
śpią czarne lalki z obciążoną szyją

w rudym futerku kołysze się świat
przegryzione owoce na deszczu mokną

 

 

czerwone chryzantemy ust niepodległych
i tego, co otwierać się zaczynało
pomiędzy nami

uśmiechały się usta jak wyschnięte chmury
pod podłogami zatrzymał się żal
i w otoczkach brodawek, w ukąszeniach źrenic
którym wabienie diabła na nic się nie zdało

piersi sterczące z futer czarnych świń
od dotykania nie byłaś już ty

tylko szelest papierków – tyle nam zostało
i która da się nabrać na taką śmiertelność
od kołysania bioder zaczęła się zima
i było kołysanie, które nie przyszło




Latarnia morska 2 (6) 2007