"Spis ludności w Betlejem" według Brueghla, Biedny heteroseksualista

Kategoria: poezja Opublikowano: czwartek, 18, luty 2010 Drukuj E-mail


Tomasz Fijałkowski


„SPIS LUDNOŚCI W BETLEJEM” WEDŁUG BRUEGHLA

Znów cieszy mnie ten grudzień. Zwłaszcza kilka ostatnich dni,
gdy konstelacja Strzelca wytapia się w palenisku późnojesiennego nieba.

Cieszą mnie ulice Kordeckiego i Częstochowska. Ich cichsze niż migotanie
komór serca maszynownie, gdy co wieczór miasto jak aliancki konwój
płynie poza Archangielsk, na północ od wszelkiego dzieciństwa i rtęci.

Cieszy mnie tundra adwentu i ciąża mojej matki. Schody w szpitalu
nauczyły ją posługiwać się światłocieniem. Wtedy jeszcze nie rozlewała
herbaty. A ja urodziłem się o godzinie dwudziestej i tej wersji trzymam się
we wszystkich horoskopach.

Wersji, gdzie początek mateuszowej ewangelii zamienił się w przyzwoity
skandynawski dreszczowiec, na którego tarczy wyrzeźbiono zasypane
śniegiem Betlejem.

Miejsce smutniejsze niż kobza. Zawieszone nad otchłanią objawienia
miasto mamroczące coś na swoją obronę językiem toczących się beczek.

Gospody pełne futer. Chłopcy na łyżwach. Pomiędzy dyskretnym świniobiciem
a zamarzniętym stawem ciężarna kobieta na ośle i mężczyzna niosący piłę.
Tyle sacrum.

Psy Heroda jeszcze w kagańcach szkicu. Salome z nożem do otwierania kopert
zasypia, nie doczekawszy się listu, którego jednostką terytorialną będzie parafia.

To spokojna ekspozycja gorączkowego kryminału, w jaki się wszyscy osuniemy.

Ponad domami, w kratownicach gałęzi - słońce. Ognik wewnątrz
dyszącego bojlera wieczoru. Rdzawa stróżka światła cieknie środkiem płótna.
Przez dachy, strychy, półpiętra.

Wsącza się na brzeg wanny i płynie dalej w głąb emalii. Chowam nogi.
Nic prostszego - w wigilię własnych urodzin wziąć ciepłą kąpiel
i poczuć się znowu niesionym na spis powszechny.




BIEDNY HETEROSEKSUALISTA

Przestałem być modny, kiedy moi starsi koledzy włamali się
do robotniczego baraku, a dojrzewały wtedy ciężkie czereśnie
i w późne Boże Ciało ministranci przepasali alby ognistymi sznurami.

Pamiętam skrzypienie krótkich gwoździ trzymających schody,
czyjeś ramię, na tyle silne, by podważyć drzwi i nagły półmrok w sercu
czerwcowego popołudnia, gdy pod osłoną liści winobluszczu
weszliśmy do ciemnego wnętrza.

Wewnątrz stół, popielniczka, gazety, rozrzucone tłuste karty -
kubistyczna kompozycja pachnąca benzyną i papierosami,
których nigdzie nie mogliśmy znaleźć.

Przestałem być modny w baraku, którego krzywe ściany fastrygowane
światłem z zewnątrz objawiły mi kobiecą nagość i otworzyły się dla mnie
ciemne kielichy spomiędzy ud pozujących dziewcząt, których zdjęcia odkryliśmy,
gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności.

I nagle moje ciało stało się dwunastoletnim chłopcem
znalezionym w świątyni. I oblepiła mnie płeć - jak złota glina stopy,
gdy wywlekaliśmy się nadzy z ciepłego stawu i pomost drżał ze śmiechu
na widok przypadkowej erekcji któregoś z nas.

Nigdy szczęśliwszy niż wtedy - skradzione papierosy wilgotniały
w naszym schnącym po kąpieli kręgu i wszystkie rzeczowniki wyśpiewały mi
swój rodzaj żeński. Chorał, którego transkrypcji miałem się uczyć resztę życia.

I jeśli prawdą było, że ciało to świątynia, w której pomieszkuje duch -
poznałem wiele świątyń. Jednak falując w ciasnych nawach, zapatrzony
w bujne rozety piersi, gdy kościoły kładły się przede mną na planie krzyża,

zrozumiałem, że każde moje podniecenie, wiecznie żerująca para oczu,
wszystkie pożądania prowadzone w zapis, już sztywnieją w konwencję
i kalectwo stylu.

Już twoja nagość po wyjściu z wanny to najwyżej pocztówkowa wersja
"Narodzin Wenus". Już ty we mnie Oblubieńcem, już ja w ciebie Oblubienicą.
Już nasze stosunki, umówmy się, to cokolwiek śmieszna klasyka.



Latarnia Morska 3/2006