„Paralela”

Kategoria: eseje i szkice Utworzono: piątek, 25, listopad 2016 Opublikowano: piątek, 25, listopad 2016 Drukuj E-mail


Grzegorz Pełczyński

Biografowie Jana Kowalewicza, wybitnego pisarza emigracyjnego, najwięcej mogą powiedzieć o jego życiu po opuszczeniu Polski. O jego biedowaniu w latach pięćdziesiątych i wczesnych sześćdziesiątych, gdy tułał się po Francji, Anglii i Portugalii. O późniejszych sukcesach, gdy osiedlił się już w Stanach Zjednoczonych. Na temat tego okresu sam Kowalewicz dostarcza sporo informacji w swoich esejach i opowiadaniach, w których często pisze o tym, co mu się przydarzyło. A poza tym pisali o nim inni, interesujący się coraz bardziej znanym emigrantem. Natomiast o jego życiu w kraju niewiele wiadomo.

Niewiele zdaje się o tym wiedzieć nawet Mariola Prędki, autorka siedemsetstronicowego opracowania pod tytułem Pisarz niezłomny, traktującego o jego życiu i twórczości. Można w nim przeczytać, że urodził się w Puńsku w 1923 roku, w rodzinie nauczycielskiej. Po ukończeniu szkoły powszechnej, uczył się dalej w gimnazjum w Wilnie. Tam zastała go wojna. Był członkiem Armii Krajowej i uczestniczył w operacji „Ostra Brama”. Zaraz po wojnie, gdy Sowieci zaczęli aresztowania akowców, wraz z innymi przesiedleńcami opuścił Wileńszczyznę. W połowie 1946 roku zamieszkał w Szczecinie, skąd po niespełna dwóch latach nielegalnie wyjechał na Zachód.

Do niedawna zupełnie nie było wiadomo, co Kowalewicz robił w Szczecinie. Ponieważ zawsze bardzo interesował się wszystkim, co go otaczało, nietrudno się domyślić, że zauważył to, co się w tym mieście działo. Zresztą w eseju zatytułowanym Po wojnie, poświęconym sytuacji kultury europejskiej właśnie po zakończeniu wojny, której jedną z cech stanowiło pomieszanie wielu elementów, będące wynikiem migracji, wspominał Szczecin:

I pamiętam także Szczecin, który wówczas przestawał być miastem niemieckim, stając się polskim. Na ulicach słyszało się język niemiecki i polski. Ten drugi we wszystkich chyba  dialektach i gwarach, czasami  przechodzących w jidysz, ukraiński i francuski.

Ale można przypuszczać, że Kowalewicz nie interesował się tylko sytuacją lingwistyczną powojennego Szczecina. Zapewne parał się pracą literacką. Po przedostaniu się na Zachód, opublikował szybko kilka opowiadań w czasopismach emigracyjnych, które najprawdopodobniej napisał jeszcze przed wyjazdem. Możliwe, że wtedy też podjął się tłumaczenia jakiejś powieści z języka rosyjskiego. Bohater opowiadania w Potrzasku, którego Kowalewicz wyposażył w niektóre ze swoich przeżyć, próbował taki utwór przetłumaczyć:

Żeby nie głodować, zostałem tłumaczem. Dali mi  do spolszczenia jakąś powieść rosyjską. W naiwności swojej, bezbrzeżnej wówczas, wyobrażałem sobie, że jej autor to następca Gogola tudzież Turgieniewa. Jąłem więc pilnie czytać owo dzieło... Czytam i czytam , dziwię się i dziwię, bo cała opowieść dotyczy produkcji obrabiarek  czy czegoś podobnego. Myślę więc sobie: jeśli na stronie tytułowej będzie napisane, że ja przełożyłem coś takiego, to będzie gorzej niż bym sygnował tłumaczenie powieści pornograficznej. W takim razie zrezygnowałem  z tej roboty, wyjaśniając, iż pogorszenie stanu zdrowia zmusza mnie do podjęcia natychmiastowego leczenia.

Niewykluczone, że Kowalewicz, zajmując się już na pewno wtedy literaturą, miał jakieś kontakty ze środowiskiem literackim. W powojennym Szczecinie takie środowisko, zresztą nie bez inspiracji władz, bardzo szybko powstało. Tutaj, już po wyjeździe Kowalewicza, w 1949 roku odbył się ogólnopolski zjazd literatów, na którym nakazano im tworzenie utworów na temat produkcji obrabiarek. Jednakże ani w archiwum szczecińskiego oddziału Związku Literatów Polskich, ani we wspomnieniach szczecińskich pisarzy, nie pojawia się jego nazwisko. Szanse na to, że ktoś je wymienił, na pewno są znikome. Kowalewicz dopiero zaczynał pisać, publikował same drobiazgi: recenzje książek, sprawozdania z wystaw. A poza tym, skoro nie chciał tłumaczyć utworów socrealistycznych, pewnie nie zabiegał o bycie członkiem elitarnego gremium literatów.

Niespodziewanie szczeciński okres w życiu Kowalewicza stał się nieco lepiej znany, dzięki ujawnieniu pewnych faktów z biografii Salomei Bowik. Ta znana w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych piosenkarka, później niemal zupełnie zapomniana, zwróciła na siebie uwagę, kiedy umarła pod koniec 1998 roku. Wówczas ukazało się w prasie kilka artykułów na jej temat. Między innymi w „Dążeniach”  opublikowano krótką notatkę o zmarłej gwieździe i kilka jej fotografii sprzed lat. Jedna z czytelniczek wkrótce przesłała do „Dążeń” list ze wspomnieniem o niej, który został wydrukowany. Oto jego fragmenty:

Salomea Bowik mieszkała wtedy w Szczecinie w pensjonacie prowadzonym przez moją ciotkę. Sama tam mieszkałam, toteż widywałam ją codziennie. Mimo powojennej nędzy, zawsze elegancka i pełna wdzięku. Pamiętam też zakochanego w niej Jana Kowalewicza, który został potem pisarzem, zamieszkawszy na Zachodzie.

Wiadomości zawarte w cytowanym liście przynajmniej pozwalają się domyślić, co przeżył Kowalewicz w czasie niespełna dwuletniej bytności w Szczecinie. Skoro był związany z Salomeą Bowik, można posiłkować się faktami z jej życiorysu. Szczecińskie lata piosenkarki są stosunkowo dobrze znane – na pewno lepiej niż Kowalewicza. Choć o jej romansie z Kowalewiczem, biografie dotychczas nic nie wiedzieli.

Mając romans z Bowik, pisarz najprawdopodobniej bywał w kabarecie „Paralela”. W którym ona występowała. Było to miejsce niezwykłe. Niezwykłe było już to, że w na poły zrujnowanym Szczecinie ocalała elegancka kawiarnia z niewielką sceną. Trzech przedsiębiorczych panów otworzyło ją na nowo już pod koniec 1945 roku. Kawiarnie upodobali sobie szybko różni artyści, po wojnie zamieszkali w Szczecinie. Przypuszczalnie któryś z muzyków ujrzawszy na scenie pianino, usiadł przy nim i zaczął grać. Jeszcze w karnawale roku 1946 na ulicach pojawiły się ręcznie wykonane plakaty zapraszające na występy kabaretu „Paralela”.

Pierwszy program nie był zbyt ambitny. Ktoś coś zaśpiewał, iluzjonista pokazał swoje sztuczki. Ale zadebiutowała w nim Salomea Bowik, która wykonywała przedwojenne szlagiery.

Wracając z wojennej tułaczki, zatrzymał się w Szczecinie Brunon Brocki, jeden z najsłynniejszych artystów kabaretowych w międzywojennej Polsce. Niebawem przystał do zespołu występującego w „Paraleli”, którego przedsięwzięciami artystycznymi odtąd kierował. Następne programy kabaretu miały więc stosunkowo wysoki poziom. Sam Brocki występował w nich jako konferansjer. Oto fragment jego pamiętników, zatytułowanych Moje życie, moje kabarety:

Początkowo sądziłem, że po tej trupie nie można się niczego dobrego spodziewać. Należeli do niej artyści bardzo różni, nie tylko co do talentu, ale też co do specjalności. Nadawali się według mnie do pojedynczych  numerów w jakichś lichych składankach, dobrych do tingel-tangu, ale nie do programów kabaretowych, w jakich zwykłem uczestniczyć. Jednak się myliłem.

Kawiarnia i kabaret „Paralela” była miejscem bardzo popularnym, kiedy Kowalewicz mieszkał w Szczecinie. Można sobie wyobrazić, że przybył on strasznie zmęczony do całkiem obcego miasta. Że idąc ulicą, spostrzegł na jednym z domów napis „Pokój do wynajęcia”. Wszedł do środka, odnalazł wielkie mieszkanie, zamienione na pensjonat. Zapukał do drzwi i otworzyła mu Salomea Bowik. Prowadząca pensjonat akurat wyszła na nabożeństwo czerwcowe, więc ona pokazała mu pokój, który młody literat postanowił wynająć. Jeszcze tego wieczoru zabrała go do kabaretu, gdzie po raz pierwszy ujrzał ją na estradzie i się  w niej zakochał. Odtąd stał się bywalcem „Paraleli”.

W „Paraleli” spotykali się  nie tylko artyści, lecz także ludzie zajmujący się podejrzanymi interesami oraz osobnicy, których ówczesne władze traktowały jako wrogów.

Do kabaretu przychodził także baron Maksymilian Chojnowski. Przed wojną człowiek bardzo bogaty, zaprzyjaźniony z wieloma osobami, o których dziś można przeczytać w encyklopediach. Był też znany jako protektor młodych artystek. Zapewne zwrócił uwagę na Salomeę Bowik, piękną gwiazdę „Paraleli”. Nie miał już jednak pieniędzy, by kupić jej futro lub bransoletę wysadzaną brylantami. Choć niewątpliwie, dzięki swemu urokowi i sławie, mógł uczynić z niej swoją bliską przyjaciółkę. Jej zażyłość z Kowalewiczem zapewne by mu nie przeszkodziła.

Kabaret „Paralela”, w którym bywał arystokrata i akowiec, i im podobni, prędzej czy później stać się musiał przedmiotem obserwacji Urzędu Bezpieczeństwa. W archiwum Instytutu Pamięci Narodowej przechowywane są dokumenty świadczące o tym, że już kilka tygodni po jego założeniu, zaczął do niego przychodzić ktoś, kogo bynajmniej nie interesowały popisy elokwencji Brunona Brockiego czy zdolności wokalne Salomei Bowik, a wielce podejrzani goście kabaretu. Zieliński – tak podpisywał się ów agent – w swych raportach przedstawiał ich szczegółowe charakterystyki. Wprawdzie nie pisał o Kowalewiczu, ale niejednokrotnie pisał o „członkach ugrupowań walczących po niewłaściwej stronie” albo „bandytach z podziemia reakcyjnego”.

Najciekawszym dokumentem pozostałym po Zielińskim jest sporządzony przez niego opis pewnej awantury w „Paraleli”. Warto przytoczyć go w całości:

15 lutego 1948 roku w kawiarni „Paralela” miało miejsce wyjątkowe zajście, którego polityczne  konsekwencje mogą być bardzo poważne. Późnym wieczorem do lokalu przyszło kilku oficerów Armii Czerwonej wraz z dwiema polskimi towarzyszkami. Jestem przekonany, że ich obecność w tym gnieździe reakcji była najzupełniej przypadkowa. Wszyscy oni zachowywali się bardzo kulturalnie. Jeden z oficerów stojąc zaczął śpiewać piękne pieśni z Kraju Robotników i Chłopów. Na to zareagował gwałtownie jeden z gości. Podszedł do stolika naszych radzieckich przyjaciół i w sposób wulgarny ich zbeształ. Przyłączyli się do niego inni reakcjoniści, zwykle przebywający w tym lokalu. Napadnięci przez nich towarzysze, zostali zmuszeni do wyjścia. Nie można tolerować takiego postępowania. Należy ukarać winnych, których na razie nie udało się zidentyfikować, ale stanie się to możliwe po rozpoczęciu śledztwa.

Nie wiadomo, czy znaleziono tego odważnego, choć może niezbyt rozważnego człowieka, który przeciwstawił się  bezczelności czerwonoarmistów. Może był nim nie kto inny, tylko właśnie Kowalewicz. A może tylko dołączył do innych, nie mogących znieść kolejnej okupacji kraju. W każdym razie wkrótce potem pisarz na zawsze opuścił swoją ojczyznę. Natomiast kabaret „Paralela” został zamknięty. Na jego miejscu utworzono zaś Świetlicę Robotniczą. Na początku lat pięćdziesiątych wystąpiła w niej Salomea Bowik, śpiewając jednakże pieśni całkiem inne niż w „Paraleli”.

Grzegorz Pełczyński

 

Przeczytaj też w dziale „proza” naszego portalu opowiastki G. Pełczyńskiego, a w „porcie literackim” recenzję jego zbioru małych próz Cukierki i fajerwerki (2015) – autorstwa Irminy Kosmali