Cezary Sikorski, „Południk”, Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2016, str. 42

Kategoria: port literacki Utworzono: środa, 07 grudzień 2016 Opublikowano: środa, 07 grudzień 2016 Drukuj E-mail


Jolanta Szwarc

LALA CZY NIE LALA

Takie powiedzonko tkwi w rodzinie już dość długo. Są jego odpływy i przypływy. Dzisiaj wróciło, kiedy  przeglądałam po raz któryś tomik poetycki Cezarego Sikorskiego.

Wszystko wyłuszczone czarno na białym. Na pierwszej stronie okładki rzuca się w oczy zegar słoneczny, potem imię i nazwisko autora, a między nimi skromnie, ale wyraźnie uplasował się tytuł – „Południk”. Wiersz pod takim samym tytułem został zamieszczony na czwartej stronie okładki i powtórzony na stronie dwudziestej pierwszej. Uśmiecha się do mnie pysznie.

Uśmiecham się do niego jak do małego dziecka, które już nie głuży, ale gaworzy, pojawiają się przypadkowe sylaby ma-ma, ba-ba i inne. Sprawiają tyle radości o nic, bo jeszcze nie niosą z sobą żadnego znaczenia, ale z czasem meridian sensu / południk pierwszego słowa / dzieli jedną linię z bezsensem / - nic tylko gaworzy lala la. Na tej samej linii za rok, może dwa pojawi się sens. Lala stanie się pragnieniem dziewczynki, trochę później próżnego chłopca, jednak gdy jeszcze brakuje słów, może stać się słowem – kluczem, wytrychem.

Mały Michaś będzie podsuwał uszkodzoną zabawkę dziadkowi i mówił – „nie lala”. Najpierw znaczyło to – „zobacz, nie gra”. Wystarczyło wtedy wymienić bateryjkę. To tak samo, jakby wrzucić grosik do grającej szafy i już było „lala”, ale z czasem znaczenie „nie lala” rozszerzyło się na wszystkie zepsute zabawki. Samochodzik „nie lala”, bo koło urwane, pluszowy piesek „nie lala”, bo ma oko wydłubane. Dorośli rozumieli dziecko. Mówiło do nich nie tylko słowami, ale całym sobą i zabawką trzymaną w rączce. Dziecko, stojąc twarzą w twarz przed dorosłym, potrafiło się skomunikować mimo malutkiego zasobu słów.

Dla nas wszystkich funkcja komunikacyjna języka jest bodaj czy nie najważniejsza, ale jak ma się porozumieć autor z czytelnikiem, mając do dyspozycji martwy język pisany, przed którym bronił się nieskutecznie Platon. Wynalazca liczb i liter Teut pochwalił się swoim odkryciem, pokazując je królowi Tamuzowi. Miało to być „lekarstwo (pharmakon) na pamięć i mądrość.” O tym odkryciu Sokrates powie, a Platon (o ironio) zapisze – „Ono bowiem (pismo) sprowadzi na umysły tych, którzy się go nauczą, zapomnienie, gdyż zaniechają ćwiczenia pamięci, ponieważ zdając się na zapis, będą przypominać sobie od zewnątrz pod wpływem obcych znaków, nie zaś od wewnątrz siebie samych pod wpływem własnych. Znalazłeś więc środek nie na pamięć, lecz na przypominanie. Uczniom zaś zapewniasz namiastkę mądrości, nie zaś mądrość prawdziwą. Stając się bowiem zbieraczami wielu wiadomości bez nauki, wydadzą ci się ludźmi o wielkiej wiedzy, choć na ogół są nieukami i trudnymi w obcowaniu. Zamiast mędrcami staną się mędrkami.”

Nic nie dało kręcenie nosem Platona. Łatwy dostęp do papirusu pomógł rozpowszechnić się pismu. Wspomnieć też muszę Gutenberga i jego wynalazek druku. Rozpowszechnienie się książki. Mam ich coraz więcej i więcej, a przecież mogłabym kupować w wersji elektronicznej, tańszej i łatwiejszej w przechowywaniu. Och, prawie same korzyści są z ebooka i książek na e-papierze.

Na szczęście Cezary Sikorski wydał swoje wiersze na białym papierze bez e-. Tomik rozpoczyna wiersz „Achilles w bibliotece”. Skąd się wziął Pelej w bibliotece? W której jest i kiedy się tam udał? Chcę zapytać autora, a jego nie ma. Raz napisał, co napisał. A ja czytam raz, nie rozumiem wszystkiego, czytam drugi, a tam wszystko to samo. Achilles nie zginął - / zamknięty w murach Troi / chce uratować miasto / nie ma więc głowy i czasu / by rozwinąć pergamin. Co z jego piętą, której matka nie umoczyła, przecież w nią oberwał strzałą z łuku Parysa i zginął nim zdobyto Troję. Ziściła się przepowiednia. Achilles zginął młodo, ale zyskał rozgłos. Ciągle z „Iliady”, tego źródła tryskającego w podglebiu biblioteki korzystają inni: Shakespeare, Goethe, w literaturze polskiej wspomnieć by trzeba Wyspiańskiego, Swinarskiego i kryjącego się jak inni za tekstem Cezarego Sikorskiego.

Co my wiemy o ludziach i konfliktach sprzed trzech tysięcy lat? Na kim się oprzeć? Gdzie prawdę wyczytać? W bibliotece nie widać jak nad sklepieniem / znikają w zwojach / zmurszałe wieki Achajów. Pamięć z pokolenia na pokolenie podawała, co wie o wojnie trojańskiej i tamtych czasach, a potem Homer zapisał to w „Iliadzie „ i „Odysei”. Jeśli naprawdę żył, będzie żył długo.

Chciałam napisać wiecznie, ale to takie niepewne słowo. Cóż to za wieczność, skoro rozgrywa się w czasie niczym fotografia. / Miarą czasu jest deszcz i słońce. Rdza i mrozowe liszaje. Wieczność / na naszą miarę. / Byle jaka lecz to z nią właśnie / - a nie ze śmiercią - / mamy największy problem. Ten cytat to zakończenie wiersza „Le Père-Lachaise” umieszczonego między dwiema fotografiami drzwi do grobowców. Zdjęcia zrobił autor, był tam, widział, poczuł i napisał, choć pisząc zastanawiał się – Po co słowa, gdy można pokazać? / Uchwycić, zatrzymać, utrwalić w chmurach, na strychach twardych / dysków. / Balzak (kwartał 48) przewraca się slajd po slajdzie.

Fotografia to ruch zatrzymany w locie, skacząca z piątego piętra samobójczyni zawisłaby w powietrzu i nigdy nie zderzyła się z ziemią, a jednak miłość zwyciężyła śmierć. Dziesięć lat czekała, by być znów razem z ukochanym. Modigliani wciąż maluje jej kolejny portret i czeka na koniec świata.

Warto spojrzeć na Sąd Ostateczny i zobaczyć „Koniec świata w Orvietto”. Ja bym napisała przez jedno „t”. Myślę, że skrócenie nazwy miasta nie umniejszy jego znaczenia. Zresztą przywołany w wierszu Zbigniew Herbert też pisał „Orvieto” w „Barbarzyńcy w ogrodzie”. Było to w roku 1959. To wtedy Fidel Castro wkroczył do Hawany. Sytuacja polityczna stała się napięta, ale ludzie potrafili odróżnić dobro od zła. W tym roku, po latach Cezary Sikorski wziął za pióro, napisał „Koniec świata w Orvietto” i Fidel Castro umarł. Czyż to nie jest jakiś znak? Ja się w to nie mieszam. Piszę już po pogrzebie.

I tak jak znikają granice między wodami i lądem, tak zatracił się  / prosty podział na „tak” i „nie”. Trudno zrozumieć te przemieszczenia, które drwią z oczywistości dobra i tajemnicy zła. Pękają fundamenty. / Także katedry w Orvietto. Nikt nie wie, czy zaraz zamieni się w gruz / wraz ze światem, czy może pójdzie do nieba.

Ależ pójdzie do nieba. Może to trochę zmienię, bo trudno sobie wyobrazić, jak duomo idzie do nieba. Sądzę, że trafniej od poety ujął to papież Leon XIII, który powiedział: „W dniu Sądu Ostatecznego katedra z Orvieto uniesie się do nieba na skrzydłach swego piękna.” Znalazłam to w Internecie, a że ten papież miał też wizje, to jemu wierzę tak, jak kiedyś wierzyłam słowu pisanemu, podręcznikowi przede wszystkim.

Nie miałam swojego biurka, żeby odrabiać lekcje, dlatego uczyłam się przy dużym, dębowym stole w pokoju stołowym. Dłuższa strona stołu była moja, przy krótszej siedział ojciec i czytał gazetę. Od czasu do czasu odkładał ją i brał do ręki moje książki. Najgorsze chwile przeżywałam, gdy brał podręcznik do historii. Czytał, wstawał, chodził wokół stołu. Następowało spięcie. Iskrzyło na styku żywej pamięci z martwym przekombinowanym zapisem. Wtedy narządy ojca zaczynały się buntować. Rzucał książkę na stół, pukał w nią wskazującym palcem i z wnętrza buchał jak z pieca – „Czego na miłość boską oni cię uczą? To tak nie było.” Potem przygasał i mówił – „Wiem, tego musisz się nauczyć, bo nie zdasz do następnej klasy, ale ja ci powiem, jak było naprawdę.” I mówił do ślepej o kolorach. Komu miałam wierzyć? Ojcu, który nic nie oddał do druku, czy podręcznikowi? Oczywiście, że ojciec nigdy nie był mądrzejszy od podręcznika. Dopiero po latach okazało się, że słowa ojca ciągle żyją, a podręczniki już dawno wyszły z użycia. Podręczniki mają to do siebie, że wychodzą. Jednak do tego trzeba było dojrzeć.

Ma prostą formę dojrzałość / jak czarny kwadrat na białym tle / klaruje swoją substancję: / że jest i nie jest są razem / i że w ironii tylko różnica / pomiędzy życiem i śmiercią /…/ niczym kłębuszek kurzu unika epilogu / - tak rozwiązuje aporie czasu.

Biedny kłębuszek reaguje na każdy powiew, boi się szczotki i szufelki, jak my kościstej kobiety z kosą. Chociaż na obrazach najczęściej ukazywany jest chłop z kosą. Znów nie mam kogo dopytać, dlaczego tak jest. Czy nie jaśniejszy jest czarny kwadrat na białym tle. Mniejszy kwadrat na większym zamknięty w ramach Kazimierza Malewicza niby nic nie przedstawia, a daje do myślenia.

Inaczej wygląda sprawa z portretami papieża Innocentego X Diego Velazqueza i Francisa Bacona. Velazquez widział go, papież mu pozował. Na portrecie w pamięci pozostaje / wzrok z licem bez wyrazu / i beznamiętny spokój. Trzysta lat później podjął temat irlandzki malarz. Bacon przyglądał się różnym reprodukcjom portretu Velazqueza, ale nigdy nie zmierzył się z oryginałem. Obsesyjnie malował papieża. W wierszu chodzi właśnie o pełen ekspresji obraz znajdujący się w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Więc bieg z 45-tej / przez Park Madison Piątą / a później długo prosto / i tylko nieco w lewo / by dotrzeć znów do Niego / do klatki w której spokój / rozbrzmiewa poprzez wrzaski / elektrycznego krzesła. Podobnie ten portret odbiera Maria Patynowska. „Krzyk papieża jest oznaką jakby załamania nerwowego. Nie ma zewnętrznego adresata, podobnie jak krzyk na obrazie Muncha. Tron papieża jest jakby krzesłem elektrycznym. Papież Bacona emocjonalnie eksploduje i zanika.”

To wszystko odnosi się do wiersza „By krzyczeć”. Bardzo starałam się odkodować to, co zostało zakodowane. Pojąć to, co wydaje się niepojęte, odgadnąć intencje komunikacyjne poety, odkryć ukryte znaczenia. Filozofia jest bratnią duszą filologii, Jedna i druga pragnie dogłębnie, jeśli tylko można, obadać słowa i wykorzystać je ożywczo. Zderzać ze sobą, szukać nowych znaczeń, budować nowe mity, a może tylko przeobrażać stare, szukać sensów, bo słowo kocha się w sensie. Jeśli za bardzo się zapatrzy, to skostnieje i poeta powinien znaleźć mu nowe ciało, lub chociaż dołożyć trochę mięsa, żeby nabrało wagi.

Pomiędzy biegunami / jest jedna linia / która nie łączy / lecz dzieli. Myślę, że chodzi o terminator. Linię która oddziela dzień od nocy, jasność od ciemności, widzenie od ślepoty, wiedzę od niewiedzy. Zamykam ramę. Powróciłam do wiersza, o którym pisałam na początku. Zamykam tomik. Najbardziej przylgnęły do mnie te wiersze, które płyną z wnętrza, przeżyte. Mniej interesujące były utwory, powiem po prostu, wydumane, ociekające erudycją, nadęte uczonością. Czy one są naprawdę uczone, czy nie, któż to zweryfikuje. Jestem przekonana, że człowiek, który dużo wie, potrafi tak dobrać słowa, żeby nie tworzyć wzdętych tekstów, z których trzeba gazy upuszczać.

A teraz tak trochę na wyrywki.

Rozwieruchtać – znam słowo rozchwierutać – jeśli to żart, to taki sobie. Natomiast pomysł z Odyseuszem, który odchodził z krosna, zabierając z sobą tylko wątek – przedni. Rozumiem, że zostawił osnowę i motyw. W wierszu „By przejść po kole” znalazłam wiele terminów muzycznych. To tam się kończy inwencja czystej kwinty / zwycięża sekunda zimna prima marznie krzyż / dysonans znaczeń zaciska sznurówki na szyi // przyzywa ostatnią erekcję. Ten fragment prima sort jest: inwencja, kwinta, sekunda zwycięża. Tak, ale prima żartuje – wyparła prymę, marznie krzyż pianisty, a sznurówki na szyi pożyczone od szewca dysonans znaczeń zaciska, powiedzmy, na pianiście, który w związku z tym ma wzwód, jest gotowy do kopulacji, a tu ściana z sześciu bemoli i nic tylko płakać.

Nie wpadłabym na piękną puentę – truchło spali się samo. Wiersz „Dzieci” przytrzymał mnie na dłużej, jest piękny, czytelny, prawdziwy, czuć atmosferę dworca, pośpiechu, odjazdu.

Tak to to, tak to to dojechałam do mety. Cała, chociaż zmęczona, bo autor nie pozwala na leniuchowanie. Należy przeczytać to, co na zewnątrz, by móc pogadać z przyjaciółmi i wchłonąć częściowo do wewnątrz.

Cezary Sikorski, „Południk”, Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2016, str. 42

Jolanta Szwarc

 

Przeczytaj też w „porcie literackim” naszego portalu recenzje książek C. Sikorskiego Wyimki z „Elegii duinejskich” (2011), Monadologia stosowana (2011), Pięćdziesiąt cztery sonety (2012), Według Józefa (2014) i Szkice przeciwko oraz w obronie pojęć (2016)