Marian Lech Bednarek „Rozmowa z ptakiem”, Wydawnictwo PISARZE.PL, Warszawa 2014, str. 68

Kategoria: port literacki Utworzono: sobota, 21 marzec 2015 Opublikowano: sobota, 21 marzec 2015 Drukuj E-mail


Jolanta Szwarc

MARIAN LECH BEDNAREK I JA

bezradna z tomikiem wierszy Rozmowa z ptakiem. Poeta, malarz, twórca teatralny, całą gębą sztuk-mistrz zadziwia pomysłowością twórczą, umiejętnością obracania językiem, choć narzeka, że materiał to trudny w zastosowaniu, w wyrażeniu tego,  nad czym się zastanawiamy, bo to my / układamy cegiełki czasu / zero. Czas i zero czasu. Linia prosta czy pokrętna, którą idziemy nagle się urywa z zastygłymi na ustach pytaniami. To już? I co dalej? Nie wiem. Szukam odpowiedzi w wierszach poety i też nie znajduję.

Wszystko wydaje się piękne. Z lotu ptaka / wyglądamy jak na łące kwiaty // ale schodząc niżej… / o Boże / zmiłuj się nad nami.

Czytam raz, drugi i trzeci. Wymierzam sobie razy. Słowami z tekstu zadaję ciosy w głowę (by nie powiedzieć w łeb) i słyszę Puchatka, który mówi do mnie „myśl, myśl, myśl”, i ja staram się, i w czasie kolejnego czytania myśl modyfikuję, bo wyskakują mi liczne skojarzenia. Kiedy już wydaje się, że złapałam rybkę w nurcie wiersza, ona zmienia koryto i w innym już środowisku staje się krabem. I tak oto pod niebem usianym gwiazdami widzę, że nie widzę. Chciałabym wyczytać wszystko, co pomiędzy naturą i kulturą. Podsłuchać bohatera rozmawiającego z ptakiem i razem z nim odkrywać sens życia – miłość i muzykę. Wytarzaliśmy się w tym wielkim łożu natury / aż po papierosowe chmury / nienasyceni / chcąc tylko siać i siać / siać i siać / mnogość i złotość / mnogość i złotość / aż konwenansów kości / wyciągnęły nas na chłodne powietrze.

Do mnogości i złotości dodam liczenie i kalkulacje. One są siłą napędową. Pchają. Podmiot liryczny w wierszu „Licząc” wyznaje – Liczenie prowadzi mnie w nieznane przez rów, / gdzie poderżnięta topola onieśmiela / jak msza niedzielna w zielonej świątyni lasu. // Jak wynik jakiegoś równania, / idę tam, gdzie można pójść. // Gdzie małe i duże kamienie są jak liczby / a ścieżyna osią współrzędnych. // A gdy zadzwoniły dzwony, / poczułem oparcie w brzozie.

Brzoza, ptak, muzyka – wszędzie można znaleźć muzykę. Jest w gotującej się wodzie, w oddechu, szeleście papieru. Jest na zewnątrz podmiotu lirycznego, który nie czuje jej w sobie. Nie słyszy, bo z wnętrza nie wychodzi muzyka, nie słychać harmonii dźwięków, ktoś ją ukradł. Bez miłości i muzyki wszystkie dobra stają się nieważne. Jak tu żyć bez bliskości drugiego człowieka? Prędzej Bóg ukaże się w muzyce ryżu, który akurat się gotuje.

Modlitwa poranna / żeby nikomu nie dać w mordę / a i tak się daje mało tego / robi się to z ochotą / co to za modlitwa? Skąd ta chęć do bitki, do izolacji, przecież tego nie chcemy, wierzymy, poszukujemy prawdziwej miłości, a nuż się cudem trafi. A nuż wszystko w nas zagra i nie będziemy szukać kogoś, komu chętnie w mordę by się dało.

Poeta pamięta, wie, że mówić trzeba o wszystkim, nawet – jak powiada Różewicz – „o czym mówić nie można / o tym trzeba mówić / o tym wiedzą kobiety starcy / dzieci i dzieci poeci.” Dzieci poeci mówią nawet o patyczkach. Sam Różewicz mówi o niemocy jakiejś, kiedy „na papierze leży / czarny suchy / patyczek”. Dobry poeta i z „Patyczka” zrobi wcale nie grafomański poemat. Będzie się mu przyglądał ze wszystkich stron i bez patyczkowania się napisze, że wszystko się kręci wokół patyczka. Wszechświat wokół patyczka, skreślona linijka wiersza - to patyczek, gałęzie bez liści, to jak obszył patyczki, po tarczach zegarów gonią się patyczki, mijają patyczkowe godziny, dni, śmierć – patyczek, ludzie – patyczki. A jeżeli się przejdzie do rdzenia patyczka – to bardzo bolesny zabieg / bo w moim kraju wszyscy chorują / na dwa kręgosłupy / co najmniej.

Nie mam zamiaru streszczać poematu, bo dobry utwór poetycki tyle ma wspólnego z prozą, co słowik z kozą. Poeta myślał pisząc, ja myślę czytając, niech też pomyśli, jeśli lubi, czytelnik. Autor czuje i ja z nim czuję / twój zbliżający się chłodny dotyk / patyczku, bo jesień nadchodzi, ciągle pada i zżymam się na to. Nikt nas nie uczył, jak się zachowywać jesienią. Wszystko opada, przede wszystkim ręce, ale nie tylko. I co, i nic – mówię, że nic tylko liść opadł / liść opadł / i nic więcej. I pięknie, że tych liści dużo, że tylko leje, że rzadko wichury i liście spokojnie urywają się pojedynczo, trochę wiatr je ponosi, a potem na ziemię, żeby ziemia przyjęła i spożytkowała.

Lepsze to niż podlewanie wzrokiem marnego kwiatka na cmentarzysku doniczki. Myślę sobie, że jeśli to pelargonia przeflancowana z Afryki stoi na parapecie, to ma prawo pytać. Bożyczku, co oni mi zrobili? Ci na wszystkie strony pokręceni z pełnego potrafią zrobić puste jak z tej niedzieli, której trzeba na nowo przyprawić ręce, / nogi, głowę i całą niezbywalną resztę. Nogi koniecznie obydwie, lewą i prawą, by nie kuśtykać, a kręgosłup jeden wystarczy, żeby pielgrzymować, choć drogi dokładnie nie widać, tylko horyzont za horyzontem / horyzont za horyzontem / i kiedy but zawiązuję / ptak śpiewa / żem nie pozorant obudowany scenografią / tak zwanej drogi artystycznej / tylko prawdziwy pielgrzym.

No to nie jest aż tak źle. Dziewczynka oświęcimska wspominała wczoraj w TV swój pobyt w Auschwitz-Birkenau. To już tyle czasu minęło, a ona zapamiętała, że tam nie było na ziemi źdźbła trawy, a na niebie żaden ptak nie śpiewał. Zapamiętała dobrze złych ludzi, ale dobre dziecko też. Zmarło. Dzieliła z nim koję. Po latach małej Helence zapaliła małą lampkę.

Jak to wszystko ogarnąć? Podmiot liryczny – chyba alter ego dobrego poety Mariana Lecha Bednarka – usiłuje mi wmówić, że nie jest poetą. Nie powiem, że się zachowuje jak stary kokiet, nie powiem, bo mi się nie podlizuje, on sierdzi się na siebie, wyje ze złości, że słowa mu się pchają na pióro i na język nie takie jakie nosi w sercu. „Sam tego chciałeś. Grzegorzu Dyndało”, sam sobie zgotowałeś taki żywot. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Żona przerażona / chce dzwonić po pogotowie. Dopiero wtedy poeta udaje normalnego. Coś w tym jest, że poeta dziecko nie potrafi przegrywać. Tupie nóżkami. Chce rozwikłać sprawy, które przerastają jego dziecięcą ciekawość. Myśli, że jak zje wszystkie koty w okolicy, będzie ład i naraz postrzega – nie zauważyłem / kiedy politycy zaczęli hodować świnie / w moim sercu. Teraz już nie wiem, może rzeczywiście „poeta” nie jest poetą, bo upodobnił się do stada. Mimo to szuka porozumienia. Zadaje pytania, które nigdy nie wyrastają z krótkich spodenek – Po co? Na co? Dlaczego? I jeszcze to w garniturze – o sens.

Jak tu porozumieć się z ludźmi, już łatwiej  z listkiem kołyszącym się na drzewie. Cóż / jem chleb / ale chleba w tym / nie ma – mówi zwiedziony poeta. Ja też jem, wszyscy karmimy nim ciała, ale chciałaby dusza do raju – chcemy, przynajmniej niektórzy chcą, czegoś więcej. Czegoś… Dobrobytu…?

A tak właściwie o co chodzi. O „mieć”, którego nie można sobie wyobrazić, bo tyle tego, o czym nawet nie wiemy – i po co? Tyle, że można by żyć, żyć i żyć, a że nie można – o tym wiedzą ci od sztuki, bo „mistrza poznaje się w ograniczeniach” – jak powiedział Goethe.

On nie będzie robił najgorszych rzeczy pod słońcem, żeby krzaki, za którymi skryło się jadło, przyszły do niego, bo pamięta Makbeta. Oj, źle jest jak las nadchodzi, choćby to były tylko gałęzie lub krzaki. Nie idźmy w krzaki i nie czekajmy aż same przyjdą.

Póki co, horyzont wzywa, ale najpierw muszę załatwić swoje stare / porachunki, pomyślałem, / nim mrok powie, żem jego godzien.

W jesieni zmrok zapada zawsze za wcześnie. Czasami przed nocą uda się dojechać do szpitala, a tam w telewizji Małysz zdobywa chmury, a ja w szpitalne łóżko wbijam pazury, / ale nie interesują mnie rymy, mój lot jest niski, przyrośnięty / do prześcieradła, czysta padlina – skarży się bohater – poeta i duma nad słowem „zniknął”. Obserwuje za oknem brzózki, a współtowarzysze podłączeni są kroplówką za całe sześć złotych do telewizji. Nie chce być okłamywany przez TV, więc z niewyschniętym jeszcze patyczkiem i kartką, może notesikiem wymyka się do ubikacji, by dać świadectwo swoich przeżyć, a tu jeden przyszedł z papierosem i się przestraszył, / wlazł do kabiny i tak razem, oddzieleni cienką pilśnią / tworzyliśmy. Ja górą, on dołem. Nie ma co ściemniać, / każdy coś z siebie wyrzucił. Coś pchnął, wysunął, posunął pomału bez zbędnego wystrzału. Zerżnąć można już tylko z Nietschego. „Wolą mocy” poręczyć sobie za nóż docenta i pomyśleć, żeby nie zadrżała mu ręka. Myślę, że chirurdzy nie przyjaźnią się z Parkinsonem i nie piją przed operacjami, ale jak tu operować na sucho, a bohater chciałby nazywać się Marian Poszedł, bo to jakby wyszedł na cało i poszedł do wielkiego Gie, bo naprawdę wielkie G i małe g jest porywające. Czego w nim nie ma. Jakie smaki. Jakie przyprawy. Jest pieprz, papryka, majeranek, rozmaryn i tymianek, bazylia, oregano, koperek, curry i chili. Od tego rąbnęło przecież w World Treid Center. / Lecz nie o gabaryty tu chodzi, tylko o oblizywanie się w tobie / Wszystkich języków.

Na razie BIM! BAM! BOM! „Panie Janie! Panie Janie! Rano wstań! Rano wstań! Wszystkie dzwony biją, bim, bam, bom, bim, bam, bom.” Bim, bam, bom i od nowa w kółeczko, kanon, rondeczko.

Leżą sobie talerze pod stołem spokojnie przyciśnięte chorą zabandażowaną nogą. Ciekawe, która naciska, przyciska, uciska, ale Bim! Bam! Bom! Kiedyś te talerze ożywią się i zajmą właściwe miejsce / w ogólnej hierarchii, ale na razie jest Bim! Bam! Bom! Rutyna, kurtyna i nowe się odsłoni, i stare za kulisy. Pod stołem talerze, na nich dla innej nogi leże Bim! Bam! Bom!

Idzie, idzie wiosna z dala, słonko z góry goni chmury, żaba coś tam w wodzie moczy. Oj, oj, jaki świat uroczy. Nieprawda, żartowałam. Przymykam powieki, jeszcze nie po-wieki. „Urodziny Babci”, że aż boli niebo szare pod sufitem. Tylko rosół zaczyna tańczyć, / kiełbasa przytupywać. /…/ W końcu pukanie do drzwi, dzwonki, skowronki, Rozchełstane tłumy przeszłości, / wschód słońca ukrawaciony, rozgadany, w butach przyszedł jak człowiek / wychylić, przechylić, opróżnić… ę… ą… yyyy… ćpy… wręczyć, dać, objąć, / zmierzyć się z ciemnością.

Co ja tam robię? Zadzieram kiecę i lecę. W nocy trochę popadało. Kot zjadł ptaka pod lipą. / Czy koty rządzą światem? A przecież jedyną odpowiedzią / jest ptak. Padł mój kolejny niebieski przyjaciel, / innych nie mam.

A ja lecę nakarmić kota – wabi się Kowalski. Lubię Kowalskiego, jak go głaszczę, jest muzyką, gra swoją kocią muzykę. Wie, co dobre, zna się na pięknie. Kładzie mi na schodach nie tylko upolowane myszy. Kiedyś przyniósł nawet wiewiórkę, nie mówiąc o dzięciole, jakby chciał mnie nauczyć normalnego przystosowania. Przypomniał dzięcioli rytm, który żywi i leczy. Ostrzegł – uważaj na koty, szczególnie na te, które noszą nazwisko Kowalski, Bin Laden, albo nie daj Boże Szwarc.

Kreski, kropki, linijki dla niegrzecznej dziewczynki. Lubię kreski proste i zakręcone. Przypominają patyczki, ptaki, ogonki, nawet czas, który ucieka, przecieka. Lubię kropki i kropy, gwiazdy i zatrzymania na końcu wypowiedzenia, bo coś się kończy i można zacząć nowe zdanie na temat albo trochę obok, albo ni z gruszki, ni z pietruszki wyskoczyć jak filip z konopi nową myślą, która znowuż okaże się starą jak świat.

Nie lubię linijki, nazywają ją końcem codaczkiem charonowym / o Maminko Niebieska / z nazwiskiem poety / niknącym / porośniętym trawą / która kiedyś była mu / pierwszą zabawą. Nic nie zmieni mojego „nie lubię”. Tak być musi, chociaż trudno się z tym pogodzić. Jedyną osłodą będzie odradzająca się trawa. Zniknie bariera między człowiekiem a naturą i dojdą do symbiozy. Może to jest największą wartością, większą od pokrętnych ładów społecznych.

Co ważne jest dla tych kochających poezję? Czy ważne jest odtwarzanie treści życiowych, czy gry znaczeń wypływających z siebie, zderzających się ze sobą, grających, współgrających wyrazami, rytmem.? Poezja Mariana Lecha Bednarka jest rzeczywistością, w której utkwił, zagadką samą w sobie i mimo że słowa się wdzięczą i pchają do poety, wybór właściwego jest niezwykle trudny. O kłopocie, jaki sprawia dobranie właściwego materiału, żeby poruszył, właściwie zadźwięczał, wiedzą doskonale lutnicy. Wielu się imało tego zawodu, ale niewielu dorównało Stradivariusowi. Autor Rozmowy z ptakiem zawarł oczywiście w swoich wierszach myśli, obrazy, emocje, ale jest w nich również coś niewypowiedzialnego, tajemniczego, nieuchwytnego z jednej strony, z drugiej pobudzającego do odkrywania przy kolejnych czytaniach niezauważonych wcześniej sensów. Poza tym muzykalność, rytmiczność i naturalne poczucie humoru. Brak kompleksów pozwala na podrwiwanie z siebie, co wcale nie przynosi ujmy poecie.

Nie będę dalej się rozpisywać o walorach tego tomiku, bo po prostu Marian Lech Bednarek, który potrafi rozmawiać z ptakiem jest poetą. Ja natomiast, nawet gdybym mu soli na ogon nasypała, nie uchwycę go.

Marian Lech Bednarek „Rozmowa z ptakiem”, Wydawnictwo PISARZE.PL, Warszawa 2014, str. 68

Jolanta Szwarc

 

 

Przeczytaj też felietony i prozy M.L. Bednarka – odpowiednio w działach „felietony” i „proza” naszego portalu, a także recenzję jego książki Sianoskręt (2012) pióra Agnieszki Narloch (w "porcie literackim")