Oko

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: wtorek, 08, maj 2018 Drukuj E-mail

Marian L. Bednarek

Powiększonym okiem przyszłości patrzę na moje oko ześlizgujące się po ścianach zamalowanych horyzontalnymi beżowymi liniami, z pewnością dla pokrzepienia wszelkiej maści chorowitków, albowiem sceneria ta wykwitła jak kwiatki geometrii na oddziale neurologii w pewnym małym miasteczku. Wygląda jak abstrakcyjny płotek, który w takich miejscach zastępuje ten całkiem realny, ze sztachet, przy którym z napotkanym sąsiadem nieraz się gawędziło o tym lub owym.

Oko niczym zbieg szpitalny w realnej piżamie pomyka po okolicznych zakamarkach miasteczka. Jest zima, koniec grudnia. Ludzie w głowach już mają sylwestrowo. A ja tu obserwuję zbiegi oka, zbiegi czasu, oka przyszłości, które z kolei obserwują mnie jak małpeczkę Darwina, zwiniętą w łóżeczku białym jak pytanie o sens śmierci gatunku ludzkiego. Sierść mam poczochraną trochę, bo nerwy są jeszcze na miejscu, ale nie dałbym sobie ręki uciąć, że się na nich znam. Na pewno coś knują – jak znam prawdziwe życie. No i wpadłem w pułapkę, bo ja nie znam się na życiu. To życie zna się raczej na mnie, trzyma mnie w garści i robi ze mną co chce, czasami nawet szmatę. Tak czy siak, życie mną rządzi.

Oko jak lekarz, wraca na oddział. Stare, charczące kobiety pewnie też na nie czekają. Pielęgniarki karmią je. Biała papka ścieka im po brodzie. Poznanie ma czasem smak manny przypuszczenia, bo ani ta stara kobieta ani ja nie mamy już dużo punktów zbieżnych, więc przypuszczamy, przypuszczamy. Ona przypuszcza w Bogu, ja w mannie przypuszczam, którą przed chwilą jadłem, która ponoć kiedyś sypała się z nieba. W każdym razie mrocznieje już, bo krótki dzień, wymierzony wskazówką, która mnie nie zawsze przekonuje. Bardziej mnie przekonuje zmęczenie. Wskazówka zmęczenia to zegar współczesnych nieszczęśników, którzy ciągle śnią o kupie żarcia i efektownym samochodziku. I żeby pojechać na wczasy do jakiegoś prestiżowego kurortu. Niech lepiej ten ich zegar odpocznie już. Jeszcze tyka, więc skrobnę coś godnego wolnych fruwających ptaszków. Na przykład to, że oko jest karmikiem dla nich. Sam karmik też jest odmianą oka, oka opiekuńczości. Gdzie bym nie popędził w wyobraźni, tam mogę zacząć coś budować, według idealnej geometrii.

Fantazjuję, tymczasem może Czytelnicy chcieliby historię z życia wziętą, która ich pocieszy, da im przyjemność intelektualną i usensowni ich byt. A tu klapa, bo ja wszystkie historie widzę jedynie w jednym strumieniu przepływającym przez różne drobiażdżki, jakieś biedronki, motyle itd. Nie nadaję się na opowiadacza. Jestem raczej teraźniejszością lejącej się lawy lub ścieku rynsztoka, niż przeszłością ich skamielin. Jeśli tu wkraczają gusta, to pożal się Boże nade mną, bo wymykam się widocznie powszechnym gustom i nadaję się ewentualnie do jakichś eksperymentów przy produkcji paszy, cokolwiek miałoby to znaczyć. Pocieszam się jednak tym, że pasza jest z rodziny powszechności ( jak papier toaletowy). Ale czy jest to wielka pociecha? Zerem też się mogę nazwać, bo każdy myślący wie, że bez zera nie można myśleć. Także współczuję moim Czytelnikom, że nie sprostam ich potrzebom. Jestem jednak pewny, że zawsze zaczynamy od zera, choć nie chcemy się do tego przyznać. Zmieniają się tylko kolory zer i ich wielkość, oraz kształt (często nie do poznania). Przynajmniej tak mi się wydaje.

Przyszła pielęgniarka i powiedziała że rezonans nie wykazał żadnego pęknięcia czaszki. Ale ja mówię: to skąd to cieknie? No przecież cieknie to z mojej głowy. Odeszła wierząc bardziej maszynie niż mnie. Oto rozdroże wszystkich czasów – zawsze będziemy toczyć bój o idealność pokrycia się czystego myślenia z empirycznym. Na tym rozdrożu pulsują najczarniejsze kryminały i tam wszystkich drogich Czytelników odsyłam, ciesząc się, że przynajmniej do tego mogę się przydać.

Wkrótce zadzwoniła żona, która nie chce bym umarł. Przywiezie mi jedzenie, choć już późno i nie wiadomo czy ją wpuszczą na oddział. Oko przyszłości pomału zamienia się w księżyc. To znak bym odłożył pióro. Zegar zmęczenia ma swoje prawa. Amen. 28 grudnia 2017.

Pochodziłem z dziesięć minut po korytarzu, szukając w okienkach księżyca, ale go nie znalazłem. Pogadałem więc z tym niewidzialnym księżycem, który mi podpowiedział bym wrócił do pisania o braku księżyca. Ten fakt pocieszył mnie, że on się tam gdzieś kryje jako oko przyszłości.

Nagle wchodzi to oko do mojej sali i uśmiecha się. W ręku trzyma dla mnie sernik – wysłanniczkę apodyktycznej krowy myślenia. Omówiliśmy nasze sprawy, by się bardziej odblokować i bez erotycznej furii znaleźliśmy kilka plusów o wymiarach dorosłego człowieka. Potem nasze włosy poplątały się troszkę ze sobą, wiadomo, siła wyższa.

Wkrótce znowu zostałem sam. Zza ściany dochodziło chrapanie udarowców , byłych uczestników gwiezdnych wojen. Ja nadal w nich uczestniczę. Tak mi się zdaje, gdy stawiam tu każdą literę. Jednak hasło „DO BOJU!” nie rajcuje mnie. Może bardziej „Spokojny obywatel”? To brzmi bardziej przekonująco. Tak jakbym powiedział „A tu proszę państwa znajduje się Centralny Magazyn Dynamitu naszej planety. Wstęp jedynie w weekendy. Pokazy odbywają się w specjalnej kinowej sali, gdzie show rozwinął się jak niezaplanowane zamówienie na nowe dzieciaki. Aborcja będzie musiała walczyć o swoje. Pisarz jest tylko lustrem, niestety. Mogę pomóc tylko w milczeniu dynamitu. Ślizgam się? Umywam ręce? Nie mam kręgosłupa? Wybieram śmierć? Nie, ponieważ nie wiem, czy ten co się narodzi będzie miał lepiej czy gorzej? A to jest bardzo ważne z punktu widzenia ludzkiego szczęścia. Jeśli „gorzej” jest ważniejsze, to ludzkie życie nie ma żadnego sensu. I nie wiem czy znany Amor fati Nietzschego coś może tu pomóc? Oko gaśnie i płacz rozrywa przestrzeń aż do wygaśnięcia wszelkiej woli. Takie jest moje zdanie na ten temat. Tak, wiem, wiem. Już ktoś wali do ściany mojego sumienia, Bum! Bum!

O wenflonie, opuść moją rękę, moją żyłę.
To pierwsza linijka modlitwy walczącego o życie. Pobolewa mnie ta ręka i zaczynam już ziewać. Zęby trzeba umyć. Cześć. „Dobranoc” bierze się z „Przeddobranoc”, a ta szumnie huśta się jak liany wypełniane papugami.

3.25 w nocy. Odkryłem schody snu. Banalne? Schodzi się w górę. Poręczą jest słowo „jest”. Czekanie jest matką wychowania, ale nie koniecznie na odwrót. Słyszę kaszel. Płynę w łódkach kapci do zlewu by pluć. Potem pomyliłem drogi gdy chciałem zgasić światło. Moja rodzina to kupa nieszczęścia. Strach przed starością od pewnego czasu zamieszkał już we mnie. Ale z drugiej strony, pociesznym się wydaje straszenie zadufańców podlewaniem zwykłych doniczkowych kwiatków w oknie. Zmierzwione byty przypominają akt miłosny chaosu. Zaraz ruszą koguty świtu. Prometeusze sfatygowanej, zmiętej bielizny po nocy znowu się będą popisywać rękami pełnymi roboty.

Marian L. Bednarek

 

Przeczytaj też inne utwory M. L. Bednarka w działach „felietony” i "proza", a także w "porcie literackim" recenzje jego książek: zbioru próz Sianoskręt (2012) – pióra Agnieszki Narloch oraz tomu wierszy Rozmowa z ptakiem (2014) – pióra Jolanty Szwarc