Piotr Bednarski - W czasie, który płynie

Kategoria: rozmowa latarni Opublikowano: niedziela, 22, listopad 2009 Drukuj E-mail

Z Piotrem Bednarskim, kołobrzeskim pisarzem, rozmawia Halina Szczepańska

W czasie, który płynie

- Chciałam, żeby nasza rozmowa zaczęła się w porcie rybackim dawnego przedsiębiorstwa „Barka” w Kołobrzegu. Dzisiaj to już nie ten port, ale wtedy, w latach 60., jak pod sznurek stały tu żółte „kaefki” - to był początek Twoich związków z Kołobrzegiem. Pierwsze wrażenie, kiedy tu przyjechałeś?
- Port nie był dla mnie zaskoczeniem, szczególnie rybacki. Bo mieszkając w Rosji widziałem parę portów rybackich nad morzem Azowskim. A dlaczego znalazłem się w Kołobrzegu? Chciałem pływać na małym statku rybackim. Wiedziałem jak to wygląda, byłem na pokładzie. Ta bezpośrednia styczność z żywiołem morza najbardziej leżała w moim charakterze. Od dzieciństwa marzyłem o tym, aby zostać rybakiem. Nie wiem dlaczego, może z lektury, może zdecydował „Morski wilk” Jacka Londona, może.
Zawód rybaka była dla mnie czymś wyższym od marynarskiego, w sensie dzielności morskiej. Poza tym morze stanowiło dla mnie rodzaj wyzwania, sprawdzianu - bo fizycznie nigdy nie byłem okazem zdrowia. Miałem odwagę i wmawiałem sobie, że jeśli ktoś potrafi, to i ja mogę. A pierwszego wrażenie? Właśnie tu, w Kołobrzegu, w „Barce” pomyślałem, że o moich przeżyciach na morzu napiszę pierwszą prozę.

- Tak od razu? Na samą zapowiedź tego, co dopiero ma nastąpić?
- Że zostanę poetą - jak dziwnie to nie zabrzmi - postanowiłem w piątej klasie szkoły podstawowej, po lekturze poematu o demonie Michała Lermontowa. Tak zaskoczyło jego piękno, że prawie zaniemówiłem. A przypieczętowały wszystko ostatnie wersy. Zrodziło się we mnie przeświadczenie, że będę należał do tych ludzi, których nazywają wybrańcami lub głupcami bożymi. W tym czasie pomyślałem również o tym, że skoro Michał Lermontow mógł tak wspaniały poemat napisać, to i ja się postaram stworzyć coś, z czego będę dumny.


- Byłeś „przypisany” morzu?
- W pewnym sensie. Tyle morze mnie wybrało, co ja morze. Mój pierwszy rejs na statku rybackim zafascynował. Pływaliśmy jednym ciągiem trzy, cztery dni. Była wiosna, początek. Łowiliśmy dorsze, trwały półsztormowe pogody. Wszystko robiło się ręcznie. Nie było rękawic ochronnych, czy przeciwsztormowych ubrań. Te warunki nie wpłynęły na mnie ujemnie, ani fizycznie, ani psychicznie. Największą trudność sprawiało patroszenie dorszy, wyrzucanie wnętrzności z ryby. Robi się to trzema ruchami, ale by nabrać wprawy, potrzeba czasu, więc często się kaleczyłem, a słona woda morska wżerała się w rany, ręce puchły. Nieraz wydawało się, że zamiast dłoni mam dwa bochenki chleba.
Ryba szła. Każdy zaciąg przynosił około pięćdziesięciu skrzynek dorsza, więc nieustannie musieliśmy być na pokładzie. A gdy wracaliśmy do portu, wreszcie mogłem położyć się w koi. Czułem jak pulsują mi ręce, jak bije serce, jak bardzo, ale to bardzo byłem zmęczony. Po wyładunku, około osiemnastej, poszedłem do domu rybaka, gdzie był klub rybacki. A ja nie miałem grosza. Zwróciłem się do barmanki, zdejmując zegarek: „Pani Gieniu, daję w zastaw za butelkę wina”. Francuski burgund tak mi podszedł, że ten smak i upojenie pamiętam do dzisiaj.
Dom rybaka i klub rybaka stał się domem, a to dlatego, że przyjęto mnie życzliwie, a pani Gienia okazała się kobietą o złotym sercu. I już nigdy nie musiałem dawać nic w zastaw.

- Zasiadłeś do pisania. Powstały „Krople soli”, pełne portretów takich postaci jak pani Gienia właśnie, rybacy, pijanice i niebieskie ptaki...

- Pisałem tę książkę w kawiarniach „Fregaty” i „Skanpolu”, przy lampce koniaku, gdzie miałem ulubione stoliki. Samotnie. Nikt nie wiedział. I ja nie chciałem, aby wiedzieli. By nie nabrali do mnie dystansu. Bo ludzie do takich odnosili się z podejrzliwością: czy literat, czy dziennikarz, to była dla nich jedna grupa ludzi. Dowiedzieli się z gazet, bodaj z „Trybuny Ludu”, którą dostarczano na kutry bezpłatnie i obowiązkowo. Mówiłem, że to nie ja, ale nazwisko, miejsce pracy - stało czarno na białym.

- Na nic było wcześniejsze ukrywanie się po kawiarniach. Książka dostała nagrodę CRZZ - chyba nie tylko z tego powodu, że była książką o pracy. Te liryczne, lapidarne, napisane poetycką prozą opowiadania są i dzisiaj jak świeże bułeczki. Niejeden pokręcony życiorys, jaki w nich odnajdziemy, jest bardzo aktualny.
- Nie wiem, dawno ich nie czytałem. Nawet nie mam tej książki... (śmiech). Wtedy wywołało to podejrzany entuzjazm. Nagle rybak napisał książkę, którą zachwyca się Warszawa... Ale ich stosunek do mnie się nie zmienił, bo znali mnie już na tyle, że zawsze stawałem w obronie innych. To było dla mnie najważniejsze.

- Czytali to, co o nich napisałeś?
- Tak. Niektórzy byli dumni, inni miewali pretensje, głównie... o opisy wyglądu. Ale czytali, dostrzegali, że jest tam drugie dno, że nie oni wprost są tymi bohaterami, tylko człowiek i morze; że pokazałem poprzez te sceny z ich udziałem prawdy chyba uniwersalne. Czuli, choć nie potrafili tego wyrazić, że to prawdziwa literatura i że do niej właśnie weszli.

- W piątej klasie wiedziałeś, że będziesz pisał, po co więc było to morze, ciężka i niebezpieczna praca na kutrach i statkach?
- Gdybym się ponownie urodził, jeszcze raz wybrałbym morze. Ze względu na to, że udawało mi się godzić pracę na morzu z pracą na lądzie. Rybołówstwo nigdy nie przeszkadzało mi w pisaniu utworów literackich. Poza tym miałem takie szczęście, że w dzieciństwie przeżyłem bardzo ciężkie, głodne okresy - w Rosji. Wtedy często brakowało chleba. I matki, którą często zabierano do pracy w sanitarnych batalionach. Później mieszkaliśmy w różnych częściach ZSRR - w Kraju Komsomolskim, na Ukrainie. Poznałem tam życie wsi i miasteczek, równie pierwotne, jak pierwotny jest żywioł morza. I tam była wyczerpująca praca, i na morzu również.

- Zanim zachwyciłeś się poezją Lermontowa, coś musiało być wcześniej. Jak zbratałeś się z literaturą na Syberii, gdzie znalazłeś się jako trzyletnie dziecko-zesłaniec? W takim miejscu wydaje się to niemożliwe.
- Byliśmy dziećmi, był czas nauki i chodziłem do szkoły w Rosji. Literaturą zainteresowała mnie nasza rusycystka, Tatiana Galina. Ona powiedziała nam, że poezja stworzyła kulturę; że Homer stworzył Grecję, a bez starożytnej Grecji nie byłoby ani Rzymu, ani Bizancjum, a tym samym wczesnej i dzisiejszej literatury. Jej wykłady były bardzo proste i sugestywne. Czułem się tak, jakby ktoś wlewał mi wiedzę kubkiem do głowy. Zawierzyłem jej i stała się dla mnie autorytetem. I jest nim do dzisiaj. Później już nigdy nie słyszałem równie prostych i sugestywnych wykładów o literaturze.
Dostęp do książek był. Każda szkoła miała swoją bibliotekę. Po rosyjsku, oczywiście. To sprawiło, że i dzisiaj w czytaniu i w myśleniu posługuję się gramatyką rosyjską.

- „Na ogół nie dostrzegaliśmy naszej nędzy. (...) Rzeczywistość była okrutna, gorsza niż jaskiniowców, lecz nam było dobrze, bo nie znaliśmy dobra. (...) Opowieści o cywilizowanym świecie słuchaliśmy niczym bajki”. To parę wyrwanych zdań z książki o Twoim dzieciństwie, z „Błękitnych śniegów”.
- Pisząc „Błękitne śniegi”, pisałem z osobistego punktu widzenia. Ja jestem bohaterem tej książki, w dziewięćdziesięciu procentach to fakty. Z jego zasobów korzystałem, starałem się nim być, wrócić do tamtej chwili. Mam niesamowitą pamięć wzrokową i z dzieciństwa pamiętam wszystko dokładnie, tak jakbym przeżywał to wczoraj. Pamiętam domy, ulice, twarze ludzi, nawet ich zmarszczki. Pisanie o tamtych czasach - tak w prozie jak i w poezji - nie sprawia mi trudności.

- Dziecięcy narrator w „Błękitnych śniegach” jest i dzieckiem, i bardzo dojrzałym obserwatorem, czasami zachowuje się jak prorok, jak filozof.
- Do dzisiaj mam w sobie dziecko. Nigdy nie pozbyłem się dziecięcego sposobu myślenia, dziecięcej nadziei, wiary w ludzi. To ma wpływ na sposób pisania. Wszystko, co mnie otacza, wywołuje potrzebę artykulacji we własnym języku. A gdy piszę, prawie samoistnie metafory poetyckie wplątują się w prozę. Poza tym, jeśli chodzi o czas, nie mam problemów z przeskakiwaniem z jednej epoki do drugiej. I widzę na jakiej zasadzie zmienia się rzeczywistość w czasie, który płynie.

- Zatem te obrazy, które zafascynowały tak wielu ludzi, że książka otrzymała nagrodę Fundacji Kultury w 1996 roku, doczekała się ekranizacji w teatrze telewizji, by wreszcie zostać przetłumaczoną na sześć europejskich języków, zawdzięczamy fotograficznej pamięci i wyjątkowej wyobraźni dziecka. Kiedy jako chłopiec zacząłeś notować swoje myśli?
- Wiedziałem od dziecka, że będę pisał. Że zacznę od poezji. Zapisywałem swoje myśli bardzo wcześnie. Wiersze pisałem od piątej klasy - początkowo jako próbę i naukę doskonalenia stylu. O prozie mało myślałem. Dopiero w Kołobrzegu dojrzała we mnie myśl, że muszę napisać o morzu prozą.

- Wspominałeś kiedyś, że „Błękitne śniegi” zacząłeś dla siebie, w ogóle nie myśląc o publikacji. Kiedy odważyłeś się wrócić w taki sposób do swojego dzieciństwa? Mogłeś tego w ogóle nie chcieć...
- Zacząłem z własnej potrzeby. Dokładnie za rządów Gierka. Po publikacji „Lancelota” i „Parsifala”. Notowałem sobie w międzyczasie, jak to się mówiło, „do szuflady”. Pamiętam pierwsze opowiadanie - „Jabłko”. Gdzieś zawieruszyło się... Nie weszło do książki.

- O czym było „Jabłko”?
- Mógłbym sobie dokładnie przypomnieć i odtworzyć. W tamtym czasie przyjaźniłem się mocno z dziewczynką, córką bonzy z NKWD. W ich domu, na choince noworocznej, zobaczyłem jedno, jedyne jabłko. I tak zapragnąłem poczuć smak owocu, że przerodziło się to w obsesję. Śniło się po nocach. Nieustannie nagabywałem Tatianę (tak miała na imię), aby jabłko dla mnie zdobyła. A jabłek na Syberii było jak na lekarstwo. Powiedziałem jej, że wisi u niej na choince. Odpowiedziała mi, że to jabłko ojca. Poprosiłem, by porozmawiała z matką. Zrobiła to, a matka porozmawiała z ojcem, lecz ten - jak opowiadała mi dziewczyna - stanowczo odmówił. Podobno dostał je z rąk najwyższego dostojnika z Moskwy, niczym jakiś medal za zasługi, ze słowami: „Na Syberii macie tego bardzo mało”. Wstawiająca się matka Tatiany usłyszała: „Otrzymałem to jako odznaczenie i nie pozwalam ci tego ruszać”. Mimo to matka Tatiany zerwała jabłko z choinki w mojej obecności. I dała mi mówiąc: „Uważaj, abyś się nim nie udławił, ponieważ tego będzie sobie życzył mój mąż”. Przyjąłem i podziękowałem. Było bardzo pomarszczone, stare. Kiedy wyszliśmy z domu poprosiłem Tatianę, aby ona pierwsza odgryzła kęs. Ugryzła i powiedziała, że jest kwaśne. A mnie smakowało. Bardzo. Nie znałem smaku jabłek. Wiedziałem o nich tylko z lekcji przyrody. Ta chęć we mnie zrodziła się pod wpływem Biblii. Gdy przeczytałem o raju, jak Ewa zerwała z drzewa jabłko. A o tym, gdy zdobyłem Biblię... to można znaleźć w „Błękitnych śniegach”.

- Jak ojciec, szycha z NKWD, zareagował na zjedzenie przez dzieci jego „medalu”?
- Była kłótnia z żoną. O mało się nie rozwiedli. On mówił: „Co by było, gdyby to Stalin dał jabłko?” Ona - że też by zerwała.

- Musiałeś mocno zauroczyć obie te kobiety, skoro były gotowe sięgnąć dla Ciebie po ten zakazany owoc.

- Co opisałem w książce, jako dziecko obracałem się wśród kobiet. Bo mężczyzn było bardzo mało. Przeważnie inwalidzi albo funkcjonariusze NKWD i im podobni. Wśród kobiet miałem mir, wszystkie mnie lubiły. Może dlatego, że moja matka, którą bohater książki, Pietia, nazywa Pięknem, cieszyła się szacunkiem. Ze względu na swoją urodę, czy też wrodzoną charyzmę, umiała powiedzieć odpowiednim ludziom, często przełożonym, ciętymi słowami prawdę w oczy. Słowa, które Rosjankom, ani kobietom innych narodowości, nie przyszłyby nawet do głowy. I jeszcze, że uchodziły jej płazem, chociaż wszyscy wiedzieli, iż nie jest związana z NKWD i robi wszystko na swoją odpowiedzialność.

- Kiedy dojrzałeś do wydania „Błękitnych śniegów”?
- W międzyczasie powstawały inne opowiadania z tej serii i dopiero, jak zaczął się ruch Solidarności, pomyślałem, że będzie szansa na wydanie książki o tym temacie. Ukończyłem całość mniej więcej w czasie stanu wojennego, krótko po. Później ją wydano i na tym skończyły się jej dzieje w Polsce.

- Ale się zaczęły nowe, we Francji...
- Książka miała parę dobrych recenzji, między innymi w „Twórczości”; została zauważona przez Monikę Gibson, z pochodzenia Polkę, profesora Sorbony. I właśnie Monika Gibson zwróciła na nią uwagę Jacquesa Burco, tłumacza języka polskiego. Wybrali moją książkę na zajęcia seminaryjne przekładu ze slawistyki. J. Burco zaczął tłumaczyć książkę w całości. A studenci, szlifując język polski, tłumaczyli ją w wybranych częściach, każdy dla siebie. Byli jej pierwszymi czytelnikami poza Polską. Gotowe tłumaczenie J. Burco zaniósł do francuskiego wydawnictwa Autrament. Wydawca, po przeczytaniu dziesięciu zdań pierwszego opowiadania, powiedział – biorę! Książka wyszła bardzo szybko.

- Po francuskim, w kolejnych latach szybko pojawiły się następne przekłady. Wyszła w języku portugalskim, włoskim, niemieckim, ostatnio, w 2008, w rumuńskim, a już czeka na wydanie przekład na język angielski... Byłeś we Francji na wielu spotkaniach z czytelnikami. Na ile temat poruszany w „Błękitnych śniegach” jest znany?
- Znamienne było pierwsze spotkanie, w centrum Pompidou. Przyszło bardzo dużo ludzi znających książkę. Zadawano wiele pytań na temat pobytu na Syberii, prawdy i fikcji literackiej. Pamiętam wrażenie, jakie wywoływały moje słowa, kiedy odpowiadałem, że przetworzenie literackie, fikcja występuje tam tylko w bardzo małym procencie. Wszyscy pytali o przyczyny zesłania, o to dlaczego książka ukazała się tak późno. Dlaczego fakty, zesłania Polaków i wydarzeń lat 1940-1941 były tak mało znane ludziom w Polsce.

- We Francji książka stała się bardziej znana niż w Polsce. Od 2004 roku wyszły łącznie cztery wydania, w tym kieszonkowe. Nie tylko w Autrament, również w innych wydawnictwach. To nie tylko zasługa tematyki.
- Krytyków uderzało to, że książka jest bardzo liryczna, napisana z wielkim wyczuciem - za sprawą daru wyobraźni dziecka. Spotkałem się z zachwytem krytyka polskiego pochodzenia, żyjącego w Paryżu, który czytając miał przed oczami świętego Franciszka z Asyżu.

- Wciąż miewasz dowody wspaniałych reakcji na tę książkę.
- Czytelnicy dawali do zrozumienia, że książka silnie wpływa na ludzkie uczucia, podświadomość, wyzwala ukryte emocje. I jak zauważyłem, bardziej podoba się kobietom niż mężczyznom.

- Znowu działa ten mir?
- Jest to dla mnie zrozumiałe, bo kobiety silniej odbierają świat emocjami. Miałem wiele osobistych listów, telefonów, podziękowań.

- Ludziom Zachodu daleko do doświadczeń zesłania. Jedynym krajem (gdzie przetłumaczono Twoją książkę), który zna stalinizm z autopsji, jest Rumunia. Kraj, z którego całkiem niedawno dobiegały wiadomości o krzywdach dzieci. Wymownie brzmi w tym języku tytuł przekładu Carmen Luizy Sǎvescu „Zǎpezile albastre”.
- Dopiero po ukazaniu się książki zorientowałem się, że do tłumaczenia doszło za sprawą dziennikarki, pani Romanescu, która przeczytała ją po niemiecku, wysoko oceniając. W recenzjach biła wręcz na alarm, że to wstyd, iż w jej kraju, gdzie wszystkie klasy społeczne doznały tak wiele zła, gdzie tyle lat rządził Czausescu, do tej pory ludzie nie znają tej książki. Na opinie czytelnicze stamtąd jeszcze za wcześnie. Książka dopiero wyszła.

- W pierwszym wydaniu francuskim na okładce mamy autentyczne zdjęcie bohaterów, Twoich dziecięcych przyjaciół Rosjan. Do tej pory jednak nie stanąłeś przed czytelnikiem rosyjskim. Czy boisz się tego przyjęcia?
- Trudno przewidzieć jak może tę książkę przyjąć dzisiaj Rosjanin. Naród cenię za szczerość i wspaniałomyślność. Wykrzywienie, którego Rosjanie zaznali, sprawił system, tak sowiecki, jak i carski. Miejmy na uwadze to, że Rosjan, prawdziwych z krwi i kości jest niewielu; że osiemset kilometrów za Moskwą mamy mieszankę pięćdziesięciu narodów - w sensie etnicznym. Większość tego kraju stanowią narody Azji... mówiące po rosyjsku.

- Ale przyznaj, marzysz o tłumaczeniu na rosyjski...
- Jest ono chyba najbardziej oczekiwane. Nie ze względów uczuciowych i jakości artystycznej, ale dlatego, że literaturę rosyjską, na której się wychowałem, cenię jak żadną inną w Europie.

- We Francji wyszła też już druga część „Błękitnych śniegów” – „Rejsy po arcydzieło”...
- Teraz wysłałem do wydawnictwa Autrament trzeci tom. Nosi tytuł „Śnieżne kraby”. Podobnie jak drugi tom, „Rejsy po arcydzieło”, ma wyjść wcześniej niż polska wersja. W międzyczasie niespodziewanie zmarł J. Burco i wydawca szuka nowego tłumacza.

- Dlaczego tak na odwrót - tłumaczenie wychodzi przed oryginałem?
- Prawda jest taka, że łatwiej wydać książkę za granicą, niż w oryginale w Polsce. „Błękitne śniegi” odrzuciło pięciu wydawców, tłumacząc, że tematyki łagrowej jest już dosyć w Polsce. Ukazała się dzięki żonie wydawcy, pani Mirosławie Łątkowskiej, która od razu ją zauważyła i się nią zachwyciła. Może znów zadziałał ten mój mir u kobiet... Sam wydawca nie przyjął jej najlepiej, ale dzięki żonie wydał i dobrze trafił, bo przyniosła nagrodę. Odbiór książki w kraju i za granicą jest diametralnie różny. Za granicą jest euforia i zachwyt, natomiast w Polsce recenzje - przynajmniej te, które znam - są bardzo wyważone i ostrożne. Może dlatego, że lekceważeni są pisarze mieszkający na prowincji. Nie zwraca się uwagi na twórczość, tylko na adres. Jakby poza dużymi miastami nie było ludzi utalentowanych.

- Jak dziś wygląda podział na stolicę i prowincję?
- Prowincja jest i będzie prowincją. Bywa ciekawsza od świata wielkich miast. Lecz problemem jest, że dzisiaj nie widzę polityki państwa w dziedzinie kultury. Polityki pojętej szerzej. Takiej, która by zapewniała jej rozwój. Spotykam wiele doskonałych książek, których recenzji nigdzie nie uświadczysz. Profesjonalna krytyka literacka jakby zanikła, zostali tylko pasjonaci. Nie widzę też publicznego systemu nagród (jako rodzaju zachęty i wsparcia) na różnych etapach drogi twórczej - od młodych zaczynając. Często wartościowi twórcy bywają spychani na margines przez przemilczanie, niedocenianie lub z powodów koteryjnych.

- Czy winni są politycy? Choćby przez instrumentalne traktowania sztuki?
- Polityka to też temat dla twórców. Traktowanie pisarzy jako zła koniecznego jest zrozumiałe, bo władający piórami mogą stać się dla władców politycznych niebezpieczni. Komuniści, nie tylko w Polsce, dobrze ten bicz poznali. Bo politycy - choćby nie wiem jak tępi - pojmują, że prawdziwy twórca nigdy nie będzie ich tubą, ich sługą. Choćby mu stawiali pomniki za życia. Dlatego lepiej, bezpieczniej niechaj pozostanie tym złem koniecznym.

- Kulturę oddano w ręce wolnego rynku...
- Od czasu po 1989 roku - chociaż neguje się komunę i szkody jakie wyrządzała - z kulturą robi się rzeczy o wiele gorsze. Nie w sensie politycznym, a komercyjnym. Dziś kultura jest deptana, odpychana. Mówię o kulturze wyższej, nie klezmerskiej, mielonej medialnymi młynami. A kultura jest wyrazem ducha narodu, jego twórczych możliwości. Lecz tak zadziałał u nas kapitalizm. W dosyć powszechnie uwielbianym USA (głównie przez elity polityczne) też jest kapitalizm. A prawdziwa, dobra poezja powstaje i jest masowo wydawana na uniwersytetach. Rząd, który chce, aby jego kraj cokolwiek w świecie znaczył, to rozumie. Każdy okręg wojewódzki powinien mieć pismo literackie, artystyczne, pielęgnujące kulturę - dającą obraz tego, co się na jej rozmaitych poziomach dzieje - finansowane przez państwo, a też samorządy lokalne. Niestety, w Europie Polska jest zaściankiem, bo tam nie znają naszej kultury. Bo my sami tej kulturze zakładamy kagańce finansowe, koniunkturalne i niekompetencyjne. Miast ją promować, jednocześnie edukując nowe pokolenia. Króluje antyestetyka i antykultura.
To mnie boli, że ze wspaniałych wynalazków XX i XXI wieku korzystamy w sposób niegodny ludzi. Młody człowiek, jeśli nie ma rozumnie przygotowanego dostępu do wyższych wartości, nie sięgnie po nie w życiu dorosłym.

- Te gorzkie słowa wypowiada pisarz tłumaczony na kilka języków, który nie ma powodów do narzekań...
- Nie tłumaczy się polskiej literatury na taka skalę, jak to powinno być. Inne kraje europejskie potrafią o to zadbać, my nie. Ludzie Zachodu nie są w stanie nas poznać, naszej mentalności, wartości, wielkości, bo im nie dajemy takiej szansy. Traktują nas jak kraj służalczy, słabe jest promieniowanie naszej kultury; nie wiedzą, że Polska jest narodem myślącym, liczącym się w Europie, o wspaniałej historii; że ma wiele istotnego do powiedzenia. Po prostu nasza kulturowa obecność w świecie jest mizerna. To jest fundamentalne pytanie, które we własnych głowach zadają sobie twórcy, choć winno być kierowane do włodarzy kraju, do ministerstwa kultury: czy zostanie, ma zostać po nas tylko cmentarz?

- Powiedziałeś mi, że byłeś bardzo nieśmiały. Chowałeś się z pisaniem, bałeś spotkań autorskich. A teraz Paryż Ci niestraszny?
- Pierwsze spotkanie autorskie, po wydaniu „Kropli soli”, miałem w szkole podstawowej. Przeżywałem je bardzo, ale to bardzo głęboko. Jak mówić do dzieci, które o literaturze mało wiedzą lub się nią w ogóle nie interesują? To było wielkie wyzwanie. Chyba ośmieliłem ich próbując wcielić się w piątoklasistę, jakim sam niegdyś byłem. Zacząłem mówić ich językiem. Wywiązała się niebanalna pogawędka. Po nawiązaniu rozmowy wstydliwość szybko mija, ale do dziś w takich sytuacjach czuję się skrępowany i niejednokrotnie zasycha mi w gardle. A rozmowy z ludźmi lubię. Wtedy wprawia się w ruch intelekt. Często wplatają się w nie osobiste historie ludzi i zaczynamy dotykać spraw najistotniejszych.

- Może kontakt z pisarzem, to dla niektórych jedyna okazja do takich rozmów?
- Staram się zwracać uwagę na sprawy zasadnicze. Czuję się nie prozaikiem, lecz poetą. Poeta bywa filozofem, który wyraża swoje widzenie świata piękniej, niż czyni to filozof. Uogólniając, w pisaniu, choćby to była proza, a też w prowadzonych rozmowach, zmierzam ku prawdzie, celom ostatecznym, sensowi życia, pięknu. Najczęściej przecież rozmawiam z ludźmi, którzy nie interesują się filozofią - choćby z powodu jej zawiłego i często niezrozumiałego języka.

- Twoi czytelnicy podkreślają Twoją miłość do człowieka. Bohaterowie Twojej prozy bywają piękniejsi, lepsi, większego serca i wyzwoleni z przyziemności.
- Bo mimo moich własnych wad, których mam świadomość, kocham ludzi. Każdy człowiek ma dla mnie niepowtarzalną wartość. Z tym się urodziłem. Na Syberii, na zesłaniu spotykałem generałów, dygnitarzy, przedsiębiorców. Byli normalnym więźniami. Widziałem jak ich poniżano, jak sobie w tych sytuacjach radzili (lub nie radzili). Czuję niechęć do ludzi, którzy do człowieka na stanowisku mają stosunek uniżony, czy wręcz lizusowski. Żal mi ich. Z własnego doświadczenia wiem, że mało jest ludzi, którzy darzą przyjaźnią bliźniego. Ubolewam nad tym. Ludzie najbardziej lgną do siebie, kiedy jest bieda, kiedy pojawia się zagrożenie egzystencjalne. Obecnie większość jest źle nastawiona do drugiego człowieka. Za socjalizmu (u nas nazywało się to: demokracja ludowa) była zawiść o nagrody, awanse, przydziały, przywileje. Dzisiaj przede wszystkim o status materialny.

- Z Twoich wierszy i z prozy bardzo mocno, zwłaszcza ostatnio, wypływa śmierć. To obok miłości ulubiony temat uniwersalny. Stykałeś się z nią wiele razy w życiu, obcowałeś bardzo blisko. Boisz się śmierci?
- Pierwszym moim przeżyciem traumatycznym była śmierć mojego dziadka, który wyskoczył za mną z eszelonu, bo w trakcie postoju wybiegłem zobaczyć krzak dzikiej róży. Enkawudzista zastrzelił go na moich oczach. Trudno mi było uwierzyć, że dziadka już nie będzie. Było to dla mnie dziwne. Zobaczyłem krew, widziałem jak dziadka zabrali, a mnie wprowadzili z powrotem do wagonu. Miałem pięć lat. Nie rozumiałem tego.
Później śmierć stała się zagrożeniem, którego starałem się unikać, którego się bałem. W świecie łagrowym była czymś naturalnym. Z głodu, chłodu, niemocy, bestialstwa... Ale tajemniczym i strasznym. A bardzo silnie przeżyłem zagrożenie śmiercią dopiero na morzu. Kiedy tonął kuter rybacki. Wtedy ta możliwość zniknięcia z tego świata wydawała mi się czymś przerażającym. To ugodzenie ościeniem śmierci, jak mówił święty Paweł, obudziło we mnie niewyobrażalna chciwość życia.
Po tej traumie bardzo bałem się śmierci przez około dwa lata. Potem zacierała się, pogłębiała łączność ze światem, rozumienie przemijania. Człowiek rodzi się, by umrzeć. Ale teraz, mimo tego że nie boję się śmierci, że z godnością ją przyjmę, pomimo religii i zapewnień, że tam będzie lepiej, nie chce się umierać. Człowiek chce żyć właśnie tu. Na tej ziemi, którą kocha, pomimo swych cierpień, utyskiwań i żalów. Może dlatego, że nikt ze zmarłych nigdy nie powrócił i nie powiedział jak tam jest...

- A chciałbyś, aby jak było?
- Pięknie!


Latarnia Morska 2 (10) 2008