„żeby rzecz zwaną rzeką uznać za skończoną” Mieczysława Machnickiego

Kategoria: port literacki Utworzono: sobota, 15, kwiecień 2017 Opublikowano: sobota, 15, kwiecień 2017 Drukuj E-mail

Leszek Żuliński

WSZYSTKO PŁYNIE, WSZYSTKO UPŁYWA

 

Mieczysław Machnicki (rocznik 1943) swój pierwszy tomik poetycki wydał w roku 1969. Ten najnowszy jest chyba jego piętnastą książką poetycką, jeśli się nie mylę. Można by więc zaryzykować twierdzenie, że w ciągu niemalże pięćdziesięciu lat od debiutu liczba jego zbiorów jest umiarkowana. Ale przecież wiadomo, że nie w tym rzecz. Machnicki pisze sumiennie, precyzyjnie i solidnie, rzekłbym nawet: kunsztownie, co nie od dzisiaj ustanowiło jego rangę. No więc i tym razem nie zawiedliśmy się.

Poeta ten lubi przywiązywać się do swoich wydawców. Zdecydowana większość jego zbiorów ukazała się w dwóch oficynach: w wrocławskim Ossolineum i w warszawskim Nowym Świecie. A teraz, już po raz trzeci, Machnicki powierzył swoje nowe wiersze sopockiemu wydawnictwu Topos. Ta nowa komitywa rodzi dobre owoce. Najnowszy tomik nie ustępuje poprzednim. No więc teraz do rzeczy…

Pierwsze spostrzeżenie: z tych kilkudziesięciu wierszy żaden nie jest opatrzony tytułem – trzy gwiazdki nad każdym wierszem, i tyle. Żadnego wniosku z tego nie wyciągam, ale pomysł w swej prostocie i konsekwencji wydał mi się fajny. Tym bardziej, że autor trzyma się starej zasady: jak najmniej słów, jak najwięcej treści.

Żeby rzecz zwaną rzeką uznać za skończoną jest podzielony na dwie części. Pierwsza nosi tytuł nie masz nad źródła wyższego sposobu. Absolutnie dominują tu wiersze krótkie, epigramatyczne i – mówiąc językiem kolokwialnym – „proste jak budowa cepa”. I – uwaga, uwaga – w tym cały cymes! Od lata zalewa nas wysoka fala „przekombinowanych” dykcji poetyckich. I nagle ta prostota jest jak ozon po burzy, jak świeży powiew powietrza, gdy otworzymy okno. Sedno oczywiście w tym, że Machnicki mówi o sprawach ważnych – oczywiście metaforyzując je, obrazując. Kwintesencja jest istotą tego zbioru.

Oto przykład: Piaski na wodzie / są po to, by wątpić, / że głębiej jest morze / złożone do grobu. // Trzeba weń wstąpić, by do piasków dociec; / nie masz nad źródła / wyższego sposobu. Hmm, więc teraz przetwórzcie sobie ten wierszyk na wykład egzystencjalny, ontologiczny… – mógłby z tego wyjść niemały esik.

Inny przykład: Dajcie mi nóż, dajcie mi sznur, / a ja zakreślę świata koło. / Zostawię nóż, zostawię sznur, / kiedy wyskoczę poza ogień. // I znajdą drut i tępy kołek, / gdy przyjdą na gotowe. / Pomierzą, zważą i przewiążą / i nazwą to popiołem. No więc? No więc w ośmiu wersach znowu traktacik… Lekko napisany, ale ponury…

Andrzej Jończyk celnie to wszystko zsyntezował: Koncept wychodzi z odrębności jednostki, zanurza się w sferę psychiczną, a ta rozszerza się w bezmiar duchowy lub jeszcze inaczej: zaczyna od nieistnienia, wiedzie przez ziemskie bytowanie, wreszcie wykracza poza widzialne granice materii, ku metafizycznej niewyrażalności, niepojętości. Tak, to zapewne jest clou poezji Mieczysława Machnickiego, w tym zbiorze szczególnie (i osobliwie) widoczne.

Druga część tomu nosi tytuł ten sam, jaki widnieje na okładce książki: żeby rzecz zwaną rzeką uznać za skończoną. Ale wiersze mają już inny format. Nie są epigramatami – każdy z nich jest konsekwentnie złożony z pięciu dystychów. Z kolei każdy dystych jest rymowany, a nawet sylabotoniczny. Klasyczna formuła, zdyscyplinowana. Oczywiście znowu cymes wynika z wyobraźni Machnickiego oraz z „filozoficznego przesłania”.

Panta rhei – ta heraklitejska formuła jest, twierdzę, sednem tego tomiku. Rzeka czasu, rzeka istnienia, rzeka tego wszystkiego, co gdzieś ma źródło i gdzieś ostatnie ujście. Z wysokim wyzwaniem zmierzył się Machnicki, bo przecież już antyczni filozofowie mieli tego świadomość.

Zacytuję wiersz wielce wymowny (i też tytułowy dla całego tomu): żeby rzeka miast skręcić popłynęła prosto / wystarczy że nie ufa przerzuconym mostom // jeśli w morzu są źródła muszą w morzu tonąć / żeby rzecz zwaną rzeką uznać za skończoną // jeśli droga się wije między kamieniami / znak to że pobłądziły kończąc się szczytami // jeśli w lesie drzew braknie wystarczą korzenie / żeby do samej głębi zazielenić ziemię // żeby koniec się zaczął musi się zakończyć / w zakończenie nie można już początku włączyć.

Boże, jaki to piękny i mądry wiersz! Kwintesencja Natury Życia! W małej pigułce – sedno sprawy: istnienia i nieistnienia. Ten cykl jest jednym z najmądrzejszych, jakie do tej pory czytałem. I na dodatek manifest stoicyzmu. Bo Machnicki nie histeryzuje; on opowiada naturalny bieg rzeczy, a świat natury uznaje za sedno sprawy.

Momentami bywa „chojracki”. Jeden z wierszy tak puentuje: niech ktoś nazwany Bogiem przystąpi do mnie z łyżką / nim z kotła na tym świecie spróbuję wyjeść wszystko. Tu pobrzmiewa przecież wręcz nuta hedonistyczna, epikurejska.

Taaak, dawno nie czytałem w dzisiejszej poezji wierszy tak metafizycznych. Ale nie mrocznych. Nie sposób, oczywiście, zweryfikować domniemań i wierzeń Machnickiego, ale jego racjonalizm do mnie trafia. Jak to naprawdę jest i będzie dowiemy się w stosownym czasie. Ja w każdym razie do „ontologicznego kościoła” Machnickiego zapisuję się zdecydowanie.

Mietek, chyba napisałeś tomik swego życia!

Mieczysław Machnicki „żeby rzecz zwaną rzeką uznać za skończoną”, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2017,  str. 88

Leszek Żuliński

 

Przeczytaj też w "porcie literackim" recenzje wcześniejszych zbiorów wierszy M. Machnickiego: lawa się nasładza skorupa ciemnieje (2013) i jest tylko gradobicie i deszcz perseidów (2014)