Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska „Szczęściodoły”, Księgarnia Akademicka, Kraków 2016, str . 56

Kategoria: port literacki Utworzono: sobota, 04, luty 2017 Opublikowano: sobota, 04, luty 2017 Drukuj E-mail


Leszek Żuliński

EGZYSTENCJALIZOWANIE PRZYZIEMNOŚCI

To moje pierwsze zetknięcie z poezją Agnieszki Wiktorowskiej-Chmielewskiej. Jak czytam, ta krakowska autorka siedzi po uszy w „przestrzeni kulturalnej”; wygrywała konkursy poetyckie, teatralne; pisała słuchowiska… No i tak już będzie, bo literatura jest rzeką, z której się nie wychodzi.

Wiktorowska – jak my wszyscy – opowiada swój świat. Ma o czym opowiadać, aczkolwiek zamknąłem ten tomik z pewnym zmęczeniem. Ścieżki jej skojarzeń, przeskoków myślowych, budowa zdań nie ułatwia lektury. Tomik w sumie zamknąłem z aprobatą – bo to są dobre, ciekawe wiersze – ale momentami „przeciążone”. Na szczęście tego niewiele.

Oto wiersz tytułowy tomów, Szczęściodoły: Śnieg w ciągłym ruchu brunatnieje. / jak domy z drewna po obu stronach / drogi. Sosnowy dywan, zatrzymany / czas, stajnia. tam gdzie ogień, tam / miłość, gdzie ogień, tam nagość, / dym. co noszę w sobie, co kołyszę – / innych ludzi, innych ludzi wyobrażenie / moje, innych ludzi oczekiwanie moje, / zakłamanie? biały i czarny – dwa kolory, / dwa punkty widzenia, jedno źródło / – ujście wieloramienne. Otóż – jak sądzę – cały przekaz rozumiem. On zresztą prosty: ten wiersz przecież opowiada o tym, że raz jesteśmy na wozie, a innym razem pod wozem. Ładny, dobry neologizm wymyśliła autorka jako tytuł. Myślę jednak, że gdyby syntaktyka tego wiersza była prostsza, to jego komunikatywność byłaby mocniejsza.

Czy Wiktorowska chce być awangardowa? Nieee, nie w tym sęk… Jej dykcja mieści się w timbrze dzisiejszego poezjowania, ale stada się nie trzyma. Jakiś nowy głos tutaj znajdujemy. Mój dyskomfort (niewielki) podczas lektury wynikał tylko z tego, że poetka mogłaby swą komunikatywność gdzieniegdzie „rozjaśnić”.

No, ale bądźmy sprawiedliwi: ona ma dużo do powiedzenia.

A teraz posłuchajcie wiersza pt. Momenty: To są rzeczy, które nie wrócą. szybciej / niż oprzytomnienie. dorośniesz, zmienisz / kolor włosów, nauczysz się mówić twarde / nie. nawet bliskość odchodzi. rozciągam ją, / otulam w rumiankowy koc, smart fonem / utrwalam na filmikach i zdjęciach. przeoczenie / nie zmaterializuje się jednak w wygodnej / dla przypuszczeń formie. w odrywaniu / czujności od podstaw – mistrzem jest / niedościgniony.

Ech, brzmi to jak faustowskie chwilo trwaj… No i jak panta rhei… Ale zauważcie, że Wiktorowska jest „poetką szczegółu”. Mogłaby tego typu refleksje i klimaty wrzucać w „przestrzeń abstrakcyjną”. Ona jednak jakoś trzyma się behavioru, szczegółu, reizmu. Potem w głowie układają się wiersze, ale one są „z krwi i kości”, z żywej pamięci, z doznania. Z rzeczywistości.

Posłowie do tego tomiku napisała Ewa Sonnenberg. Znajdziemy tu takie m.in. komentarze: Poetka nie ingeruje w naturalny bieg świata i egzystencji. Pozwala, by się działo, a poezja jest dla niej sposobem na uchwycenie chwili. Te wiersze są jak lakoniczne epifanie kalejdoskopowej gry codzienności. Wszystko się może wydarzyć, bo – jak pisze – „wszystkiemu można nadać znaczenie”.

Adoracja szczegółu bywa mocną stroną poezji. Dawnymi czasy poeci fruwali w obłokach, od kiedy zeszli na ziemię, mają chyba więcej do powiedzenia. Ale do tego też trzeba mieć talent. Przyziemność trudniej opisywać, a tym bardziej ją „egzystencjalizować”.

W ogóle po posłowiu Sonnenberg trudno coś ważniejszego o tych wierszach powiedzieć.

Więc zacytuję jeszcze jeden wiersz pt. Źródło: Kobiety zakopują się w słowach, ukrywają / rozgoryczenie w kolorze dojrzałego granatu. / kiedy wypowiadam więcej niż trzy zdania, / wylewa się nurt, którego nie zawrócę kijem, / czy klaśnięciem w dłonie. nad brzegiem, / po obu stronach Jordanu, wdziałam ludzi / moczących nogi w mętnej wodzie –pragnęli oczyszczenia.

Tu jakby mniej reizmu, jakaś krztyna „kobiecego psychologizmu”, trochę ładnego sarkazmu na temat owego „babskiego gadania”, ale proszę zauważyć, jaki cudny „fikołek” wykonuje ten wiersz pod sam koniec: biblijna rzeka Jordan przypomina nam o duchowej ablucji. A więc znowu Wiktorowska podrywa nas z przyziemności w Fundamentalny Sens.

I ta „zabawa” dzieje się tu w wielu wierszach. Racjonalizm, behavior, reizm, przyziemność, codzienność, drobiażdżki i za każdym razem lądujemy w innym wymiarze. Właśnie oba te wymiary – przyziemność i „nadziemność” – są kwintesencją tego cyklu. A – co ważne – Wiktorowska jeszcze wygrzebała z tezaurusa poetyk skrawek języka, który tylko do niej należy.

Garść wierszy – jak ten, który za chwilę zacytuję – ma format epigramatów. To też mocna strona warsztatu tej poetki. Posłuchajcie na koniec wiersza pt. W środku osiedla: Zielone rondo ukrywa życie. / mrówka na łydce, w torebce / chusteczki i klucze. kochasz / za mocno, a to nie wraca. idź / do sklepu, kup wino i chipsy / i powiedz sobie: co złego jest / w byciu słabym człowiekiem?

Ot, drobiażdżek. Taki niby wierszyk „o niczym”. A jednak to ładna scenka: facet idzie do sklepu po jabola i zakąskę, żeby utulić swój niedosyt miłosny. Przyznaje się do własnej słabości… I tyle. Ale teraz ty, czytelniku, rozwiń swoją wyobraźnię – ile w tym epigramaciku bólu, desperacji, załamania… Można by powieść napisać…

No więc tak oto poznałem wiersze Agnieszki Wiktorowskiej-Chmielewskiej. I nie żałuję. Teraz, ty, czytelniku, zapisz sobie w pamięci to nazwisko.

Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska „Szczęściodoły”, Księgarnia Akademicka, Kraków 2016,  str . 56

Leszek Żuliński