Niedostrzegalna, Rozstaje wnętrza, Smak dzieciństwa

Kategoria: poezja Opublikowano: środa, 24, luty 2010 Drukuj E-mail


Ela Galoch



NIEDOSTRZEGALNA

Zgubiłam się (dla ciebie) na ruchliwej plaży San Pedro
Żebyś z drugiego końca biura spróbował mnie.
Nazwij mnie wreszcie, jestem mewą, smugą po samolocie,
Niebieskim paskiem rozpostartym na ryzach papieru do drukarki.
Bo na razie, tylko z dialogu koleżanek,
gdy przy piątej kawie zapominają o bożym istnieniu
i plotą trzy po trzy, mogę bezkarnie wynieść twoje dżinsy,
Wciąż nie wiedząc jak mam do ciebie mówić,
Abyś mnie uchwycił.
Język gestów jest wieloznaczny i niedomyślny,
Chociaż dla mnie jesteś półbogiem w iskrzącym kasku.
Obelisk, który dla ciebie wydrapałam na drzwiach toalety,
Staje się trójwymiarowy
jak reklama amerykańskiej koszykówki,
Lecz będąc przezroczystą, nie pomieszczę w sobie perły,
Której pewnie oczekujesz w prawdziwej kobiecie.

W zwyczajnym mule też trwa życie.
Świecę źrenicami, lecz moje mantry,
Blogi i leżenia krzyżem pod stertami kwestionariuszy
od miesięcy nie są nic warte.
Patrzysz ponad moim głosem i wyobrażeniami
jak na płaszczkę, którą co najwyżej można odepchnąć
dziecinnymi grabkami – dla większego przypływu
jakby na nim miała przybyć ta „jedna”.
Na tle konferencyjnej sali zatrzepocze biodrami
i cały staniesz się jej zużyty kubek po herbacie.

Będzie miała wargi na tysiące sposobów wymyślone,
w nocnych zmazach
wygładzone jak brzeg starożytnej wanny.
Choć takiej wygranej w totolotku
nie udźwigniesz, koło fortuny ma pierwszeństwo.
Codzienność najpierw zabija księżniczki
jakby piekło nie zawsze wyglądało jak piekło,
przy dobrym nastroju,
przypomina przyczepę pana Tadzia
z frytkami.

 

ROZSTAJE WNĘTRZA

Przy tobie ciągła niewiadoma dusi ciężką ciszą kosmosu,
wplata w labirynty szop ze starą kosiarką i klatkami dla kur
jakby przez uchylone okna sukienek wkradało się lodowe piekło
butelek po zabawie na Matką Boską Zielną.
Potem zamiast rozmawiać, o czwartej nad ranem,
na brzegu szosy bawisz się mdłymi kroplami potu
jak gdybyś liczył, ile ich jeszcze trzeba,
żebym w tobie wygasła do dna. Przecież jestem niemądra,
powtarzasz to niczym poweselną sentencję.
Znów przetańczyłeś moją czułość z Lilką,
śmiejąc się fałszywiej niż saksofon Roberta.

Nie jestem bezbronna. To tylko odór spirytusu,
zagłuszający miętowe poszycia poboczy i oczy sów,
hukających w jaworach na wiejską śmierć.
Dziś jest ten świt jak rwąca rzeka, pochłonie domy z kart.
Wyprowadzę cię na grzęzawiska przy łęgach i w sad,
w którym wieszają się zdradzeni gajowi. Przecież moja ciotka
jest czarownicą. Przy rosnących kwadrach przelewa wosk,
powtarzając jak zaklęcie, że oddalenie
od nieumiejącego kochać mężczyzny pozwala
wreszcie zaistnieć. Bo jeśli wciąż będziesz zbyt blisko,
znów dopadnie mnie ten smak starego piernika
i nawet oddech zerwie z remizy wszystkie jaskółcze gniazda,
niosąc mnie z nimi tylko za miedzę.

Czas sięgnąć po mocniejszy wiatr. Z tobą fraza była długa
i bezbarwna niczym podróż drabiniastym wozem,
ścieżką steraną listopadową szarością.
Pod moimi palcami już tylko trzeszczące powietrze
I nad wyschniętymi studniami, przelatujące fragmenty strzech.

 

SMAK DZIECIŃSTWA

Żeby ocalać, muszę odkrywać w sobie
tamten dom nad stawem, gdzie po wiadomościach z radia
można było usłyszeć jak kończy się dzień.
Za wsią koronkowe wzgórza w otulinie świerków,
znów stają się ciemniejącymi bluzkami
kobiet na przystanku. Zza linii ich grzbietów, na chwilę
wypada słońce jak wielki, ciemnoczerwony kot,
z buro-szarymi liszajami dymu spod żeliwnej kuchni.
Mężczyźni przy chlewikach klaszczą w dłonie niczym bociany,
wkrótce rozpoczną się żniwa, kombajnami rozchylą
żółty kołtun pól. Wreszcie będzie można po tęczy
wejść w wieczór, rozciągając w panoramach
zapomniane twarze dziadka i stryjów zza leszczynowych sadów,
co cichymi spojrzeniami rosy przedzierają się
przez ostrza ściernisk, zostawiając na swoich śladach
podmuch zaduszkowego wiatru.

Wtedy drzewa z dzieciństwa – staną się ogromne
i miękkie jak wosk. Przygięte do ziemi
otworzą skrytki pod korzeniami, uwalniając oswojone gnomy.
Będę mogła zasnąć, zasnąć mocno między baśniami.
Bez strachu, że ktoś okradnie mnie z przedziwnych momentów,
gdzie łatwiej wabić niebo, brnąć przez kartofliska
porysowane kopcami czerwonych mrówek
a na brzegach olchowych zagajników
uczyć się wsłuchiwać w podmokły świat
tataraków i ważek. To w lasach
z nieporadnych rysunków siedmiolatki
rodzi się wyobraźnia starzejących się ludzi
i cisza wzbogacająca przyszłość,
którą zrywa się
wraz z miąższem jeżyn.



Latarnia Morska 2 (10) 2008