Moje plugawe osiemdziesięciolecie czyli zemsta Kosza(łkoopałko)lina

Kategoria: felietony Opublikowano: piątek, 15, czerwiec 2012 Drukuj E-mail


Anatol Ulman

To miał być felieton mogilny, gdyż całkowicie, do cna wypisano mnie z listy tutejszych wysłużonych obywateli. Nul, nic, Ulman nagle przestał istnieć. Pamiętając o Orwellu, zajrzałem do słowników i opracowań: no, ale tam jeszcze nie zdążyli wymazać.
Normalny by padł trupem, zwłaszcza przy tak zdezelowanej powłoce. Ale ja nie jestem normalny: podczas niedawnej transformacji nie konwertowałem, jak mnóstwo, z niewierzącego partyjniactwa na publiczną pobożność. Zawsze byłem osobny.

Nieskromnie przytoczę mięciutki dowód, liścik od byłej uczennicy, Jolanty Zakrzewskiej (adres na żądanie): W czasach liceum Pan był naszym Wielkim nauczycielem, Wychowawcą, Autorytetem, Wyrocznią. Kochaliśmy Pana wszyscy bez wyjątku: ci zdolni i ci mniej zdolni, bogaci, biedni, ładni i brzydcy. Wszyscy. Za wszystko: za te buty, za zmierzwioną jasną czuprynę, za Jelcową…, a nade wszystko za ogromne poczucie sprawiedliwości. Wówczas imponował Pan nam swoim niezależnym myśleniem, abnegacją kanonów ubioru, uczesania, itp szablo-nów. Obecnie we wrześniu zaimponował Pan nam ponownie intelektem, wytwornością, dobrą kondycją i tym, że zachował Pan tę z samą serdeczną bezpośred-niość  wobec nas. I znów Pana widzieliśmy jak dawniej. Uczucia licealistów były spontaniczne, emocjonalne, uczucia sześćdziesięciolatków są dojrzałe. Bardzo dziękuję za liceum, za spotkanie wrześniowe oraz za esej.

A jednak! Jednak straszne, ukochane moje, ziemniaczano-kartoflane miastecz-ko Kosza(łkoopałko)lin, ufundowane  w starożytnościach  na prawach wiejskich przez tych tam Gryfitów, a może nawet karzełków Nibelungów, w sposób charakterystyczny uczciło osiemdziesięciolecie swego obywatela, pisarza gminnego i nauczyciela, czyli, przykro nazwać, mnie. A byłem już pewien, że wała! 

Było zaś tak: walił gościńcem staruszek żwawy, osiemdziesięcioletni, taki znaczy ja, podśpiewując dziarsko w imieniu równolatów: Raźnym krokiem idziemy w słoneczną dal, przed nami pryska i burza, i cień! A tu z puszczy wiejskiej, z ulicznych chaszczów, z bram pijanych, zaułków osranych chamy, i walnęły dziadygę bejsbolem po mózgu siwym, po wątrobowej łysinie, po zmarszczkach daremnych od myślenia. 
Zwaliłem się  na bruk, jak norwidowski fortepian Chopina. Doszedłszy jednak do przytomności uprzedniej, sam siebie gorączkowo  zapytałem: dlaczego? I pomyśliłem (forma uprawniona, występująca w sonecie pana Mickiewicza Burza), że chamy musiały wiedzieć, iż dziad, czyli ja, tutejszym wieszczem jest ziemni-czanym,  zasłużonym dla przysiołka jak diabli, więc na swój sposób  okazały szacunek i z uznania, jak to ciemnota, przyrąbały w koślawy łeb! Boć przecież sposoby czczenia są różne. Błysnęło  mi  nawet, że może na wysokie zlecenie Urzędu. Że sam pan sołtys, właśnie świeżutki, nowy, pojmując, albo za radą mądrą trzęsących tu kulturą towarzyszy, niedawno czerwonych, teraz pomazanych po-bożnie na czarno. Nie wątpię, że sam parteigenosse hufcowy od alkoholicznych druhów, a i jego druhna. 
Dawniej bo przysyłano staruchowi jubilatowi stosowną bumagę. Takie gratulacje na papierze Happy Office Injekt Copy (koszt ogólny 19 groszy) i dziś nie obciążyłyby zbytnio gruźliczego budżetu, a i rada miejskiego sioła nie mogłaby mieć zastrzeżeń w temacie szastania wydatkami na kulturę.
 
Pierwej jednak pytanie zasadnicze: czy cenny taki papierek (z podpisem ręcznym sołtysa) przynależy się? Odpowiem bezczelnie, że tak!
Najpierw dlatego, że moje dorosłe życie bez mała spędziłem w tej cudnej wioszczynie. Wprawdzie było ono łajdackie, co chętnie potwierdzi tłusta moja, wiekowa jak nagrobny kamień, sąsiadka, siejąca zamęt  erotyczny, żem wszystkie panie tutejsze, a przecież jej, z przyczyny dużej zgrozy, nie ruszyłem. Boże mój, jakżebym chciał, by jej wymysły były zgodne z prawdą. Dziś przecie sława podobna w cenie wielkiej! 
Uchodziłem też, chudzina, za tęgiego polonistę, kiedyś pierwszego w umarłym województwie, za co te leciwe obecnie panienki, których w Dubois nie uczyłem, zawzięcie mnie tępią. 
Po trzecie jestem pisatielem tutejszym, jedynym chyba, co chutor Koszałkoopałkolin uwiecznił w powieści (Ojciec nasz  Faust Mefistofelewicz) oraz innych wytworach. Bezlik humoresek oraz felietonów nie tylko w tutejszej gazecie, dziesiątki artykułów w miesięczniku. Samych wyrazów zasłużonych uznania za wytwarzanie literatury mam od byłych prezydentów (dawniej wiochą kierowali prezydenci) prawie kilogram w papierach i szmelcu odznaczeniowym. 

Na szczęście, kiedy leżałem ćwierć przytomnie na płytach kamiennych kochanej wioszczyny, przypomniały mi się przykładowe przypadki traktowania przez władzę takich czy innych pisarzów: brzydala (mówię o urodzie) Woltera bezkarnie obili słudzy pewnego wielmoży. Wypędzony z przez rodaków z Florencji Dante o łaskę swych chlebodawców w Ravennie musiał konkurować z błaznami i kuglarzami. Chory, zgorzkniały Chaucer wegetował z zaliczek, ostatni utwór adresował do swej pustej sakiewki. Żyjący w ubóstwie Corneille, nim umarł z głodu, mówił o sobie: pijany sławą i głodny pieniędzy. Podobnie w Madrycie stary Calderón. Skonał w samotności i dotkliwej biedzie Cervantes. Samuel Butler głodował w sensie dosłownym. Wielki Milton z przyczyny nędzy musiał sprzedać rękopis Raju utraconego za śmieszne pięć funtów (w czternaście lat po jego śmierci dzieło luksusowym wydaniu lord Somers sprzedawał za krocie). Galileusz, znakomity pisarz i znawca literatury, żył złamany, ociemniały i wykluczony. Rousseau, by nie leźć w wytartą doszczętnie dupę pani Pompadour, utrzymywał się z przepisywania nut. Wizjoner Blake wiódł życie pieskie, a pochowany został w nieoznaczonym grobie dla ubogich. Geniusz Chatterton, niespełna osiemnastoletni chłopiec-poeta, któremu nikt nigdy nie dał jałmużny, znaleziony został  z fiolką trucizny  wśród podartych na strzępy rękopisów. Schiller nigdy się nie wydobył z materialnego niedostatku. Podczas pisania Don Carlosa zabrakło mu na papier i atrament…Dostojewski przez całe życie pracował pod presją dotkliwego braku pieniędzy, który podkopał mu zdrowie i szkodził twórczości. Kiedy latem 1796 roku lud Szkocji poniósł do grobu ciało swego największego poety Roberta Burnsa, zbierano datki, by wydać dzieła zebrane, aby chronić jego rodzinę przed nędzą, co doskwierała mu za życia.

Nie porównuję się, a skąd, z takimi najpierwszymi. Gdzie mi tam chudemu literaturzynie podwiejskiemu do tuzów światowych! Chcę tylko z zadowoleniem podkreślić, że gmina tutejsza, co może nawet podszepnął sołtys, albo towarzysze od kultury malutkiej przecież żywej, potraktowała mnie podobnie, jak tamtych mocarzy słowa. Panowie, śmietano dwunastoprocentowa władzy tutejszej, nie zasłużyłem na tak wspaniałe wyróżnienie!  Zadławiony wzruszeniem, z sercem trzepoczącym wdzięcznie,  przyrzekam panu sołtysowi, tudzież towarzyszom różnym, pomniczek wystawić na miarę możliwości, by ślad po nich jaki urzędowy, pisemny.

Z milczenia ogólnego, pogrążającego w niebycie sielskim, jeden mnie jednak wyrwał. Gryzmoł tutejszy Kuriata, znany bardziej jako Furiatko (patrz powieść Faust..),  co uważa się za literata, bo przez szmat czasu jako mandatariusz KW pisemnie wyrażał leninowskie poglądy egzekutywy komitetu naszej partii, której byłem mniej zasłużonym członkiem, machnął na mnie z przyzwyczajenia donos, pryskając kałem postpartyjnym, a czerpiąc z dna swoich głębin sedesowych. Napisał nie do szefostwa SB, bo oni już nie istnieją, a do powiatowej gazetki, gdzie nadal działają, teraz oczywiście jako pobożni. Wytwórca ten twierdzi, że jestem, m. in. używającym słów brzydkich pornografem dla emerytek i nie mam pojęcia o robieniu wierszy w poetyce Marysi Konopnickiej, której ów epigon jest rzeczywiście dobry. Nie mam żalu, gdyż uważam, że nałogowi alkoholicy, którzy stracili ludową ojczyznę, więc są z rozpaczy w stanie ciągłego opilstwa, nie powinni odpowiadać za wytwarzany bełkot.  

Ponadto wczoraj zadrżałem z zimnego przerażenia, a mogłem przecież też  ze wstrętu, na osiemdziesięciolecie, nagle kojfnąć, gdy ujrzałem w księgarni kolorowe wydawnictwo, niewątpliwie postpartyjne, pysznie prezentujące kilkaset twarzy ukochanego Kosza(łkoopałko)lina, które się dla wioski niezmiernie zasłużyły. Przeglądając odkryłem, że jest wśród nich i tow. Kuriata, i z rodziną tow. Ulicki, pornograf szpetniejszy niż ja, bezwstydnie nieporadny wierszokleta (gratulacje dla tow. Marszałka, wydawcy badziewia, ale trzęsącego portkami, gdy dziełko jakieś odważniejsze). Ulicki  podczas stanu wojennego dzielnie tępił wolnych dziennikarzy, przesłuchując ich i grożąc, np. poetce Elżbiecie Juszczak. Czekam na zręczniejsze niż łajnopisa Furiatki obfajdanie  mnie w miesięczniku, który, o biedni ludzie, za wasz grosz wydaje rodzina na chwałę Wielkiego Rysia! Przeląkłem się, że wśród takich zasłużonych może być i mój zafajdany portrecik. Na szczęście  nie ma.

P.S. Kumpla mojego po piórze ze Słupska, najtęższego pisarza w całych dziejach owej wiochy, wybitnego habilitowanego profesora literatury Zbigniewa Zielonkę, tamtejszy sołtys czerwony, kumpel tutejszych towarzyszy,  na osiemdziesięciolecie również żadną bumagą nie odznaczył. Nie wpadli jednak na pomysł przyłożenia mu pałką. W biezumnej, zapiekłej rywalizacji dzikich przysiółków Kosza(łkoopałko)lin ponownie lepszy!

Anatol Ulman