Ornitologia litosfery, czyli o kamieniach i ptakach Herberta

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: wtorek, 17, wrzesień 2013 Drukuj E-mail


Wojciech Czaplewski

Te, co w sztuce mianują stylem
Iż przenika pieśń, kształci kamienie
C.K. Norwid

 Ta opowieść (The Macmillan Co., New York 1970; dziewięć milionów nakładu przez pierwszych pięć lat), wraz z serialem Star Trek i tonami łatwo dostępnego LSD, uruchomiła Erę Wodnika w USA: Jonathan Livingston Seagull był mewą, która podyktowała Richardowi Bachowi swoją autobiografię. Lecz to nie jedna z tych mew, które na kołobrzeskich ulicach zjadają gołębie, krzyczą na ludzi i porywają yorki. To białoskrzydły mistrz wszystkich stopni medytacji, wtajemniczony w misterium latania, co najpierw fruwał wysoko i daleko, coraz wyżej i dalej, potem siedząc w pozycji lotosu nieporuszony wznosił się w niebo, a w końcu opanował sztukę przefruwania przez skałę.  

 To oczywiście bzdura, newage'owe czary mary. To między innymi książce Richarda Bacha zawdzięczamy, że magia i gnoza / kwitnie jak nigdy // sztuczne raje / sztuczne piekła / sprzedawane są na rogu ulicy. Ale mewy nie przefruwają przez skały. Kamienie są nieprzeniknione, zwłaszcza dla dużych ptaków. 

 Dwa i pół tysiąca lat temu rodziła się filozofia, nieświadoma jeszcze swej nazwy. Wymyśliłem w kocu słowo byt – mówi filozof – słowo twarde i bezbarwne / trzeba długo żywymi rękami rozgarniać ciepłe liście / trzeba podeptać obrazy / zachód słońca nazwać zjawiskiem / by pod tym wszystkim odkryć / martwy biały / filozoficzny kamień. Przedsokratejscy myśliciele rozgarniali migotliwy świat zjawisk, by doszukać się arche, tego, co na początku, substancji, z której swe istnienie czerpie każdy byt. Tales znalazł wodę, Anaksymenes powietrze, Anaksymander tajemniczy apeiron – bezkres, Ksenofanes z Kolofontu ziemię, a Heraklit czystą zmienność, ogień. Wśród nich szczególne miejsce zajął pierwszy starożytny ornitolog litosfery, eleata Parmenides, który początek i koniec rzeczy ujął w mrocznej formule: Jedną, że [ono] jest i nie może nie być, / drugą, że [ono] nie jest i koniecznie nie jest, często tłumaczonej niezgrabnie jako: byt jest, niebytu nie ma. Byt jest lity, jednolity, byt jest wieczny i niezmienny. Lithos – znaczy 'kamień'. A formułę swoją, zawartą w ocalałym fragmencie traktatu O prawdzie i mniemaniu, ujął eleata w rytm heksametru.

 Dwa i pół tysiąca lat później krakowska poetka, ujmując to w rytm wiersza wolnego, zapukała puk puk do tego kamienia, a on milcząc zamknął się w na głucho zatrzaśniętej monadyczności swojej. Kamienie? – nie chce im się z nami gadać! Wisława Szymborska z właściwym sobie wdziękiem opowiada o tym z delikatnym, autoironią podszytym zdziwieniem. Z kolei dla paryskiego egzystencjalisty Jeana Paula Sartre'a doświadczenie leżącego na dłoni kamienia, bytu absurdalnie obcego, wsobnego i piekielnie Innego, to źródło przeżyć intensywnych i dużo mniej wdzięcznych (brutalnie mówiąc chce mu się rzygać).

 Lecz przecież nie Szymborską ani Sartre'a o kamienie pytać należy, skoro dobry Bóg dał nam Michała Anioła – największego spośród doktorów ornitologii litosfery, który i przefruwać przez kamień potrafił, i wykluwać zeń ptaki. Biografowie powiadają, że rzeźbiarz z Florencji każdą nową bryłę marmuru, nim tknął ją dłutem, dłońmi dotykał i pieścił, osłuchiwał, wąchał, a pewnie nawet smakował. Czułość kochanka, wierność męża, troskliwość ojcowska (mowa o czasach, kiedy słowa „mąż” i „ojciec” znaczyły jeszcze to, co powinny). Piękno – napisał Norwid kształci kamienie. A w innym miejscu dodał, że samo kształtem jest miłości. Prawdziwe więc poznanie, także poznanie kamienia, nie przez rozum ani przez doświadczenie, lecz przez zachwyt, przez miłość się dokonuje. I wtedy chłopiec, patrząc na niedokończoną rzeźbę Michała Anioła, zapytał: „Skąd wiedziałeś, że tam był koń?”. Się kocha – się wie!

 A jak to z kamieniami jest u Zbigniewa Herberta? Ano trochę jak u florenckiego rzeźbiarza. Kiedy pierwszy raz dotarł do tej swojej od dzieciństwa śnionej Hellady, począł chłonąć wzrokiem i dotykiem starożytne kolumny. Konfrontował świat wrażeń ze światem wyobrażeń. A kiedy wetknąwszy nos w spękania stwierdził, że nie mają zapachu, postanowił poczekać na deszcz, bo wilgoć odsłania i wzmaga ukrytą kamienną woń (która niczego nie przypomina / niczego nie płoszy nie budzi pożądania).
 Czy jednak nie jest tak, że trwałość kamienia, zderzana z połyskliwą zmiennością świata zjawisk, jest kolejnym złudzeniem lub uzurpacją języka? Podobno jest takie indiańskie plemię, w którego języku nie ma rzeczowników – więc w jego obrazie świata nie istnieją przedmioty, wszystko jest dzianiem się, zmiennością, procesem. Zatem nawet skała to nie rzecz, lecz zdarzenie. Gdybym żył miliard lat, Tatry byłyby płynną, dostojną falą kamiennego przypływu... Nie można wejść dwa razy na tę samą górę, bo oboje – ona i ja – ulepieni jesteśmy z tego samego chaosu, tego samego przemijania. Rzeko – wstępuję w ciebie coraz bardziej inny / że mógłbym być obłokiem rybą albo skałą – ten obraz włącza kamienie do wielkiej rodziny bytów, do której na równych prawach należą i wiatr, i człowiek.

 Dlatego wierzę Herbertowi, gdy o kamieniach głosi. Bo jest w nim zachwyt, jest miłość – najwyższa forma poznania – do kamieni do ptaków i do ludzi.

poeta naśladuje sen kamieni
z głową w ramionach
jest jak kawałek rzeźby
oddychającej rzadko i boleśnie

śpiąc wierzy że on jeden
zgłębi tajemnicę istnienia
i że bez pomocy teologów
chwyci w spragnione usta wieczność

 Substancja kamienia to surowe podłoże inskrypcji, niemal niezniszczalny dokument, wiecznotrwałe świadectwo, kamienne usta chórów, nie zawsze dla nas czytelne. Kamień jest dobrze zachowany Napis (skażona łacina) / głosi że Curatia Dionisia żyła lat czterdzieści. Próżna jednak nadzieja, że kamień poniesie przez wieki akurat to, co uwiecznić pragniemy, nie wiesz jakie twe słowo i jaki kształt może błahy / przechowa zmarszczka kamienia. Twórcy antycznych monumentów chcieli przechować w nich chwałę Imperium, tymczasem żyłki marmuru w termach Dioklecjana to są pęknięte naczynia krwionośne niewolników z kamieniołomu.
 Kamienie widzą skórą, a my nie umiemy odwzajemnić ich spokojnych spojrzeń. Natura podsuwa nam je ku pouczeniu lub jako ciężki wyrzut, oskarżenie o chwiejność. Fala widząc moją płochość / kamień podaje zamiast kwiatu. Konfrontacja z kamieniem, zdaje się, nie wypada dla człowieka zbyt korzystnie. I nie chodzi tu tylko, co łatwo sprawdzić bijąc głową o mur, o odporność na zderzenia.  Nieposłuszne kamienie nie dają się oswoić. Wiersz Kamyk, który puentuje ostatni autorski wybór wierszy Herberta, z jednej strony zdaje sprawę z tajemnicy Bytu, co tajemnicą niewzruszoną nieuchronnie i bezapelacyjnie pozostanie, z drugiej strony skrycie sugeruje, że nasze znikliwe ludzkie bycie, samemu sobie nierówne i niepilnujące swych granic, głęboko naznaczone jest niebyciem. Byt jest, niebytu nie ma...
 Ale też czasem poezja sama ze sobą się spiera i wtedy bywa odwrotnie: niebyt jest, bytu nie ma, upada liść i kamień to co jest realne / lecz widma żyją długo uparcie / na przekór... W tych wewnętrznych antynomiach kamień ukazuje ludzką twarz. Łączy nas z nim jakieś braterstwo istnienia i braterstwo przemijania. Braterstwo tajemnicy. Miejscem spotkania i wzajemnego poznania jest most ze słomki ponad kamienną przepaścią – zmysł dotyku. Sposobem bycia kamienia uczłowieczonego jest leżenie w dłoni. Wtedy człowiek wymieniają się chłodem i ciepłem. Wtedy przychodzi pewny dotyk / rzeczom przywraca nieruchomość / nad kłamstwo uszu oczu zamęt / dziesięciu palców rośnie tama / nieufność twarda i niewierna / układa palce w ranie świata / i od pozoru rzecz oddziela. Kamień istnieje bardziej w dotyku niż inne rzeczy, to go łączy z miłością; kamień istnieje bardziej w dotyku niż w innych zmysłach, to go łączy z prawdą. Na skraju prawdy rośnie dotyk.
 Jest taki kamień, który człowiek odkrywa w najintymniejszej samotności, kiedy odarty ze świata staje sam na sam z sobą. Oczy tylko zamknąć – (...) wtedy rośnie we mnie / nie strach nie miłość / ale biały kamień. Kamień biały, bo wewnętrzny, rozpoznawalny tylko wewnętrznym dotykiem (a kiedy otwieram oczy, znowu przyrasta do mnie świat, znowu rozpościera się wokół pejzaż: jaskinia, w której jestem uwięziony). Głębszy niż ziemi krew / bujniejszy niż drzewo / jest biały kamień / obojętna pełnia // lecz znów krzyczą oczy / kamień się cofa (...) czekaj biały kamieniu / oczy tylko zamknąć. Prawdziwe spotkanie z kamieniem następuje w śmierci, najpierw lot krótki i upadek na kamienne dno / gdzie się czeka wśród gapiów na przypływ wieczności / oddając w zamian trochę krwi, potem milczenie / białego cienia ciągnie kamień, kiedy człowiek wolno obraca się w pomnik.
 Są więc dwa rodzaje kamieni: kamienie zewnętrzne, które leżą na drodze człowieka, i kamienie wewnętrzne, które mogą być ziarenkiem piasku / zatopionym pod sercem. I trzeci rodzaj: kamienni ludzie, ludzie-kamienie.

Poeta naśladuje głosy ptaków
wyciąga długą szyję
a wystająca grdyka
jest jak palec niezgrabny na skrzydle melodii

śpiewając wierzy głęboko
że przyspiesza wschód słońca
od tego zależy ciepło śpiewu
i czystość wysokich tonów

 Poeci, wciąż o Ikarach głosząc, od zawsze poczuwali się do pokrewieństw z ptakami, a to ze względu na lot podniebny, a to na trel słowiczy. Charles Baudelaire, ciemna gwiazda moderny, pisze: Poeta jest podobny księciu na obłoku, / Który brata się z burzą, a szydzi z łucznika; / Lecz spędzony na ziemię i szczuty co kroku – / Wiecznie się o swe skrzydła olbrzymie potyka. A znowuż renesansowy Książę Poetów, mistrz z Czarnolasu, w swoim naśladowaniu Horacego (Księcia Poetów starożytności) oznajmia (zanurzając w inkauście zaostrzone ptasie pióro): Już mi skóra chropawa padnie na goleni, / Już mi w ptaka białego wierzch się głowy mieni; / Po palcach wszędy nowe piórka się puszczają, / A z ramion sążeniste skrzydła wyrastają.
 Nowoczesnemu Księciu Poetów nie przystoi dawna naiwność ni modernistyczna pompatyczność. Herbert nie wierzy już w możliwość oderwania się od przyciągania ziemi: to jest poeta // nie ma skrzydeł / ma tylko upierzoną / prawą dłoń / bije tą dłonią w powietrze / ulatuje na trzy cale / i zaraz znów opada. Czasy nie sprzyjają wysokim lotom, ikaryjskie uniesienia i ikaryjskie katastrofy pospiesznie zagrzebujemy w niepamięci. Przedtem być może – orzeł / na wielkim polu czerwonym / i surma wiatru // teraz (...) ślimak / ze słomy / z bełkotu / z piasku. A naśladowanie głosów ptaków to nie tylko trel słowiczy albo orła krzyk. Przez wąskie gardło długie ody / od tego pewnie gardło pęka... Lub jeszcze gorzej: poderżnięte suplikacje udomowionego drobiu.
 Tak to ruchliwe ptaki piórami swymi i skrzydłami, i śpiewem omiatają więcej znaczeń niż kamienie, metafizycznie niedosiężne niczym Parmenidesowy Byt. Umiejętność latania pozwala szczelnie sobą wypełnić wielką przestrzeń możliwych sensów, wielowymiarowe uniwersum znaczeń. Gdy zginie ptak to zaraz w niebie dziura. Starożytni wróżbici i indiańscy szamani czytali z lotu ptaków. Lot orłów, kruków i mew to nie tylko dosłowność podniebnych ewolucji, ale też metafora, wieloznaczny tekst kreślony ręką Losu. Swoista skrzydlata polisemia, więc poeta biega jak szalony / zrywając naręcza ptaków i krzyczy jak ptak w pustce. A dusza to ptak olbrzymi / białymi skrzydłami bijący / do świtu każdej nocy. Siedzi, jak to dusza, na ramieniu Pana Cogito / gotowa do lotu.

 Systematyka ptaków, tak jak kamieni, obejmuje trzy rodziny.
 Ptaki zewnętrzne (poeta patrzy na nie, uczy się od nich marzeń o wolności, biega za nimi, ściga je zachwytem, o nich myśli; do rodziny należą straszliwe sroki, Pica pica L., ale także ptaki z drzewa), czasem uczłowieczone – ale wtedy to już nie ptaki, lecz ptacy, co „Bądź pochwalona!” wołają za Królową Proroków. Staruszka niesie zwłoki kanarka, chwila nadeszła trzeba się pożegnać / po odlocie ptaków nagły odlot zieleni.
 Rodzina druga to ludzie-ptaki, w kajdanach śmiesznych strojów w piórach zdechłego orła, z Ikarem na czele (był taki młody nie rozumiał że skrzydła są tylko przenośnią / trochę wosku i piór i pogarda dla praw grawitacji). Ludzie-orły i ludzie-słowiki, śpiewacy i padlinożercy, ludzie-pawie i ludzie-wróble. Na wojnę wyrusza pochód stalowych kogutów.
 I rodzina trzecia: ptaki wewnętrzne, zamknięte w klatce z żeber, te, które kochanek spodziewa się ujrzeć, gdy nocą przez uchylone usta zagląda do duszy uśpionej kochanki: W gnieździe uplecionym z ciała / żył ptak / bił skrzydłami o serce / nazywaliśmy go najczęściej: niepokój / a czasem: miłość. Wysiadują śmierć, a gdy przychodzi powszednia klęska, pozostaje lament: głupie serce przestrzelony ptaku.

 Poeta, człowiek o upierzonej prawej dłoni, nie głosi kazań do ptaków jak święty Franciszek, chciałby je raczej podsłuchać, aby poznać ich sekrety. Nie pytaj czym jest róża Ptak ją może opowie. Oto kołaczemy do wrót kolejnej tajemnicy, a za wrotami dotykają się historia i wieczność, rzeczywistość zza najodleglejszych granic świata spotyka się z tym, co ukryte najgłębiej wewnątrz człowieka. Wrota zamknięte są na klucz. Wiesz tę krainę ptak odmyka / co w drzewie śpi a drzewo w ziemi... W alfabecie świata ptak, zwłaszcza ptak o nieznanym imieniu, jest znakiem epifanii – otwarcia tego, co zamknięte, wyrażenia niewyrażalnego, rozświetlenia ciemności. Ale i znak szyderczy, chichot klęski, parodia śpiewu (...) nad rzeczą niewypowiedzianie śmieszną: okrągłym, białym, umazanym jajkiem.
 To był bardzo szczęśliwy pomysł / powierzyć nadzieję ptakom / odtąd ich wiara jest mocna / jak gołębnik.

 Chodź opowiem ci bajeczkę, o chłopcu, najmłodszym z trzech braci (a było ich trzech: Quintus Horatius Flaccus, Janek z Czarnego Lasu i Zbyszko Kuternoga), który stanął ze złym olbrzymem Czesławem w zawody (a stawką był żywot długi i szczęśliwy, ręka królewny i pół królestwa). W jednej z turniejowych konkurencji (a było ich trzy: rzuty, loty i wykopaliska) chodziło o to, kto dalej dorzuci kamieniem. I zły olbrzym rzucił pierwszy, i przerzucił morze, małe bajeczkowe morze. Oczywiście, jak w każdej prawdziwej bajeczce, chłopiec wygrał – jeszcze dalej rzucił, aż przerzucił świat, mały bajeczkowy swiat – bo rzucił zaprzyjaźnionym wróbelkiem, co ile sił w skrzydełkach poleciał przed siebie. W gorących rękach chłopca ptak stał się kamieniem, kamień – ptakiem!
 Także w wierszach Herberta dokonują się akty niezwykłych utożsamień, śpiewają skrzydlate kamienie, jak niemy wyrzut milczą nieruchome kamienne ptaki. Zaczyna się od źródeł: W mieście kresowym do którego nie wrócę / jest taki skrzydlaty kamień lekki i ogromny / pioruny biją w ten kamień skrzydlaty. Ów kamień ze skrzydłami obrosła tęsknota, która była bolesnym pokarmem całej poezji Herberta. Ocean lotnej pamięci / podrywa kruszy obrazy // w końcu zostanie kamień / na którym mnie urodzono. Herbert nosi ten kamień, co nazywa się Lwów, nosi to Miasto po drogach wygnania. Wykorzeniony autor Pana Cogito do końca zmagał się z okrutnym milczeniem, co nieuchronnie przychodzi u kresu, na koniec zamilkł głos ptaka ostatnia szczelina w kamieniu. Słone nic / skrzydło białego ptaka / przyschnięte do kamienia. Ów ptak (skamieniały słowik) zaciska w skamieniałych szponach małą planetę złożoną z pustki i zabranego powietrza. A w kościele świętego Antoniego we Lwowie, gdzie chrzczony był Zbigniew Herbert, pamięć Poety czci ryta w kamieniu inskrypcja: co noc / staję boso / przed zatrzaśniętą bramą / mego miasta.

 I oto jak zwykle: zaczęło się od skrzydlatych kamieni, kończy – niestety – na skamieniałych ptakach. Fruwające ptaki, nieruchome kamienie – to tajemnice, zagadki, nieczytelne słowa w księdze świata.
 Skrzydlate kamienie, kamienne ptaki – to epifanie, to nowe słowa poety-stworzyciela.

Czym byłby świat
gdyby nie napełniała go
nieustanna krzątanina poety
wśród ptaków i kamieni


---------------------------------------------------------------------
 Inspiracją powyższego tekstu jest, zacytowany w całości, choć ze zmienioną kolejnością zwrotek, wiersz Przypowieść. Prócz tego (oraz prócz cytatów i kryptocytatów z innych twórców) w sposób jawny bądź ukryty zacytowane zostały wiersze i proza poetycka Herberta: Pan Cogito o magii, Uprawa filozofii, Kamyk, Węgrom, Do rzeki, Czułość, Niepoprawność, Pożegnanie miasta, Curatia Dionisia, Ołtarz, Klasyk, Bajka o gwoździu, Życiorys, Dotyk, Biały kamień, Balkony, Deszcz, Mały ptaszek, Chciałbym opisać, O Troi, Nefertiti, Dusza Pana Cogito, Wojna, Ikar, Jedwab duszy, Pica Pica L., Madonna z lwem, Pożegnanie, U wrót doliny, Dojrzałość, O róży, Kura, Las Ardeński, Przesłanie Pana Cogito, Ptak z drzewa, W mieście, Moje miasto, Raport z oblężonego Miasta, Zimowy ogród, Głos, Martwa natura oraz Apollo i Marsjasz.

Wojciech Czaplewski

 

Szkic z przygotowywanej do druku książki W. Czaplewskiego Pochwała niezrozumiałości, która ukaże się nakładem Bałtyckiego Stowarzyszenia "Sieciarnia" (w ramach biblioteki "Latarni Morskiej") w 2013 r.



portal LM, wrzesień 2013