Leszek Żuliński „Pani Puszczalska”, Wydawnictwo ADAM MARSZAŁEK, Toruń 2016, str. 46

Kategoria: port literacki Utworzono: piątek, 09 wrzesień 2016 Opublikowano: piątek, 09 wrzesień 2016 Drukuj E-mail


Anna Łozowska-Patynowska

W CIENIU BAKI, NA POSŁANIU Z PEWNĄ PANIĄ-LIRYKĄ...

Tomik Leszka Żulińskiego Pani Puszczalska jest nie tylko wędrówką intertekstualną, co zaobserwować można już w pierwszym wersie utworu otwierającego zbiór, gdzie podmiot liryczny w apostrofie: „młodości, oddaj mi skrzydła” przejawia swój lęk przed wszechogarniającą potęgą tekstu, ale także ofiarą złożoną na jej cześć. Żuliński wybiera bardzo różne tradycje, barokową, romantyczną, młodopolską, międzywojenną, przywiązując się do każdej po trochu. Poeta dostrzega w przeszłości literackiej bogate źródło twórcze przebiegające nie tylko podziemnym, ale i bocznym korytarzu wprost ku interpretacji. Bo jak najłatwiej zrozumieć poezję, jeśli nie przez przywołanie tradycji Bakowskiej, Mickiewiczowskiej, Iwaszkiewiczowskiej z jego Oktostychami czy też bez uwzględnienia poetyckich poszukiwań Grochowiaka?

Kim jest zatem Pani Puszczalska? Tekst rośnie w miarę tworzenia, rozrasta się jeszcze  bardziej w trakcie czytania, a już najdokładniej można ujrzeć jego kłącza bądź potknąć się o wystający korzeń na samej płyciźnie nawiązań poetyckich. Używając określenia „Pani Puszczalska”, autor tekstu mówi jednocześnie o zanurzeniu się w tekst mający wiele odwołań utrwalanych w nieskończoność. „Pani” to tekst wpisany w „człowieka lirycznego”, przydomek „Puszczalska” to synonim koneksji twórczych. Ale i pod tak zgrabnym tytułem kryje się jeszcze wiele zagadek. Konotacje z kolokwialną czy nawet perwersyjną interpretacją tytułu, nasuwającą się jakby samoistnie, rozszerzają nieco bardziej pole literackich poszukiwań na obszar współczesnej kultury rozumianej tu jako rachunek zysków i strat.

W „Marzeniu”, wierszu otwierającym zbiór, stanowiącym manifest odnowy liryki w ogóle i jej ukrytych znaczeń, kryje się świadomość przynależności człowieka do tekstu, skrywania się w tekście, istnienia w nim w każdym aspekcie. Wyraźny zwrot do „młodości”, która niegdyś była dominantą stylu epoki romantycznej, podmiot liryczny odsłania wyraźną zmianę zaszłą w człowieku pod wpływem mijania czasu. Zamiast młodości, mamy starość, „murszenie” twórcze, postrzeganie w sobie braku efektywności. Co zatem ma być zadaniem współczesnej liryki? Nie uskrzydlanie, bo to proces zbyt żmudny, ani nie pisanie na zamówienie „traktatów o łuskaniu grochu”. Lecz to co czeka dzisiejszego poetę to podjęcie wyzwania panoramicznej interpretacji świata i ludzkiej egzystencji.

Żuliński każe nam nie tylko patrzeć niejako „od góry” na zjawiska współczesnej kultury, przy założeniu budowania uniwersum kulturowego na przestrzeni lat. Poeta uważa, że trzeba patrzeć „do góry”, ale przez całą głębokość i szerokość porządku lirycznego istnienia. Już nie młodość, a literackie obycie w tradycji i liryczne zaangażowanie emocjonalne staje się punktem dalszego odniesienia poezji Żulińskiego. Poeta pragnie, abyśmy spojrzeli na tekst jako „źródło czyste”, dlatego dokonuje jego miejscowej sakralizacji, przywołując w utworze „Klęska wiersza” Hymn o miłości. Ale tylko miejscowej, bo twórca podkreśla także proces umasowienia poezji.  Bo w czasach kryzysu poezji,  „w czasach zarazy” należy nauczyć się odrzucania plewów od ziaren.

Pisząc o funkcji liryki, Żuliński nie pomija także kwestii realizacji i chybionej realizacji funkcji samego słowa. O nim dowiadujemy się w wierszu „Tabu języka” bardzo wiele. Autor tekstu ukazuje sposoby jego właściwego i niewłaściwego użycia, po czym każe nam cierpliwie czekać na etap „niewypowiedzenia” słów „stających kością w gardle”, „zagłuszanych w sobie od lat”. Te słowa najcierpliwsze i najprawdziwsze stają się desygnatem ludzkich emocji. Żuliński pisze zatem nie tylko o roli języka, ale buduje refleksję o człowieczej wrażliwości. Kluczowe rozważania Żulińskiego dotykają sensu pisania liryki, która we współczesnym świecie musi trafiać do odbiorcy w nieco inny sposób. Ma ona terroryzować i podważać bariery niedostępności, hermetyczności obecnej antyczytelniczej mentalności.

Dlatego tekst, aby nie stał się zbiorem „zmurszałych trupków słów”, musi być esencją życia oraz przejść proces odczytywania, bo tylko przez jego ponowną, nieskończoną lekturę krystalizuje się i trwa uparcie oraz niezmiennie jego znaczenie. Dlatego w wierszu „Żona poety” autor tekstu podnosi tezę, że rzeczywistość poetycka to najważniejsza, jeżeli nie jedyna, forma naszego istnienia. W przestrzeni tekstu trwamy nieświadomi i niewzruszeni, dopóki nie uderzy w nas, jak grom z jasnego nieba, świadomość jego utraty.

Żyjąc w plecionce słów, poruszamy się po jego wrażliwych kosmkach sensów. To jest najważniejsza treść istnienia, interioryzacja myśli o poezji jako o sposobie zasłaniania pustki świata materii. Bo bardziej od „pustki jakiejś,/ zwyczajności,/ banału” boli odkrycie kamuflażu braku, zasłony zdawania się tego, co widnieje przed oczami. Ta iluzja ocala przed poznawaniem prawdziwego świata, ta złuda chroni od wiersza. Żuliński decyduje się zatem na uparte stąpanie po płytach tektonicznych lirycznego wzruszenia, które poruszają się niczym drgające w człowieku struny boleści i braku wytchnienia. I to jest właśnie ten cel, oddychać wierszem, który każe walczyć, mimo poniesienia już dawno rzekomej klęski.

Zbiór Żulińskiego stanowi ilustrację liryki jako kluczowej formy uzależnienia człowieka. Wiersz „Élan vital”, który rozwija problem ukazywany w całym tomie poetyckim, ujawnia stanowisko Żulińskiego w stosunku do samej czynności tworzenia poezji. Liryka to rodzaj niebezpiecznego „zapadania się” w sensy, niespokojnego i nieuświadamianego procesu potrzeby pisania dezorganizującej wszystkie inne ludzkie dążenia. Na „pogorzelisku”, jałowym i wypreparowanym z istnienia, bezludnym obszarze twórczym jawią się „iskierki poezji”.

Postawa twórcy lirycznego-alkoholika, według Żulińskiego, wymaga głębszego przemyślenia, jeżeli nie nawet udania się na autoterapię. Liryczna dypsomania posiada liczne momenty zwrotne, remisje, stadia zwątpienia i fazy powrotu na ziemię bez udziału liryki. Zdarzanie się poetyckiej delirium tremens nie jest zatem jednorazowe czy incydentalne. Tworzenie to stan przynależności do świata wykreowanych ludzką ręką idei. Stan „rozpijania” liryką samego siebie nie prowadzi człowieka jednak na skraj wyniszczenia czy wyczerpania emocjonalnego. Powoduje jednak głębsze wchodzenie w okrąg tekstu, ponowne, „chwytanie się krzyku”, zrozumienie, że liryka to właśnie „tumor mortis”, śmiertelny guz, z którego wyleczyć się nie sposób.

Liryka powoduje wewnętrzne „obrzmienie” duszy. Podgrzewa myśli, restytuuje refleksje, uruchamia skrywane pokłady wrażliwości, dlatego podmiot liryczny z utworu „Tumor mortis” mówi: „czaszka mi pęka/ (…) olśniło mnie, że powrót do zdrowego rozumu/ stanie się jeszcze większym koszmarem”. Liryka to ognisko wzruszenia wysuwające człowieka poza granice normalności. Jako mediator rzeczywistości poezja zdecydowanie zaprzecza trwaniu w bierności, każąc człowiekowi podejmować ryzyko mierzenia się ze słowem.

Metodą walki z wymogami liryki jest zatem pewien wariant jej oswojenia, „ułożenia się” z jej poetyckimi obwarowaniami, jak w utworze „Oswajanie”. To poskramianie liryki jest jednak procesem żmudnym, i niestety bolesnym, ponieważ „z każdym dniem powraca rozdygotanie/ obsesja jest jak niemijający katar”. Obłaskawianie poezji staje się w rezultacie jeszcze bardziej pogłębieniem niewoli twórczej. Od tego nie można się uwolnić, jak od półsennej świadomości „kolekcjonowania własnych nekrologów”.

Zwlekanie z oderwaniem się od pisania pojmuje Żuliński jako pogodzenie się z posiadaniem śmiertelnego guza o nieznanej etiologii. Ta uzyskana świadomość połowiczna, bezwzględnego wydania na śmierć bądź ofiarowania od losu życia, to huśtawka, na której buja się właśnie twórcę lękający się odpowiedniego przyjęcia oraz interpretacji i pojmujący zawiłość swojej sytuacji wzmagającej w nim wolę tworzenia. Dlatego „bezwzględna” Pani Puszczalska, wybierając swe ofiary „od urodzenia”, staje się synonimem śmierci, co wynika z wiersza Żulińskiego o takim właśnie tytule Pani Puszczalska.

Punktem dojścia w liryce Żulińskiego jest właśnie poezja-śmierć nakreślona po Bakowsku, jak w „Curriculum”. Procesy trwających „bachanaliów” i nadchodzących „funeraliów” zamykają obszar „rozkoszy lirycznego cierpienia” w tym bogatym, jeśli chodzi o przywoływane tradycje poetyckie, zbiorze.

Leszek Żuliński „Pani Puszczalska”,  Wydawnictwo ADAM MARSZAŁEK, Toruń 2016, str. 46

Anna Łozowska-Patynowska

 

 

Przeczytaj też naszym portalu (w odpowiednich działach) eseje i prozę L. Żulińskiego, a także w „porcie literackim” omówienia jego wcześniejszych książek: Chandra (2007), Rymowanki (2010), Mefisto (2011), Dzieci z Hameln (2012) Totamea (2013), Poezja mojego czasu (2014), Ostatnia przeprowadzka (2014), Suche łany (2015), Rozmowa (wspólnie z Cezarym Sikorskim – 2015)