Bezsenność i wiersze

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: piątek, 16, sierpień 2019 Drukuj E-mail

Jerzy Żelazny

Któż nie miewał bezsennych nocy! Chociaż niekoniecznie dosłownie nocy, mnie dopada o różnych porach – bywa, że późnym wieczorem nie mogę zasnąć albo wczesnym rankiem się budzę. Jeśli sen uciekł i gdzieś się wałkoni, zwleka z powrotem, staram się go różnymi sposobami przywołać, okiełznać i wydaje mi się, że już go mam, klei powieki, ziewaniem objawia swą obecność, kładzie się grzecznie na poduszce, ale raptem coś go płoszy, jakaś myśl, przypomnienie czegoś, co było piękne albo paskudne, denerwujące, przegania sen, a ten się chowa i nie chce wychynąć z ciemności, myśli puszcza samopas, a te pozbawione dyscypliny, hulają po całym życiu, a ja nie chcę albo nie potrafię ich ustatkować, nie mają umiaru i sen przepędzają na dłużej.

Niedawno odkryłem, że gdy trochę postukam w klawiaturę, to zmęczenie obłaskawia sen i ten, trochę niepysznie wraca, zagości we mnie na dobre, do rana, a jeśli to się staje rankiem, to jeszcze na godzinę ukoi, pozwala dospać.
Ze snem tak już jest - ucieka wtedy, gdy na niego pora, hasa sobie po różnych przestrzeniach, omijając moje łóżko, a pojawia się wtedy, gdy powinien się trzymać z daleka, w dzień, gdy się pochylę nad książką albo jakimś periodykiem, albo zasłania jakąś zawiesiną senną ekran telewizora lub laptopa, a zdarza się to, gdy stukam w klawiaturę po nocy pełnej dziur, bezsennych wyrobisk, przyplącze się i nęka, drwi z pory dnia, chichocze, starając się nadrobić straty nocne.

I jeśli mu pofolguję, to nocą się odgrywa, znowu się nie pojawia, myśli roznieca gdzieś w dalekiej przeszłości, a one tam lubią się rozgościć. By je utemperować, muszę nocną bezsenność wypełnić pisaniem, to sen powoli, trochę opornie, ale skrada się, wskakuje pod powieki, oczy wpędza w sen. I wtedy trzeba, właśnie tak postępuję, przerwać stukanie w klawiaturę i niejako chyłkiem wsunąć się pod kołdrę, sen trzymając już pod powiekami, zwykle udaje mi się go zatrzymać.
Bywały noce, gdy to marudzenie snu, jego niełaskawości, mnie cieszyły, odczuwałem jako darowany czas, który można wykorzystać pożytecznie, zrobić coś, na co za dnia go nie starczało albo brakło chęci, bezszelestnie snuło się lenistwo. Wiem, to złudna radość, gdyż organizm będzie się usilnie starał powetować sobie ten sen w jakiś inny sposób.

Przypomina mi się przypadek mieszkańców Macondo z powieści Marqueza Sto lat samotności - przeżywali dziwną chorobę - nie mogli spać. Cieszyli się, że w ten sposób wydłużyło się ich życie. Dzięki temu będzie można więcej dokonać, zbudować, więcej osiągnąć. Jednak zaraza bezsenności powodowała, że tracili pamięć, zapominali nazw najprostszych przedmiotów, czynności, przez co cofali się do nieistnienia. Zdolność snu przywrócił im wędrowny Cygan przy pomocy tajemniczej mikstury. Znów wiedli życie między wschodem i zachodem słońca. I wróciła im pamięć.
Mnie niestety nikt takiej mikstury nie podaruje, muszę sam sobie radzić ze snem, takich Cyganów nie ma i nigdy nie było w rzeczywistości, zaistniał jedynie w wyobraźni słynnego Kolumbijczyka, jednego, ale bodaj najważniejszego, z twórców tak zwanego realizmu magicznego w literaturze, zwłaszcza latynoamerykańskiej.

Swego czasu wynalazłem sposób na przywracanie snu – otóż w myślach powtarzałem wiersze, których niegdyś wyuczyłem się na pamięć lub dzięki częstym z nimi obcowaniem zapamiętałem. Sen łaskawie wracał już w połowie drugiego wiersza, czasem później, ale bywało, że się zjawiał po kilku strofach. I to był mimowolny sposób na ich utrwalenie w pamięci, powstrzymanie zapominania. Dzięki temu między innymi jeszcze dzisiaj wiele wierszy umiem powtórzyć z pamięci, a właściwie je recytować. A recytacja była mą pasją. I nadal nią jest – lubię recytować sam dla siebie, upajać się rytmem w wiersza, jego melodyką, pięknem metafor.

Kilka miesięcy temu w klubie seniorów, przecież sam jestem seniorem, zainicjowałem zabawę poetycką. Z tych, które potrafię powtórzyć z pamięci, wybrałem ponad dwadzieścia wierszy, recytowałem je, a zadaniem słuchaczy było odgadnięcie tytułu wiersza i jego autora. Nagrodą dla zwycięzcy był tort, ufundowany przez miejscową bibliotekę. Zdobywca tortu mnie zdumiał, zaskoczył, gdyż był nim pan, który zajmował się zawodowo maszynami, zwłaszcza rolniczymi, a ta profesja od wierszy dość odległa. Okazało się, że wcale nie – można zajmować się maszynami i być za pan brat z poezją.

A jakież to podczas tego wieczoru prezentowałem wiersze? Te popularne, znane ze szkoły. Od antyku ( znam na pamięć fragment Antygony Sofoklesa oraz jedną z Pieśni Horacego, tę zaczynającą się od słów Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu… ) po współczesność, chociaż nie ostatnie lata. Najpóźniej napisanym utworem, który znam na pamięć, to Tryptyk rzymski Jana Pawła II, który ukazał się w 2003 roku. Znam na pamięć nie cały poemat, lecz tylko pierwszą część tryptyku pt. Strumień. Nie jest to zapewne wybitna poezja, sam jej autor dystansował się od własnego utworu, nie nazywał poematem, lecz medytacją, umieszczając to słowo pod tytułem. Mnie jednak ta pierwsza część tryptyku urzekła, więc postarałem się zapamiętać.

Najwięcej znam na pamięć wierszy Broniewskiego i Gałczyńskiego. Broniewskiego, bo kiedyś z jego wierszy opracowałem widowisko poetyckie dla teatru poezji ( tak niegdyś nazywaliśmy zespoły, które realizowały na scenie programy poetyckie. Nie wiem jak jest teraz, czy ta tradycja jest kontynuowana w teatralnym ruchu amatorskim, przestałem się tymi sprawami interesować.) Był czas, w którym układałem monodramy z poezji, głownie poetów przynależnych do Nowej Fali, ale innych również, jak Jerzego Harasymowicza, Ewy Lipskiej, Urszuli Kozioł, poetów międzywojnia np. Emila Zegadłowicza. Podczas realizacji scenicznej, część tych wierszy zapamiętywałem i czasem sobie je przypominam, właśnie gdy nie mogę zasnąć, ale lubię też recytować je tylko dla siebie. Któż pewnie pomyśli, ot, dziwak, ale ja kocham wiersze.

Starszych poetów utwory też znam na pamięć – Kochanowskiego, Krasickiego, Karpińskiego, z pomniejszych Bohomolca, z romantyków najwięcej pamiętam utworów Mickiewicza, Norwida, ale ani jednego Krasińskiego. Przetrząsając swą pamięć, z bólem stwierdziłem, że kiepsko u mnie ze Słowackim – umiem powiedzieć z pamięci cudowny wiersz Z pamiętnika Zofii Bobrowej:
Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi,
Bo kiedy Zośka do ojczyzny wróci,
To każdy kwiatek powie Zosi,
Każda jej gwiazdka piosenkę zanuci.
To pierwsza strofa z tego cudnego wiersza. Z Słowackiego pamiętam monolog Kordiana na szczycie Mont Blanc. Wykorzystałem kiedyś ten fragment Kordiana w jednym z monodramów, stąd zagościł w mej pamięci. I trwa.

Chciałoby się więcej pisać o moich pasjach poetyckich i recytatorskich, ale to felieton o bezsenności, a właśnie noc i sen wrócił łaskawie, trzeba pod kołdrę, jeśli pierzchnie, to pewnie uda się go przywołać przypominaniem z sobie któregoś z wierszy, np. Cień Chopina Kazimierza Przerwy Tetmajera albo fragmentami Wesela Wyspiańskiego

Jerzy Żelazny


Przeczytaj też u nas inne teksty J. Żelaznego, a także recenzje jego książek: Duchy polanowskich wzgórz (2006), Ptaki Świętej Góry (2010), Za wcześnie do nieba (2010), 19 bułeczek (2011), Fatałaszki (2013), Tango we mgle (2014), Kichający słoń (2018), Trzynasta (2018)