„Bez dziadka. Dziennik żałoby” Jolanty Jonaszko

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: poniedziałek, 14, maj 2018 Drukuj E-mail

Irmina Kosmala

HISTORIA PEWNEJ MIŁOŚCI

Każda śmierć jest skandalem, każda śmierć jest pierwszą śmiercią.
Levinas

Każde odejście członka naszej rodziny stanowi niedającą się niczym zasklepić ranę. Natomiast odejście kogoś, kogo kochamy całym sercem, staje się dla nas prawdziwym dramatem. Śmierć wymyka się bowiem wszelkim definicjom, oznaczając ostateczną rozłąkę, pustkę, brak. Jednak - co ciekawe - owo nieistnienie, absurdalnie, nadaje nam – porzuconym, czy też pozostawionym samym sobie – tym większe istnienie. Z kolei świadomość śmiertelności uruchamia w nas twórcze pokłady dążenia do nieśmiertelności, a zatem do tego, by ów „skandal” móc w jakiś sposób zanegować, upokorzyć, odbierając mu możliwość ostatniego słowa.

Jolanta Jonaszko – młoda, wysoce wykształcona polska artystka, (mieszkająca obecnie w Niemczech) – zabiera nas w swym debiutanckim wanitatywnym minitraktacie w jedno z najbardziej intymnych miejsc – do rodzinnego domu.

Już od pierwszych stron snutej przez nią opowieści czujemy, że wtargnęliśmy tu bez pytania, że przez moment wczytywania się w kierowane nie do nas przecież słowa, będziemy czuli się jak intruz czy podglądacz, który, schroniwszy się bezpiecznie za „zasłoną milczenia”, obserwuje cudze życie w całej jego rozciągłości – pięknie i doskonałości, ale również i przemijalności. Dostrzega wpisaną weń nieuchronność: zmaganie ze stopniową utratą wzroku, niechodzenie, starość, czy w końcu spotkanie ze swym najokrutniejszym i najpewniejszym przeznaczeniem - Tanatosem.
Trzeba nam bowiem wiedzieć, że adresatem opowieści Jolanty Jonaszko, pisanej w drugiej osobie, jest tytułowy dziewięćdziesięcioletni dziadek Czesław – niegdysiejszy podporucznik Wojska Polskiego, Weteran Walk o Niepodległość i Suwerenność Ojczyzny. To do niego zwraca się narratorka opowieści – Jola. To dla niego przywołuje i jemu dedykuje zapamiętane szczegóły wspólnego bytowania. Gdy jeszcze widział, chodził, czuł. Gdy był cierpliwy, ale i uparty, gdy kochał, pragnął, pożądał i marzył. Gdy...

Wkraczając w ten intymny, piękny, ale i boleśnie niepokojący świat wrażliwej i czułej narratorki, niemal fizycznie czujemy, jak grube płótno żałobnego trenu słów rozciąga się nad nami niczym bezgwiezdna noc. Jesteśmy bowiem świadkami rozpadu świata po wielkiej stracie oraz próby jego ponownego scalenia. To zaskakujące i niezwykłe, że w czasach, gdy oglądanie starości, kalectwa i śmierci stało się „niehigieniczne”, dlatego wykluczone i ukryte przed naszym wzrokiem w szpitalach czy domach spokojnej starości, młoda kobieta, zwracając się do swego nieżyjącego dziadka, opisuje codzienne rodzinne zmagania z nieuleczalną chorobą wiekowego człowieka oraz spustoszenie, jakie pozostawił w sercu swej wnuczki po nieuchronnym, acz wyczekiwanym już przez niego odejściu. Starość, ból i niedołęstwo upokarzały go bowiem do tego stopnia, że nie chciał już żyć, pomimo tak troskliwej opieki najbliższych i dowodów, że jest wciąż potrzebny i ważny.

Debiut literacki Joli Jonaszko to nie jest dziennik wielkich wydarzeń, a mikrodrobin ludzkiej egzystencji. To, z czym czytelnik się w niej zderzy, to funeralna pieśń śpiewana niepatetycznie, jednogłosowo. W dziewięciu symbolicznych miesiącach, stanowiących w ludzkim cyklu magiczny czas od poczęcia do narodzin dziecka, zawrze historię bolesnej rozłąki ze starcem, ale i radosnego wzrostu synka, w którym uparcie doszukuje się i rozpoznaje cechy dziadka.
A zatem wielka, choć mała, książka graniczna o najmniejszej ilości słów. Również o czułości, której się nie wstydzi. Rzecz godna przeczytania i namysłu.

Jolanta Jonaszko „Bez dziadka. Dziennik żałoby”, Wydawnictwo FORMA, Szczecin-Bezrzecze 2018, Str. 80

Irmina Kosmala