Łucja Dudzińska „Z mandragory”, Stowarzyszenie Literackie im. K.K. Baczyńskiego, Łódź 2013, str. 48

Kategoria: port literacki Utworzono: piątek, 11, kwiecień 2014 Opublikowano: piątek, 11, kwiecień 2014 Drukuj E-mail


Edyta Kulczak

NA POCZĄTKU BYŁ PUNKT

Na początku był punkt. Skupiał całą materię i energię wszechświata, posiadał nieskończoną gęstość i nieskończoną temperaturę. Nastąpił wybuch, punkt zaczął się rozszerzać. Proces trwa do dzisiaj i będzie trwał. Jego koleje zależą od stosunku gęstości wszechświata do wielkości wyznaczonej matematycznie – gęstości krytycznej. Istnieją trzy koncepcje przyszłości kosmosu:

rozszerzanie się wszechświata będzie przebiegało w nieskończoność w stałym tempie, będzie przebiegało w nieskończoność, zwalniając lub - gdy gęstość materii wszechświata będzie przewyższała wartość gęstości krytycznej – przestanie się on rozszerzać, zacznie się kurczyć, by znowu zamknąć się w punkcie. To standardowy model kosmologiczny.

Poezja Łucji Dudzińskiej obrazuje naukową teorię kosmologii. Realizuje się przez punkt i wielość. Przenosi materię poetyckiej refleksji od punktu do wielości, od wielości do punktu. Każda rzecz, zjawisko, myśl wiersza rozpada się, rozwarstwia, rozprzestrzenia we fragmenty istniejące niezależnie, choć w korelacji ze wspólną całością, którą wcześniej były. Bardziej poetycko – jest to poezja przerzucania spojrzeń, szukania coraz bardziej wiarygodnych świadków, którzy bez egzaltacji dokumentują rzeczywistość. Poezja przypominająca precyzyjnie zaplanowany raport ze zdarzeń, przeżyć, myśli. Świat, człowiek jak rozbite lustro w każdym fragmencie odbijają część, która złożona tworzy spójną jedność. Czuje się ruch, namnażanie, odkrywanie obrazów krok po krok, nawet przeczuwanie tego, co może nastąpić.

Znak zapytania zawsze zaczyna się i kończy za zakrętem. / Skręcam w lewo, w prawo. Zwiedzam, oglądam. / Zastanawiam się dokąd prowadzi, jaki kierunek widzę / w szybie? […] („Szósty zmysł”)

Łucja Dudzińska odkrywa mikrokosmos w makrokosmosie i na odwrót. Z bliska można zobaczyć a nawet poczuć kosmiczną prawidłowość – prawidłowość, której człowiek jest integralnym elementem.

Te obrazy utrwalają się mimowolnie, wnikają w kartkę. / Podpisuję, łączę treść kreską – staje się łańcuchem. / Przybijam kropką do siebie. („Sophie – moje słoneczko”)

Następuje zejście do mikroskopijnej sfery cząstek z całości. Dotyczy to wszelkich przedmiotów: w misiach są trociny, w poduszce – pierze, w plastikowych lalkach – pustka (z wiersza „Skórka. Gdy jego nie ma”).

Wiersze te to dialektyka racjonalnego udowadniania (dowód - znów pojęcie naukowe mierzące się racjonalnie z hipotezami), udowadniania ogniwo po ogniwie sensów całego łańcucha zdarzeń, zachowań, istnień, rozedrgania w człowieku - jak w ruchu molekularnym i kosmicznym: góra – dół, miłość – nienawiść, euforia – smutek, równowaga „teraz” otoczona przeszłością i przyszłością, początek – koniec, ranek – zmierzch, huśtanie, gonienie. Ruch to siła napędowa rozumienia zjawisk (wiersz „Rozhuśtanie”). Obok tego, a raczej w tym, pojęcia semantycznie związane z takimi dziedzinami nauki, jak astronomia czy fizyka molekularna: słońce, księżyc, nów, chmury, wiązki światła, pływy, cząstki, laserowe rozszczepianie światła, rezonans magnetyczny, planety, świat, czucie, intuicja… Te ostatnie łączą już naukowość z duchowością człowieka jako istoty kosmicznej, sfery profanum i sacrum stwarzają integralną całość.

W warstwie znaczeniowej konstrukcja podmiotu lirycznego reprezentuje punkt widzenia i sposób mówienia człowieka dojrzałego, w pełni ukształtowanego. Rozumie on mechanizmy rządzące światem, rozumie filozofię życia. Nosi w sobie mądrość, która czasami kłóci się z oczekiwaną wersją istnienia, z pragnieniami, marzeniami, ale wie, że jest ona niezależna, można ją tylko przyswoić, pogodzić się. Przyjmuje los bez afektacji, ma świadomość powtarzalności i korelacji zjawisk, wie, że wobec ich kosmiczności jest bezsilny – miotanie się, szarpanie niczego nie zmienią, mogą jak miecz obosieczny zadać ciosy walczącemu, pogłębić jego rany. Jest ból istnienia, jest bezradność, smutek, małe radości - prezentują one uniwersalną i ponadczasową wizję świata i człowieka.

Akceptujesz coś, co kiedyś było niemożliwe. Blisko, coraz / bliżej, na sztucznie podwieszonym horyzoncie liczy się to, / że nie jesteś sam. Robisz dwa kroki w przód, jeden do tyłu. / Zahaczasz o przypadki, odmieniasz – wizję, wizytę. Wiwisekcję? („Symbioza. W pudełku weneckich luster”)

Zwątpienie, ból rozczarowania permanentnego wyraża się w stoickiej postawie oczywistych zachowań i rozumień, bez szaleństwa, konieczności walki, bez darcia serca, głosu…

Wszystko dzieje się między jednym pragnieniem / a drugim. Między prawdą a fałszem, między słowem / a czynem.[…] / Przytulam się do tego zwątpienia. To trwanie / w trwaniu, gdy lecę w dół, czasem w górę. Bezustannie. („Permanentnie”)

Bardzo ważny dla rozumienia zamysłu poetyckiego całego tomu Z mandragory wydaje się wiersz „Niby nic”:

Zastanawiasz się, co jest sufitem – bryła stropu / dająca schronienie czy klepisko granatu, z którego / gwiazdy niczym wypalone dziury wcale nie chcą / spadać. Sen za snem marszczy twarz. Zmatowieje / serce, zbledną oczy. Myślisz o tym, co w środku. / Mówisz – błękit za powiekami. […] / Są dni (albo noce), kiedy pióra wrastają do środka / I biją skrzydłami o ramę, jak motyl w potrzasku. („Niby nic”)

Utwór ten oprócz warstwy dosłownej, która mówi o niespełnieniu, utracie złudzeń, smutku przemijania, chłodzie w relacjach międzyludzkich - obrazuje zamykanie – otwieranie przestrzeni: sufit otwiera się na niebo ( poszerzanie znaczeń, wyniesienie profanum do sacrum, bliskości do dalekości albo właśnie bliskości do bliskości – bo człowiek jako integralny element kosmosu powstał z tego samego wybuchu co cały wszechświat).

I odwrotnie: skrzydła rozpostarte zmniejszają się do skrzydeł schowanych do środka (mityczne, przenośne znaczenie skrzydeł – wolność, marzenia, wyniesienie ponad - które zamykają się w ciele – zwinięcie przestrzeni do punktu). Człowiek pragnie, by skrzydła wzniosły w górę, do gwiazd, by rozszerzyły perspektywę, one – rosną do środka, tłuką ostro o serce, płuca, uwierają każdą komórkę, wciskają się w gardło – aż trudno mówić…

Tematyka wierszy Łucji Dudzińskiej obejmuje obszar niesłychanie rozległy. To współczesny świat współczesnego człowieka. Podmiot liryczny nie jest  filozofującym mentorem, to człowiek z krwi i kości – ma dom, łazienkę, niezakręconą pastę, wannę, kapiący kran, obchodzi święta, nosi jeansy, jeździ samochodem, obserwuje wystawy, zachowania ludzi, pieści się z dzieckiem. Jest kobietą, ma jego; czasami na chwilę zamyka oczy na racjonalizm i schematyczność świata, chciałaby stać się romantyczką, wróżyć z liści akacji, łasić się do nogi mężczyzny jak kot… potem otwiera oczy, czuje się ściętym drzewem bez korony, które powoli odchodzi w zapomnienie, ciągle będąc wśród innych, żyjąc z nimi, pomagając im żyć… Znowu ruch, nawijanie się czasu, rozwijanie i zwijanie przestrzeni…

Po ściętej koronie można długo żyć albo długo / umierać, zanim zdrewniejesz od środka. („Abdykacja”)

Łucja Dudzińska „Z mandragory”, Stowarzyszenie Literackie im. K.K. Baczyńskiego, Łódź 2013, str. 48

Edyta Kulczak