Do widzenia PDF Drukuj Email


DO WIDZENIA

Aleksander Sowa

Zdarzyło się to, kiedy nie miałem pojęcia, co robić z życiem. W jednej z tych studenckich, ciasnych i dusznych kawiarń, gdzieś nieopodal Krakowskiej Szkoły Filmowej. Był maj, powietrze pachniało uroczo, słońce zza okna przyjemnie paliło w oczy. Włóczyłem się po mieście zakochany Baczyńskim, Szymborską i Gajcym. Zastanawiałem się wtedy, ja, głupi żółtodziób, dlaczego to Ferdydurke jest szkolną lekturą, a nie Pornografia. Wszedłem tam ugasić pragnienie. Zmrużywszy powieki oddałem się błogiemu nastrojowi. Lecz spokój chwilę później zburzyła ona.
– Poproszę kawę – rzuciła w kierunku barmana, wchodząc. – Cholerka, pomyliłam godzinę.
– Egzamin?
– Z filmu – odparła, trzymając pomiętą kartę papieru.
Włosy spięte w mysi ogonek. Biała koszulka, granatowy sweterek, czarna spódniczka do kolan. Wraz z jej wtargnięciem lokal opanował przedziwny stan niepokoju. Niewytłumaczalne oczekiwanie na nie wiadomo co, które ma nadejść z nie wiadomo skąd. Ale bez wątpliwości, że przyjdzie.
– Rozumiem – barman odparł uprzejmie. – Ile musi pani czekać?
– Kwadrans.
– A, to akurat na kawę.
Po chwili, gdy filiżanka była już pełna, a barman dodał ciepłe „powodzenia”, skierowała się ku nam. Bo prócz mnie był jeszcze pewien jegomość, siedzący w kącie salki.
W bezruchu, niczym gad jakiś, wciąż ją obserwowałem. Nasze spojrzenia spotkały się wreszcie. Lecz cóż to, znad gombrowiczowskiej barykady nie dość, że nie mogłem dostrzec barwy jej ocząt, to zaraz się też okazało, iż może to dobrze. Oczy nieznanego koloru przeniosła bowiem na biedaka przy drugim stoliku i chyżo ruszyła ku niemu.
To mnie zastanowiło. Czym wtedy się kierowała, nie wiem. Może, wybierając, uznała, że czytam? Nie chciała przerywać? Dlatego padło na nieszczęśnika w kącie? Następne słowa miały jednak zdradzić powód tej decyzji, pozornie pozbawionej logiki.
– Przepraszam – zagaiła. – Poćwiczy pan ze mną?
Z pewnością miał po czterdziestce i wyglądał jak łach. Albo jak cielę. Nie żebym poczuł się urażony jej wyborem, ale tak miały się fakty. Uzasadnione zresztą okolicznościami, o czym później. Dość wspomnieć, że łach siedział sam, przegrany, ze spuszczoną głową, w niewoli czarnych myśli, jakby drzemiąc. I nie wyglądał na szczególnie rozgarniętego.
– Poćwiczy? – spytał bezmyślnie.
W tym powtórzeniu brak było czegokolwiek z emocji, tak zdawał się pochłonięty myślami i wyobcowany. Przysiągłbym, że tak właśnie wygląda człowiek tuż przed samobójczym skokiem z wieżowca czy skały.
– No –  przytaknęła – dialog. Tekst mam. Do egzaminu.
– Do egzaminu?
– Uhmm. Za piętnaście minut. Najlepsi zagrają w filmie. Wyświadczyłby mi pan… – chwilę się waha – wyświadczyłbyś mi przysługę?
– Przysługę?
– Chciałabym ostatni raz powtórzyć ten dialog.
– Dialog?
– Tylko raz. Proszę – mała naciska uroczo.
Na to mężczyzna odwraca wolno głowę w stronę toalety, jakby chciał uciec, lecz nie spuszcza wzroku z dziewczyny. W tym ślamazarnym ruchu jest jakiś przymus, niezrozumiała konieczność.
– Raz?
– Tak.
– W porządku.
I tym mnie zaskoczył i zaciekawił. Wyglądał przecież tak samo jak każdy z nas, chłopców, mężczyzn w tej przeklętej chwili. Żałośnie i podle. Próba tekstu wydaje się w takich okolicznościach nawet już nie na miejscu, lecz najzupełniej niedorzeczna. Niczym mrożone pomyje pite przez rurkę jak kolorowy drink z parasolką. A jednak zgodził się, co miało w sobie jeszcze więcej z groteski. Gombrowicz w sam raz, Witkacy na do widzenia.
– Zaczyna się tutaj. – Dziewczyna wskazuje palcem tekst cielakowi. – „Artur, to koniec!” – mówi. – A pan… ty czytasz następną linijkę. Okej?
– Okej.
– To super. Zaczynajmy. Artur, to koniec!
– Nie rozumiem.
– Ja jestem Julia, a ty jesteś Artur – wyjaśnia nieszczęśnikowi jak krowie na rowie. – Czytasz kwestię Artura, a ja Julii. I masz powiedzieć – zerka do tekstu – a właśnie, ale heca – uśmiecha się znów – masz powiedzieć „nie rozumiem”.
– Aha – odpowiada cielak.
– Artur, to koniec!
– Nie rozumiem.
– A do czego sprowadza się nasze życie? – aktoreczka czyta.
– Do czego?
Po jego słowach dziewczyna przerywa i chwilę patrzy w twarz cielakowi. Jego odpowiedź jest jeszcze bardziej bezmyślna. Dziewczę, widać, zapomniało tekstu i pewnie żałuje wyboru idioty na sparingpartnera do dialogu. Sytuacja z absurdu zmienia się w nieśmieszną komedię.
– Czekaj, czekaj – prosi łacha po chwili – nie podpowiadaj. – Mmm… – mrucząc pod nosem, widać stara się przypomnieć kwestię. – Do niczego.
– Niczego? Nie rozumiem – mówi cielak.
Zapada cisza. Słychać jedynie tykanie zegara i przecinające ciepłe powietrze łopaty wentylatora pod sufitem. Dziewczyna nagle uświadamia sobie, co właśnie się stało.
– A tak, tak, masz rację. To jest powtarzane kilka razy – mówi.
Cielak widocznie, spoglądając na kartkę, zapamiętał tekst. Nie był trudny wprawdzie, lecz gość sprawiał pozory muła.
– Ja już cię nie kocham – dziewczyna natychmiast dodaje. – Myślałam o tym od dawna, teraz jestem już pewna. Odchodzę. Nie patrz tak na mnie – trajkocze – nie bądź na mnie zły. Przykro mi – dodaje po krótkiej pauzie.
Uśmiecha się zadowolona. Już prawie pamięta. Mężczyźnie jednak nie jest do śmiechu. Jego twarz nie zmienia się ani na chwilę. Muł zdaje się nawet nie mrugać oczami. Milczy. Nic dziwnego. Ta próba, lub coś raczej na jej kształt, próba próby, powiedziałbym, nie ma w sobie odrobiny aktorstwa. Dziewoja ledwie nauczyła się tekstu. Nawet nie recytować, a co dopiero grać – myślę.
– Wstaję i idę do toalety – aktoreczka, zerkając w tekst, wyjaśnia ciąg dalszy – a kiedy wrócę, mam ci powiedzieć: „Cóż, idę. Dasz mi buziaka?”.
– Nie, spadaj – łach odpowiada natychmiast zgodnie z dialogiem Artura.
– No! I to koniec!
Następuje chwila milczenia. Aktoreczka się cieszy. Ten patrzy tępo w dziewczynę. Wpatruje się w nią raczej jak katatonik.
– Niezadowolony, co?
– Niezbyt.
– Zacznijmy od nowa. Artur, to koniec! – mówi. – A do czego sprowadza się nasze życie? – powtarza, pomijając kwestię mężczyzny. – Ja już cię nie kocham. Myślałam o tym od dawna, teraz jestem już pewna. Odchodzę. Nie patrz tak na mnie – terkocze niczym karabin maszynowy – nie bądź na mnie zły. Przykro mi. Cóż, idę. Dasz mi buziaka?
– Nie, spadaj.
Dziewczyna kiwa głową w uznaniu jeszcze bardziej zadowolona. Mężczyzna odzywa się własnymi słowami:
– Znasz tekst.
– Dziękuję. Ale brak w nim emocji. Spróbujemy raz jeszcze?
– Jeszcze raz?
– Tak, proszę. Ostatni.
– Ostatni.
– Tak.
– Dobrze.
– Artur, to koniec! – zaczyna, a w jej słowach wreszcie słyszę wypowiedź kobiety odchodzącej od męża albo kochanka. – A do czego sprowadza się nasze życie? – Z tego zdania przebija jednak sztuczność niczym aspartam zamiast cukru w gazowanych napojach. – Ja już cię nie kocham – mówi, lecz teraz jest znów beznadziejnie. – Myślałam o tym od dawna…
– Uśmiechnij się.
– Co?
– Uśmiechnij się – cielak powtarza.
– Mam się uśmiechnąć?
– Tak.
– Ale ona go zostawia, no, tego Artura – wyjaśnia cierpliwie imbecylowi. – W takiej chwili mam uśmiechnąć?
– Tak.
Siedzi w bezruchu niczym szaleniec jakiś, idiota bezsprzeczny, chory na ławce w parku przed szpitalem dla nerwowców i psychicznych. Potwierdza skinięciem głowy. Studentka patrzy z niedowierzaniem na obiekt swojego niefortunnego wyboru. Zastanawiam się, czy teraz żałuje. Trudno opisać jej twarz w tamtej chwili, bo słowo „zaskoczona” zbyt płytko oddaje jej wyraz. Lecz mimo to, ku mej konsternacji, po chwili uśmiecha się, jak obłąkany jej radzi, i zaczyna po raz kolejny:
– Artur, to koniec.
– Nie rozumiem.
– A do czego sprowadza się nasze życie? – Uśmiecha się dalej.
– Do czego?
– Do niczego.
– Niczego?
Dziewczyna skupia się, by zagrać twarzą, jak jej poradził. I bardzo dobrze. Świetnie jej to teraz wychodzi –  wydaję werdykt. Tym razem w dialogu dostrzegam prawdziwą iskrę. To zaczyna wyglądać realnie – myślę. Tymczasem ona dalej gra wprost fantastycznie.
– Nie rozumiem.
I wtedy. Tamta chwila, kiedy TO właśnie się stało. Powietrze w kawiarni, ruch na ulicach i nawet obroty łopat wentylatora przy lampach zdały się na chwilę ustać. Wpatrzona w spojrzenie opętanego twardo utkwione w jej wzroku. Dokładnie wtedy uśmiech znika z twarzy dziewczyny. Mężczyzna dalej, w tej samej pozie, z niezmiennym wyrazem oblicza wpatruje się w studentkę, z tą jednak różnicą, że…
 – Ja już cię nie kocham – odpowiada wolno, zupełnie inaczej. – Odchodzę – dodaje, zmyliwszy tekst, ale nic to, tym przypadkowym sposobem nadaje swej grze cech niebywałej, wprost fantastycznej wirtuozerii, mógłbym pomyśleć, gdyby nie to, czego świadom byłem od samego początku.
Naraz w jej oczach błyskają łzy jak dwa sztylety. I staje się dla mnie jasne, że budzi się gdzieś głęboko skryta w niej dziewczynka. Że oto ten prosty dialog, to durne: „Artur, to koniec” przypomniało jej coś, co nie jest filmem, ale pewnie ciernistym wspomnieniem. A twarz jej mówi, krzyczy wprost, że wcale nie zapomnianym.
– Myślałam o tym od dawna. – Widzę, że słowa z trudem przychodzą jej przez łzy. – Teraz, teraz jestem już pewna – łka we wciąż niewzruszoną twarz szajbusa. – Nie patrz tak na mnie! – przerywa nagle, podnosząc głos.
Słowa dziewczynie zasychają w gardle. Przełyka ślinę. Po chwili dodaje szeptem:
– Nie bądź na mnie zły.
Lecz zdanie to drży jak most, po którym toczy się opasłe cielsko lokomotywy. Dalej jest tylko rozpacz.
I dopada mnie nagle straszna, acz niedorzeczna wątpliwość, że może to nie być prawdziwy dialog. Że to tylko świetna gra aktoreczki. A facet gra dobrze, bo jego rolą jest milczeć. To prosta rola przecież. W sam raz dla idioty. Że łzy, pociągnięcia nosem i te jej spojrzenia są udawane. Ale nie. Wiem, że jest inaczej. Zupełnie inaczej.
– Przykro mi – kończy scenę. – Cóż, idę.
Zawstydzona wyciera łzy i spogląda na mężczyznę.
– Muszę lecieć – śmieje się przez płacz.
Mężczyzna tymczasem wygląda tak samo jak przed kilkoma minutami. Nie ma w nim ani cienia zaskoczenia. Wciąż tak samo jest niewzruszony. Dopada mnie konsternacja. Mnie i barmana. Bo dopiero teraz dostrzegam, że nie tylko ja TO obserwowałem. Uświadamiam sobie, że dla chłopaka za barem również i ja jestem niczym ogniwo jakiegoś łańcucha, jak część tej osobliwej sceny, choć z moich ust nie pada ani jedno słowo.
 Studentka wstaje. Uśmiecha się delikatnie, z wyraźnym zawstydzeniem. I wychodzi w pośpiechu, chyba w gruncie rzeczy zadowolona.
– Dziękuję – rzuca na pożegnanie.
Jej kawa pozostaje nietknięta. Macha nam ręką niepewnie, obraca się i znika. Sekundę później zjawia się ktoś, o kim studentka nigdy ma się już nie dowiedzieć. Z łazienki wraca kat łacha. Od początku o niej wiedziałem. Wiedzieliśmy wszyscy z wyjątkiem aktoreczki. Słyszeliśmy rozmowę baby z cielakiem - ja zza tarczy mej Pornografii, a też barman skryty za szańcem bufetu. Tymczasem tamta zbliża się zdecydowanym krokiem do nieciekawego, spogląda z uśmiechem i wzdycha głęboko.
– Cóż, idę.
Nie robi to jednak na nikim większego wrażenia, albo wrażenie jest tak duże, że nie potrafimy własnym uszom uwierzyć.
– Artur, dasz buziaka?
– Nie, spadaj. 
                                                                               Aleksander Sowa



portal LM, luty 2013