Wanda Skalska
Helena Gordziej powiada o Dominiku Górnym:
Poeta jest wnikliwym obserwatorem zastanej rzeczywistości. Z pasją penetruje świat przyrody, stara się zgłębić meandry człowieczej psychiki. Zdobyte doświadczenia i obserwacje zapisuje w trafne,pełne refleksji wersy utrwalone w kolejnym tomiku poezji 'Tropem światła'. Poeta wyraża troskę dotyczącą ludzkiej koegzystencji i poszanowania praw przyrody. Strofy te stanowią rodzaj confiteor poety, wyrażają głęboką troskę o byt mieszkańców naszego globu. (...) Autor przeniknął cud miłości, ma odwagę głosić ją w wersach poezji. Nakłania do okazywania uczuć, których nie należy się wstydzić. Refleksje poety są bliskie psychicznemu zapotrzebowaniu odbiorców mowy wiązanej. Czytelnik bierze do rąk tomik z wiarą, że odczyta w nim cząstkę własnej tożsamości.
Oto laurka - jak widać złożona z okrągłych słówek - u końca tomiku utworów wierszowanych Dominika Górnego. A w liście do redakcji LM, towarzyszącym nadesłanemu zbiorowi, autor informuje, iż ów zbiór otrzymał II nagrodę XXIX Międzynarodowego Listopada Poetyckiego.
Ponieważ mizeria tych wierszy dorównuje mizerii cytowanej laurki, początkowo zamierzałam zignorować wydanie. Lecz zaraz uświadomiłam sobie, że jest klasycznym przykładem tego typu poezjowania. Poezjowania i uporczywego mnożenia niepotrzebnych nikomu (poza samym autorem oczywiście) papierowych bytów. Pewnie i redakcje innych pism bywają zalewane produkcją o zbliżonym charakterze. Bo chocholi taniec niedopoetów ustawicznie trwa. Zaś bractwo radośnie produkujące imitację poezji „wyrażającą głęboką troskę o byt mieszkańców naszego globu” nic nie da sobie powiedzieć. Prędzej da sobie dłonie uciąć, niźli jakąkolwiek krytykę przyjmie. Patowa historia.
Lecz wróćmy do zbioru, który wywołał smutną refleksję. By uniknąć zarzutu gołosłowności. Co ten konkretny zbiór poetycko dyskwalifikuje?
Nieznośna, chwilami wręcz deprymująca banalność obrazowania, koturnowość, nieporadność wiązania słów, wreszcie nikłość przesłań. Czytelnikowi zafundowano tu moc przygód. Jeśli po „udrękach zmagań” wyrwie się ze „szponów strachu”, to w „deszczu rozkoszy” ma szansę popuścić „cugle miłości” korzystając z „uzdy przemijania”. Będą „dziewicze barki mdlały w pieśni zefiru”, „a kuranty pocałunków przyśpieszą spełnienie”. To tylko na chybił trafił wybrane zbitki słowne. Rzućmy okiem na jeden z tekstów, pod tytułem „Akt wiosny”:
Wymieniliśmy się pocałunkami
jak pszczoła z żonkilem.
Kiedy nasze wargi
napoiła miodowa pieśń,
rozkosz zapyliła
kwiatostan człowieczeństwa.
Cóż, nie tyle poczułam się zapylona, co wpylona (mówiąc kolokwialnie), gdy te „wartkie gesty dosięgły dna”.
Czy zatem apelowanie o samokrytycyzm miałby sens?
Latarnia Morska 4 (8) 2007 / 1 (9) 2008