Jest taka kraina*

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: piątek, 29, listopad 2019 Drukuj E-mail

Janusz Korbel

                                                                                                              Hen, daleko za bagnami,
                                                                                                              tam, gdzie cisza włada głucha,
                                                                                                              w puszczy z prastarymi pniami
                                                                                                              sędziwa żyje Szeptucha.
                                                                                                              - wierszyk przytaczany w Internecie

Jesteśmy tacy, jakie mamy doświadczenie. Dlatego ważne jest gdzie mieszkamy, z kim mamy związki i jakie jest otoczenie, będące tym codziennym doświadczeniem właśnie. Coraz częściej naszą krainą jest Internet. Wychodzimy „na spacer” wchodząc na interesujące nas portale, przeglądamy wiadomości i obrazy, prowadzimy dyskusje i spory z osobami, których nawet nie widzieliśmy. Moja córka, kiedy jest chora zaczyna od przeglądania stron internetowych poświęconych jej dolegliwości. Ja sam od dawna kupuję właściwie wszystko poza żywnością przez Internet. Na szczęście jaja mam od kury, bo mieszkam na wsi! Ale co to za wieś? Sąsiad z chaty obok pyta spotkany pod sklepem czy czytałem forum na stronie Kuriera? Rolników tu już nie ma, a po Puszczy wszyscy chodzą z GPS – nie można się zgubić!

A jednak ciągle jest tu trochę inaczej. Tutejszo. Wszędzie jest „tutejszo”, ale tu na przykład jest zimniej! Nie mam telewizora ale i tak słyszę w radio komunikaty o temperaturach tej zimy: „W Białymstoku najzimniej – minus 15C” A mnie się robi gorąco ze złości, że media zawsze kłamią ... Na ganku mam dzisiaj o 10 rano –23C, drugi termometr przy oknie pokazuje trochę cieplej – 22C. Po oblodzonej drodze za oknem, ograniczonej ponad metrowej wysokości zwałami śniegu, suną sanie z podlaską „duhą”.

Nie, sanie tu nie przetrwały, wyginęły przed dziesiątkami lat, a teraz – reanimowały się, kiedy mieszkańcy zrozumieli, że turyści płacą słono za wożenie saniami po Puszczy. Ciekawe skąd są te sanie, z Belgii, z Chin? Bo woźnice przesiadają się oczywiście po pracy do Nissanów, Suzuki, Jeepów czy Subaru (Forester oczywiście). Swoją drogą zabawnie wygląda moja sąsiadka trzymająca w jednej ręce lejce a w drugiej telefon przy uchu, do którego krzyczy coś do męża, może żeby przygotował ognisko turystom, których wiezie. Przed miesiącem, w grudniu wyszedłem o 7 rano na werandę i zobaczyłem, że na śniegu, pod schodami leży 5 jeleni. Wystraszyły się światła i odbiegły. Kiedy później wyszedłem za nimi zobaczyłem, że jedną sosnę, już ośmioletnią – zjadły doszczętnie. To jest cena za mieszkanie w raju – pomyślałem. Przychodziły do mnie od dawna na jabłka, a teraz jabłka leżą pod śniegiem skutym lodem.
Wczoraj siedzieliśmy z dwiema koleżankami z Gdańska kiedy zadzwonił Jurek, profesor z instytutu, i mówi: wiesz, u nas też jest szeptucha. Bardzo pomaga ludziom. Odpowiadam mu, że mam od niej trochę ziół w ogrodzie. Moje koleżanki słuchają z szeroko otwartymi oczyma. Co to jest „szeptucha”???

Na początku lat 90. z grupą przyjaciół przyjechaliśmy na wiosnę z południa Polski do Białowieży, planując spotkanie z miejscową ludnością, by porozmawiać o ochronie puszczy. Spotkanie się odbyło w miejscowym kinie, ale ktoś od razu zwrócił nam uwagę, że ludzie przyszli pomimo świąt. Zrozumieliśmy wtedy, jak bardzo byliśmy ograniczeni swoją perspektywą, że nie wzięliśmy pod uwagę, iż w Polsce są regiony, gdzie chrześcijańskie święta wypadają dwa tygodnie później, bo mieszkający tam wyznawcy prawosławia posługują się dawnym kalendarzem juliańskim. Teraz, kiedy mieszkam tutaj od wielu lat, a moi przyjaciele są przeważnie wyznania prawosławnego, wydaje mi się to oczywiste. I to ja się teraz dziwię, kiedy turyści są zaskoczeni, że częściej niż kościoły widzą cerkwie, a ludzie posługują się między sobą na targu jakimś językiem nie–polskim, choć przecież nie rosyjskim. Mój przyjaciel, białoruski artysta znad Niemna, został zaproszony do zaśpiewania w telewizji polskiej piosenki rosyjskiej z repertuaru Czesława Niemena „Kałakolczik”. Dla realizatorów programu był po prostu jakimś „ruskim” wykonawcą, a on w rozmowie telefonicznej mówił mi, że trochę mu z tym niezręcznie, bo śpiewa jednak piosenki po białorusku, a nie po rosyjsku. W Białorusi, kraju smutnych paradoksów, jednak znacznie popularniejszy jest dzisiaj język rosyjski niż białoruski więc on sam należy do językowej elity, często traktowanej jako opozycja. Pod cerkwią w Białowieży na pomniku są słowa uznania dla walczących o socjalizm (piętnujący religię), a obok stoi prawosławny krzyż, symbol tej religii. Na katolickim cmentarzu w Hajnówce jest grobowiec miejscowego katolika ozdobiony czerwoną, sowiecką gwiazdą pięcioramienną, bo pewnie nieboszczyk służył kiedyś w Armii Czerwonej. Włodzimierz Pawluczuk napisał słynny „Wierszalin –– reportaż o końcu świata” opisując międzywojenny fenomen popularności proroka Ilji w wioskach okolic Puszczy Białowieskiej, w których mieszkali tacy ludzie jak Jakub Martyniuk, marynarz okrętu Aurora, od którego salwy rozpoczęła się czerwona rewolucja, z którym za peerelu, jak z bohaterem przeprowadzano rozmowy z okazji kolejnych rocznic Rewolucji Październikowej. Może i odpalił on salwę do rozpoczęcia rewolucji, ale możemy być raczej pewni, że Martyniuk, kiedy jeszcze żył, chodził w Nowym Berezowie do cerkwi.

Przed paroma miesiącami siedzieliśmy na drewnianych schodkach werandy. Był ciepły wieczór. Przed nami pole zarastające brzozą, dalej mokradła, rzeka, a za nią najstarszy w Europie las. Od czasu kiedy ze względu na przyrodniczy obiekt światowego dziedzictwa ludzkości korytarze lotnicze podniesiono nad Puszczą o 2,5 km huk odrzutowców jest prawie niesłyszalny. Powietrze było rozedrgane rechotaniem rzekotek, niewielkich, zielonych żabek, a nad ziemią zasnuła się mgła. Zoja, urodzona w wiosce na południu puszczy zaczęła nucić: Tuman jarom, jarom, dolinoju. Za tumanom neczoho ne wydno. Tolko widno duba zelonoho. Pod tym dubom krynycia stojała. Z toj krynici diewka wodu brała... Podobnie czuł się pewnie dziadek Jakub z „Wierszalina” kiedy siedział przed chatą będąc „poza czasem”. Znad lasu nadleciały nisko dwa żurawie przecinając z szumem powietrze skrzydłami. Jest XXI wiek. Nagle zadzwonił telefon. To przyjaciel z puszczańskiej wioski mówi z przejęciem: Czarują mnie. Znalazłem przed domem węzełek z ziarnami. Pani Ksenia powiedziała, żebym natychmiast spalił w piecu, więc to zrobiłem. Węzełek zbiegł się z tragedią, jaka miała miejsce pod Hajnówką. Wracający ze Słowacji późną nocą ksiądz prawosławny zobaczył nagle na skrzyżowaniu dróg sedes. Omijając go uderzył w drzewo. Lokalne media wspominają, że w praktyce szeptuch występuje czasami polecenie wystawienia przedmiotu należącego do osoby, o którą chodzi, o północy, na skrzyżowaniu dróg.

Szeptuchy to stare, pobożne kobiety, ludowe uzdrowicielki z wiosek w okolicy Puszczy Białowieskiej, bo szeptanie to odczynianie uroków i leczenie, chociaż powiada się, że kiedyś potrafiły także szkodzić. Często umiejętność przechodzi z matki na córkę. Najbardziej znane są szeptuchy z Orli i Rutki koło Dubicz Cerkiewnych ale są i w Grabowcu i w Nowym Berezowie, a znajomy nauczyciel z innej wioski puszczańskiej zapewnia mnie, że w każdej wiosce jest przynajmniej jedna. Szeptuchy powtarzają, że to nie one leczą, lecz Bóg. One się tylko modlą. Na krzyżach przydrożnych możemy czasami zobaczyć zawieszone wstążki lub fragmenty materiału. Kiedyś były to ręcznie robione ręczniki –– swoista modlitwa, stosowane w różnych okolicznościach, wokół ikony, dla narodzonego dziecka. W domu owijam w taki ręcznik chleb. Bywały i fartuszki, które powiesiły na krzyżach bezdzietne kobiety z prośbą o dziecko.

Trzydzieści kilometrów na północ od Puszczy Białowieskiej, w Grzybowszczyźnie stoi cerkiew, która „z ziemi wyrosła”, stoi niedaleko niepowstałego nigdy miasta „Wierszalin” –– budowanej przez proroka Ilję stolicy świata. To tutaj wędrowali kiedyś wierni z podpuszczańskich wiosek. Być może opowiedzieć to można tylko językiem sztuki. Nic dziwnego, że w Supraślu działa nowatorski zespół –– Teatr Wierszalin, założony przez reżysera Piotra Tomaszuka i Tadeusza Słobodzianka, nawiązujący do mitów i folkloru regionu, opowiadający również o sekcie proroka Ilji, nagradzany na świecie. W sąsiadującym z moją chatą skansenie pod koniec sierpnia odbywają się co roku warsztaty śpiewu z regionu, organizowane nie dla turystów, a przez prawosławną fundację, dla „swoich”. Ten skansen jest prywatny i właściciele postawili tam drewnianą cerkiew – czasownię, gdzie młodzi uczestnicy warsztatów i aktorka Wierszalina zaczynali dzień od modlitwy – śpiewu. Główna uliczka mojej miejscowości nosi imię założycielki koła Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, która wierzyła pewnie w idee Lenina i chciała te ziemie przyłączyć do ZSRR. Kiedy z Bielska Podlaskiego jechał przez wioski orszak carski na polowanie, wszyscy mieszkańcy mieli obowiązek wyjść na drogę i witać cara. Młodzi z pozarządowej organizacji „Związek Młodzieży Białoruskiej” wytyczyli przez wioski historyczny szlak – Carski Szlak, a właściwie Царскі гасцінец. Sanie z turystami jednak nim nie jeżdżą. Jadą na miejsca ogniskowe gdzie specjaliści z hoteli przygotowują miłe spędzenie wieczoru w egzotycznej puszczy.

Janusz Korbel

 

--------------------------
*Przypominamy tekst, którego pierwodruk nastąpił w ostatnim papierowym wydaniu Latarni Morskiej - nr 2 (14) 2010 / 1 (15) 2011

Przeczytaj też inne artykuły J. Korbela tyczące ochrony dzikiej przyrody w działach 'eseje i szkice' oraz ‘felietony’, a także wywiad z nim („Z przyrodą jesteśmy jednym”) w dziale 'rozmowy latarni'