Lustro

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: piątek, 02, sierpień 2019 Drukuj E-mail

Ewa Popławska

Spojrzała w lustro. Odbicie ukazało jej lniane włosy i zmęczone, jasne oczy. Źrenice rozszerzyły się pod wpływem strachu, którego wcale nie czuła w środku, obejmował ją raczej jak nieproszony, pijany żebrak. Westchnęła. Była piękna, choć właśnie teraz przestało się to liczyć. Sięgnęła po karminową szminkę i czterema zdecydowanymi ruchami powiodła nią po ustach, kreśląc kształt nierównej elipsy. Zaczesała włosy do góry, pozwalając kosmykom spływać do ramion.
Była gotowa. Czarna suknia z wysokim koronkowym kołnierzem podkreślała jej niecodzienną urodę. Rysy miała nad wyraz ostre, a minę zaciętą. Strzepnęła kciukiem nadmiar pudru z policzka, włożyła czerwone czółenka i wyszła z mieszkania, żegnając wzrokiem znajome przedmioty. Choć spodziewała się wrócić, wiedziała, że będzie to powrót zupełnie niepodobny do wcześniejszych.
Taksówka już czekała. Padało czwarty dzień i kierowca rzucił jej złe spojrzenie. W innych okolicznościach z pewnością by się tym przejęła, jednak dzisiaj ledwie omiotła mężczyznę wzrokiem i usiadła wygodnie na tylnym siedzeniu.
Po drodze nie rozmawiali. Słowa były zbędne. Należało tylko zrobić to, co potrzeba, nie mniej, nie więcej. Spoglądała na mokre chodniki i nawet cieszyła ją zła pogoda. Aż żal by było opuszczać słoneczny świat. Kierowca jechał nieuważnie, wpadał w dziury i ochlapywał przechodniów. Z wolna odzyskiwała humor i pod koniec jazdy była zupełnie uspokojona.
- Dwadzieścia cztery – rzucił kierowca.
- Reszty nie trzeba – skwitowała, podając pięćdziesiątkę.
Wyskoczyła zgrabnie bez pożegnania. Była na miejscu.

Na rogu ulicy mieściła się opuszczona biblioteka. Przez brudne szyby nie można było zajrzeć do środka. Budynek wyglądał zwyczajnie, choć wyróżniał się ponurą aurą. Dawno nikt nie zaglądał do środka, ale czynsz opłacano regularnie, choć nie wiadomo nawet, kto dokonywał wpłat. Przechodnie mijali drzwi, jakby ich tam nie było. Nikogo nie interesował wiekowy, opuszczony gmach. Trudna do określenia groza biła z tego miejsca, tak że nawet bezpańskie psy nie kładły się u wejścia. Od dawna nie widziano właściciela budynku – garbatego Henryka, sprawującego pieczę nad tym miejscem jeszcze dziesięć lat wcześniej.
Zastukała w drzwi, lecz słysząc tylko ciszę, nacisnęła klamkę. Przestąpiła przez próg, lekko stukając czerwonym obcasem. Wiedziała, że drzwi będą otwarte. Wiedziała też, że musi wejść do tego pomieszczenia i odnaleźć książkę, bez której przeznaczenie nie mogłoby się dopełnić. Należało po prostu zrobić to, co konieczne – nie więcej, nie mniej.
Mrok uderzył ją niemal fizycznie. Zawahała się i zamknęła za sobą drzwi, odcinając jedyny dostęp światła. Nie widziała prawie niczego, choć po zapachu poznała, że wnętrze wyłożone jest litym drewnem, a regałów nie czyszczono od lat. Wiedziała, że musi zachowywać się cicho. Czuła lęk, ale nie przed ciemnym miejscem. Bała się, że na piętrze czai się zło; nie chciała, żeby zeszło tu po schodach.
Pozostawało odnaleźć książkę. Lekki stukot obcasów niósł się delikatnie po bibliotece. Poruszała się ostrożnie; uleciała z niej cała wcześniejsza radość. Aura tego miejsca ją obezwładniała. Opuszkiem palca wskazującego dotknęła pierwszego regału i poczuła stertę kurzu. „To nie będzie tu” – pomyślała wchodząc między środkowe półki. Coraz śmielej wodziła palcami po zakurzonych księgach, głaskała ich grzbiety i rosła w niej pewność, że książka, której szuka, jest blisko.
Wzrok nie mógł przystosować się do ciemności, jednak nie zastanawiała się, jak w tych warunkach będzie mogła czytać. Groza zaczęła się rozstępować, a zło mieszkające na piętrze zasnęło. Obcasy przestały przeszkadzać, teraz stopy płynnie sunęły między regałami, palce coraz sprawniej szukały tej jednej książki. Zamknęła oczy, a pewność sama prowadziła ją do celu.
Nagle poczuła chropowaty grzbiet i z zadowoleniem wyciągnęła książkę. Powiodła palcami po okładkach barwy smoły. Atramentowy kolor wyróżniał się nawet w ciemności. Kobieta westchnęła, bo wiedziała, że zbliża się najważniejsza chwila w jej życiu. Ostrożnie wychyliła się spomiędzy regałów i przeszła w głąb pomieszczenia. Był tam kącik czytelniczy, odwiedzany ostatnio nie wiadomo kiedy. We wnęce zobaczyła lśniące, wiszące lustro. Srebrzysta poświata dawała delikatną, lecz silną wiązkę, więc można było przystąpić do czytania. Przysunęła rozłożysty fotel i rozsiadła się wygodnie, starając się nie narobić przy tym hałasu, bo zło, czyhające na piętrze, mogło się w każdej chwili zbudzić.
Otworzyła książkę. Pożółkły papier giął się w jej rękach, a jego szorstka faktura przypominała zranionego człowieka, który wiele przeszedł. Choć szukała tytułu, nie mogła go znaleźć. Rozczarowana niepowodzeniem, otworzyła książkę na pierwszej stronie.

W bibliotece było cicho. Odnosiła wrażenie, że chwyta ją gorączka. Raz zimne, raz gorące poty oblewały jej skronie i kark, schodząc aż na plecy. Czytała książkę i przypominały jej się zapachy oraz smaki minionych przeżyć. Wspominała, chłonęła, aż w końcu zupełnie zatraciła się w lekturze, zapominając o teraźniejszości i złu, mieszkającym piętro wyżej.
Czytała o sobie. Samotne dzieciństwo naznaczone piętnem zakonnego sierocińca, potem adopcja przez małżeństwo z Moguncji. Nastoletnie wieczory spędzane nad Renem, pierwsze porywy dziewczęcych uczuć. Całe jej życie okryte płaszczykiem zgrabnej, nieco nudnawej opowieści. Roniła łzy nad psem Mullerów, który zdechł pod kołami ciężarówki, przypominając sobie tamte sceny jako żywe. Stanęły jej przed oczami dawne przyjaźnie i urazy. Wzdychała przy tym coraz szybciej i płycej, emocje poczęły zalewać jej umysł tak, że w końcu przerwała, nieświadoma spędzenia kilku godzin w bibliotece.
- Fryderyku! – zawołała niemo postać przybranej matki – zabierz ją. Weź ją do ogrodu, niech nazrywa jabłek.
I ojciec – wąsaty chudzielec – szedł z nią, pokazując po drodze wszystkie wspaniałości. Było tego wiele – barwne motyle latały nad orzechem, róże wyciągały swoje szyje ku słońcu, a pająki wspinały się po białych pniach brzóz. I w tym całym raju ona – dziewczyna, zrywająca jabłka przy płocie.
Wiedziała, że zaraz przybiegnie chłopak i zacznie w nią rzucać skoszoną trawą. Przypomniała sobie jego twarz, a doznanie z przeszłości tak mocno nią targnęło, że aż purpura oblała blade policzki. Z łopoczącym sercem zatrzasnęła książkę.
Zło zbudziło się i nasłuchiwało. Delikatny stukot obcasów przebił się przez martwą ciszę, jednak na piętrze nikt się nie poruszył. Odłożyła książkę na półkę i wybiegła wprost w strugi deszczu. Długo stała jeszcze przed wejściem do biblioteki. Po jej włosach spływały ciężkie krople, więc owinęła się szalem. Była rozgrzana od emocji i niepokoju. „Dokąd prowadzi ta książka, jej opowieść? Co jest na końcu?” – zastanawiała się, z trudem łapiąc chłodne powietrze. Wiedziała, że nie ma już odwrotu – słodka siła niewiedzy rozpaliła jej czoło, zmysły szalały z podniecenia. Musiała koniecznie dowiedzieć się, co stanie się dalej. Najpierw po to, by przypomnieć sobie dawne życie, potem – by wyprzedzić bieg wydarzeń. Przez chwilę poczuła niemiły ucisk w żołądku.

Wróciła do domu zupełnie odmieniona. Myślała jedynie o książce i cudownych wspomnieniach, które wypełniały ją w całości, gdy oddawała się błogiej lekturze. Powrót do dzieciństwa, Moguncji i przybranych rodziców wywołał w niej niejasne poczucie tęsknoty. A później jeszcze ten chłopak, którego niemej obecności nie mogła znieść. Był zagadkowy i obezwładniał ją każdym spojrzeniem. Przypomniała sobie ich późniejszą rozmowę.
- Dlaczego rzucałeś we mnie trawą?
- Chciałem wiedzieć, jak się zachowujesz, gdy jesteś naturalna – odparł lekko, siedząc naprzeciw.
Trawa przyjemnie łaskotała jej nagie łydki. Byli sami. Siedzieli obok rozłożystego kasztanowca, a ich kolana prawie się stykały. Nikt nie mącił spokoju. Tylko z oddali niósł bociani klekot bocianów i wydawało się jej, że nigdy wcześniej nie słyszała równie pociągającej muzyki.
- Ja zawsze zachowuję się naturalnie – zaoponowała, niby niedbale poprawiając grzywkę.
- Wcale nie – żachnął się chłopak – ile razy przechodzę obok twojego domu, widzę, że jesteś spłoszona.
Nie odpowiedziała, bo jak kłócić się z kimś, kto ma rację?

Odgoniła wspomnienia, chociaż dobrze pamiętała, że tamtego dnia obserwowali obłoki, sunące po niebie, a jego dłoń niby przypadkiem musnęła jej palce. Elektryzujące wspomnienie wypełniało ją przez następny tydzień, aż w końcu wróciła do biblioteki, by znowu zanurzyć się w lekturze.
Kiedy weszła do ciemnego pomieszczenia, spostrzegła, że nikt nie przesunął fotela spod srebrzystego lustra. Chociaż wciąż czuła, że na piętrze mieszka zło i w każdej chwili może zejść po schodach, dyskretnie przemknęła z książką na swoje miejsce. Coś pchało ją do czytania w ciemności opuszczonej biblioteki. Coś, równie mocno, odpychało ją od piętra, nie miała śmiałości, żeby tam zajrzeć. Kilka razy usłyszała w ciemności skrzypienie drewnianej podłogi, a wtedy oblewał ją zimny pot.
Jednak czytała dalej. Tym razem było jeszcze rozkoszniej. Dotarła do rozdziałów o młodzieńczych latach, pochłaniała wzrokiem wyblakłe litery, pozwalając zmysłom pląsać wokół własnej historii. Wspomnienia owijały się wokół jej smukłej szyi, łaskocząc i ściskając. Dawne sprzeczki, o których teraz czytała, wydawały się infantylne. Mroczne historie zapamiętała jako zabawne wspomnienia. Był też tamten prosty chłopak, z którym przeżywała największe uniesienia. Aż w końcu zniknął, gdy najbardziej go potrzebowała.
Czytanie znowu stało się niemożliwe. Zatrzasnęła książkę, kiedy dotarła do rozdziału o wypadku samochodowym, w którym zginęli jej przybrani rodzice. Łzy zmoczyły jej policzki, ale starała się płakać bezgłośnie. Strach mocniej chwycił serce, gdy kolejny raz uświadomiła sobie swoją samotność.
Na piętrze znów skrzypnęła podłoga; potem coś głośno potoczyło się w stronę schodów. Zaczęła szybciej przerzucać strony, by odkryć, co się stanie, lecz w rosnącej panice nie mogła na niczym skupić wzroku. Skrzypienie nie ustawało – ktoś miarowo chodził nad jej głową i zbliżał się do schodów.
Musiała uciekać. Cisnęła książkę na fotel i wybiegła wprost na ulicę, trzaskając drzwiami. Zaraz jednak zebrała się w sobie. Zło z pewnością znajdzie porzuconą rzecz i odkryje, kto przychodzi do biblioteki. Weszła więc znowu w ciemność, a groza obezwładniła ją prawie do paraliżu. W powietrzu unosił się zapach przerażenia. Oczy wystawione na światło, odzwyczaiły się od mroku.
Ruszyła przed siebie niepewnie, po omacku. Wyciągnęła ręce i chwytając się regałów, szła w stronę kącika czytelniczego. Nade wszystko bała się, że lada moment wyczuje pod palcami jakąś postać. Serce tłukło w piersi jak oszalałe, a oddech zamienił się w bezgłośną modlitwę. Czuła się obserwowana, ale nie mogła odgadnąć, gdzie czai się zło. Było bowiem w całym pomieszczeniu, wypełniało każdy skrawek przestrzeni, jego odór przenikał przez mysie dziury, ścieląc się na schodach i przy regałach.
Niepewnie doszła do kącika czytelniczego. Srebrzyste lustro dawało nikłą poświatę, lecz ciemniało pokornie, jakby bało się siły, która je ujarzmiła. Widziała lekki zarys mebli, ale najbardziej interesowała ją porzucona książka. Spoczywała w tym samym miejscu, jakby nic się nie zmieniło. Dotknęła czarnej okładki i podniosła powieść. Po chwili wyczuwając, że książka jest lżejsza i cieńsza, niż wcześniej. Niemy okrzyk wyrwał się z jej krtani, a przerażenie wiszące w mroku przeszyło ciało na wskroś.
W panice przycisnęła powieść do piersi i wybiegła z biblioteki, choć wewnętrzne przekonanie mówiło jej to, co wcześniej – książkę można przeczytać tylko w bibliotece. Jak i o tym, że powinna w końcu poznać swoje przeznaczenie. A znajduje się ono tam, gdzie mrok spowija dębowe regały, w tym smutnym mieście, z którym wciąż tak niewiele ją łączyło.
Wypadła wprost w ramiona światła i przez chwilę dyszała ciężko, aż kilku przechodniów zatrzymało się, spoglądając na nią z niepokojem. Drżącymi rękami otworzyła książkę i nie zdziwiła się specjalnie, gdy czarne okładki odsłoniły pożółkłe, puste strony. Ani linijki tekstu; to, co wcześniej czytała, zniknęło. Próżno szukała choć słowa – wszystko umarło. Zaczęła się zastanawiać, czy i ona umarła. Popatrzyła na swoje dłonie, smukłe palce i długie paznokcie, pokryte malinowym kolorem. Dotknęła twarzy – policzków, brwi i nosa. Musnęła palcem brodę i dopiero, z wolna, zaczęła pojmować, że wciąż jest wśród żywych, a puste strony nic przecież nie znaczą, są bezwolne wobec oczywistych prawideł – śmierć nie istnieje, istnieje tylko zapomnienie.
Roześmiała się nieco histerycznie. Wróciła do domu, ale przez całą drogę trzymała książkę mocno – jak skarb.

Następnego dnia dostała gorączki i czuła, że zło wabi ją do biblioteki. Niewiedza pochłaniała żarłocznie cały organizm. Leżała na kanapie, próbując znaleźć wskazówkę, która pozwoliłaby jej przeczytać choć fragment książki. Jednak czy w mroku, czy pod słońcem, utwór był nieugięty, zdawał się z niej natrząsać. W końcu pogodziła się z rozczarowaniem. Leżała, myśląc o przeszłości. Przed jej oczami stanął obraz rodziców i domu w Moguncji. Rzeczywiście, wyjazd nie był najlepszym pomysłem. Jednak po stracie bliskich nie mogła odnaleźć się w mieście.
Zastanawiała się, gdzie nagle przepadł tamten chłopak – co też się z nim stało? Choć nerwy szarpały, z wolna zaczęła popadać w senność. Zmęczony organizm domagał się odpoczynku. Zasnęła i niemal od razu poczęła śnić.
Widziała teraz dokładnie przedmieścia Moguncji. Wieczór, szła do domu. Była wzburzona, bo kolejny raz zaprosił ją do kawiarni i nie przyszedł. Przychodził bowiem na spotkania, kiedy chciał. Później przepraszał ją i aranżował kolejne, aż zaczęła pojmować tę grę i podjęła ją z zemsty. Mijali się więc, bo czasem on wystawiał ją do wiatru, czasem ona jego. Jednak nieliczne chwile szczerych spotkań miały dla niej szczególne znaczenie.
Tamtego dnia trochę padało, a wiatr gnał chmury, jakby chciał je przepędzić. Wracała wściekła, że dała się zwieść i tym razem. Nie przyszedł – nie miał czasu, może ochoty. Pomyślała, że się zemści. Uśmiechnęła się gorzko przez sen – już nie miała potem okazji do rewanżu.
Jakiś cień przemknął przez ulicę. Rozpoznała jego wiotką sylwetkę. Wynurzył się z ciemności, chowając twarz pod kapturem. Jego oczy spoglądały na nią badawczo.
- Nie przyszedłeś.
- Przychodzę, kiedy chcę.
Poddała się.
- Kim ty właściwie jesteś? Co daje ci prawo do tego, by się tak zachowywać?
- Ja jestem zło – oznajmił beznamiętnie.
Nie odezwała się, choć przecież chciała powiedzieć jeszcze wiele. Tyle zgromadziło się w niej pretensji i żalu. Nie powiedziała jednak nic więcej. Patrzyła jak odchodzi i w końcu znika w ciemnej bramie.
- Zło – powtórzyła nagle rozgorączkowana.
Obudziła się i głęboko zaczerpnęła powietrze. Czuła, że coś dusi ją w krtani, a wspomnienie, które przyszło do niej w czasie snu, nie pojawiło się przypadkiem. Nie zwracając uwagi na dreszcze, które trzęsły całym jej ciałem, zerwała się z łóżka, włożyła płaskie buty, narzuciła płaszcz i wybiegła z mieszkania, porywając ze stolika książkę.
- On tam na pewno jest. Muszę przeczytać do końca – mówiła do siebie w malignie, szczękając zębami.
Wiatr nie przynosił ukojenia rozgrzanemu ciału. Już się nie bała – ciemność wzięła ją pod swoje skrzydła i ukołysała aż do zawrotu głowy. Biegła do biblioteki i wyrzucała sobie, że zapomniała później o ich ostatniej rozmowie, o tym, że nazwał się złem i zniknął wtedy w bramie, sznurując jej usta niemą obojętnością.
- A przecież kiedyś pamiętałam – mówiła głośno, dysząc ze zmęczenia.
Wbiegła do biblioteki, prosto w gardziel ciemności. Nie miała śmiałości, by wejść na piętro. Znalazła czytelniczy kącik i otworzyła książkę. Szybko znalazła fragment, na którym ostatnio przerwała i ze zdziwieniem odkryła, że do przeczytania zostało niewiele. Gdyby nie gorączka, z pewnością zareagowałaby zgrozą na to odkrycie. Jednak teraz szukała ostatnich stron, wiedząc o tym, że przeznaczenie musi się dopełnić; trzeba tylko przeczytać książkę, nie mniej, nie więcej.
I znów uspokajała się powoli, zachłannie połykając kolejne zdania. Czytała o wypadku rodziców, dalej o swojej rozpaczy i wyprowadzce. Potem strony nie dawały jej niczego intrygującego, więc pomijała większe opisy, szukając wciąż tego, co istotne. Czego – sama nie wiedziała. Niektóre wydarzenia były po prostu ważniejsze. Gorączka nie ustępowała, ale też nie atakowała zacieklej, puls się uspokoił i teraz z zadowoleniem wsłuchiwała sie we własne ciało. Wszystko to zaczęło przypominać jej harmonijną grę – muzykę, którą grała orkiestra. Krew powoli, ale uparcie płynęła w jej żyłach i uderzała delikatnie o zastawki. Płuca aranżowały swoją melodię i właściwie każdy układ stanowił odrębność, ale zarazem całość, grając zgodnie swój marsz.
Dotarła do fragmentu o śnie, który nawiedził ją zaledwie przed dwoma godzinami i pod palcami wyczuła, że zbliża się do końca książki. Dopiero teraz przeszedł ją dreszcz strachu. Zerknęła na schody, ale zobaczyła tylko pustkę. Wzięła głęboki oddech, gotowa poznać tajemnicę. Mierzyła się ze sobą jeszcze przez chwilę, po czym znowu zagłębiła się w lekturze. Pochyliła przed świecącym lustrem głowę, a włosy spadły na jej ramiona. Czytała o biegu do biblioteki, niezmiernie dziwiąc się temu, że mówiła do siebie.
- Musiałam mieć wysoką temperaturę – mruknęła w ciemną przestrzeń.
- Miałaś – odezwał się spokojny głos.
Krzyknęła, obracając się ku schodom. Poznała go. Siedział w kapturze, a jego oczy spoglądały na nią badawczo.
- Nie doczytałam książki – zaprotestowała, sparaliżowana jego widokiem.
- Mogę ci ją doczytać – powiedział.
Zszedł z ostatnich stopni i stanął przed nią w swobodnej pozie. Wyglądał jak wtedy: luźna bluza, kaptur. W jego źrenicach widziała obojętność, ale też pewne zacięcie, z którym drapieżnik patrzy na ofiarę. Nie lękał się tego spotkania. Czyli nic się nie zmieniło, nadal mogliby obserwować chmury?
- Doczytaj historię, skoro tego chcesz – wyszeptał gardłowo.
Usiadła przed zwierciadłem i zaczęła czytać, lecz nieustannie czuła jego wzrok. Rozpraszał ją. Zmusiła się do lektury i czuła, że to naprawdę koniec, tym razem stąd nie ucieknie – zostały dwie strony.
Zerkała na niego kątem oka. Usiadł na schodach i wyprostował nogi. Oparł łokieć na wyższym stopniu i przyglądał się jej z tą samą nieustępliwością, podpierając głowę chudą ręką.
Bała się. Czytała o nim, ale książka opowiadała tylko fabułę, strony milczały o historii zła. Było jej nieswojo, oddychała płytko i rzadko. Musiał to czuć, bo uśmiechnął się i lęk wypełnił całe pomieszczenie.
- Nie udawaj, że wciąż czytasz przedostatnią stronę. Przerzuć kartkę, już dawno to przeczytałaś – usłyszała.
Wiedział wszystko, nie było sensu się spierać. Drżącą ręką ujęła chropowatą kartkę i odsłoniła ostatnią stronę. Był na niej jeszcze fragment o trzęsących się dłoniach i płytkim oddechu, a potem ostatni akapit: „Nie spodziewała się, że wyjdzie żywa z biblioteki. Kto do niej wszedł i postanowił przeczytać o swoim losie, musiał w niej pozostać. Zamknęła oczy i weszła do lustra. Pozostała tam aż do śmierci”.
Ta wiadomość ją zaskoczyła, nie zrozumiała jej. Bezwiednie zamknęła oczy, jakby nie miała wpływu na dalsze wydarzenia. Nieprzyjemnie zakręciło jej się w głowie i już patrzyła w stronę schodów srebrzystymi oczami, spoglądając to na zło, to na książkę, którą przed chwilą widziała z perspektywy fotela.
- Zawsze chciałem, żebyś miała srebrne oczy – powiedziało zło, siadając naprzeciw lustra.

Ewa Popławska

 

Przeczytaj też u nas wcześniejsze opowiadania E. Popławskiej : „Wojna domowa” oraz „Ostatnia godzina Waldemara Lewińskiego”, a także zapis jej sztuki „Homme fatal”