Notatki na marginesach (24)

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: czwartek, 01, sierpień 2019 Drukuj E-mail

Bartosz Suwiński

KOTLINA. LIPIEŃ

1.
Idziemy z Jankiem na spacer, nad Nysę Kłodzką. Upalnie. Towarzyszy nam B. i R. Ten drugi opowiada obszernie o Barszczu Sosnowskiego, gęsto zasiewającym się na łąkach, który jest rośliną pastewną, w Polsce (w przeciwieństwie do Syberii) ma duże stężenie toksyn, ludzi parzy, a zwierzęta przechodzą obok niego obojętnie. A mi się wydaje, że wygląda okazale: dwie, trzy białe korony, postura rosłego mężczyzny, można powiedzieć: palma północy. Zostawmy to. Polna droga, położony na plecach kret. Łapki kurczą się w upale. Sarni gnat w krzakach, równo rozszarpany wzdłuż tętnic, jakby wilcza robota. Muchy nad ścierwem. I za chwilę, krowa na łańcuchu, a za nią byk, tarasujący nam drogę. Dzwon. I dzwon. Kilku ludzi spieszących się na mszę. Nagrobek, który wam odsłaniam w ostatniej chwili.

2.
Ulewa. Grad. I wejście w zapach po burzy. I trwanie w nim. Nieokreślone, niedopowiedziane, niesłychane. Janek: „Pała, mapa, pogoda, dynia, basen, koła, jaja”.

3.
Na uboczu. Nikt się do niej nie garnie, nikt się do niej nie rodzi. Zbliża się tylko, kiedy odchodzisz.

4.
Padający deszcz łagodnie zajmuje się spojrzeniem. Przychodzi z tamtego światła i z tutejszego powietrza. Nie jest mi obojętny, bo stale wobec mnie otwarty. Chciałbym doświadczać go jak liść. Nie widzieć przesunięć słońca, nie wiedzieć, że od niego zależą nasze cienie. Deszcz wpisuje się w powietrze, należy bardziej do niego, czy do oddechu? Czy w przewalających się chmurach, znajdujesz jakieś znaczenie?

5.
Niewyraźne chmury. Nieostre, męczące wzrok. Trznadel z czereśni na wiśnie. Mężczyzna na ogródkach działkowych, plecami do nas, odchodzi w resztę dnia. Chmara ptaków zrywa się na nasze kroki. Kot z myszą w pysku przedziera się z gęstwiny. Ogon kolebie się przy skokach w dal, mysz jest giętka, faluje po obu stronach wąsów. Janek: „Mama, tata, jedzenie, ryba”.

6.
Niedziela. Ludzie wychodzą z kościoła, a my patrzymy na martwą orzechówkę złożoną na chodniku.

7.
Pcham wózek po łące, ciężko mi, dużo przejrzałego. Płoszymy niechcący dwa derkacze. Łuszczyny rzepaku lichutkie. Pojedyncze lny. Krwawnik. Barwinek. Imiona nie potrzebują przymiotników. Rzeczowniki wystarczająco je zawstydzają. Im bardziej się oddalamy, tym bardziej utrzymujemy ten widok w ryzach. Janku, patrz, to kruche wisi na twoim włosku. Miej to na oku.

8.
Ile jeszcze drogi jest we mnie? Ile zakrętów? Ile długich prostych? Jedziemy przez cmentarz. Przystajemy. Janek zamyślony. Jakby czas zwolnił obrót na jego tęczówkach. Twarze na nagrobkach nie zatrzymają życia, synu. Schowajmy się w tych zapiskach, a słowniki nasze niech nie próbują. Miłość to myślenie za pomocą tych samych słów. A jeszcze bardziej: tego między innymi.

9.
Im dalej jesteś od ludzi, tym więcej świata w tobie mieszka. Jeżeli świat nie żyje w tobie, nie wiele wiesz o życiu w świecie. Kiedy słyszysz uderzenie stali o mosiądz, dzwon nie bije dla ciebie. Jutro też będzie dziś. Tylko zapomnij o przeoczonych ptakach, wypowiedzianych słowach. Czai się wiele głosów. Musisz tylko zechcieć na jakiś odpowiedzieć, jeszcze inny wziąć, traktować jak swój.

10.
Mazurek na jabłonce, na najbardziej wysuniętej ku niebu, gałęzi. Myszołów zwyczajny na snopku, w oddali lis. Dziesięć cytrynków na glinianej wypustce. Kreślimy koło. Za płotem słychać: „Tomi! Tomi! Tomi! Kurwa idziesz, czy nie?”. Kolejne gospodarstwo i dziewięć jałówek. B., mówi: „Instrumentem, który zainicjował metal jest dzwon”. I chwilę pozostajemy przy dźwiękach otwierających pierwszą płytę Black Sabbath. B., to mnich, z przykrością opuszczający swoją gawrę. Człowiek przenikliwy, duch poszukujący swojego dzwonu. Cisza z nim waży. Milczenie ma swoją wymowę. Lubię go słuchać, i włóczyć się wspólnie okolicznymi polami. Dziś idziemy już drugą godzinę. Zdążył spaść deszcz, pogonił nas pies. B.: „Siła i intencja woli decyduje o znaczeniu. Rzeczywistość ugniata się słowami na siłę”. Cisza w nim waży. Mój przyjaciel mówi, i nie wiem, czy dostrzegł mężczyznę iskającego kurę, lotki zbierające się pod jaworem? B: „Moich oczu nie zatrzymam na żadnej niegodziwości”.

11.
Wypada zacząć leśne seminarium. Od przyjaciela, któremu mgielnie patrzy z oczu. Od limby w Starkowie. Pokrzywno – owce uciekają na nasz widok, zostają dzwoneczki. W deszczu: Spalona, Długopole. Czwartego dnia idziemy z Marii Śnieżnej na Śnieżnik. Z każdym krokiem coraz więcej miejsca na człowieka w sobie. Udaje nam się pobyć w świecie, odcinając się od znanych porównań. Mamy czas pomylić ścieżki, poleżeć przy kępach jagód, znaleźć różnice między sarnimi a zajęczymi, odchodami. Skaczemy po kamieniach, przez potok. Ł., zmoczy całego buta, wpadnie w nurt. Trochę idziemy również w tym zakopanym. Byliśmy tu razem, siedemnaście lat temu, ostro prószył śnieg. Przez ten czas, mamy dla siebie słowa, torujące sobie drogę w zgiełku i zamęcie. Miejsca ciężkie od cieni, ciężkie od światła. Dobrze nam w nich. Nie stawiamy kropki. Stoimy w chmurach. A malinowe chruśniaki zostały w cieniu buków. Stąd ich nie widać. Ale oboje sięgamy po ich owoce. Nie jestem już taki pewny, że na końcu zawsze jest kac.

12.
18 lipca. Pies przydusił łapą samice kosa. Kos zleciał ze świerku na kasztanowca. Z kasztanowca na leszczynę. Z leszczyny na rajską jabłoń. I znowu pod świerk. Otoczył psa i jeszcze długo potem, jak ten ostatni raz trącił łapą martwego ptaka, niósł się jego jazgot nad ptasim truchłem, z prawym skrzydłem obranym, z lotek do żywego. Duk du d. Duk du d. Duk du d.

13.
Właśnie zaczepiłem pomyloną dziewczynę z Zabłocia przy cmentarzu w Bystrzycy. Przestraszyła się, zlękła, odskoczyła. Chciałem się tylko przywitać. Dwa kroki stąd, taka piękna dziewanna! Popołudniu P., przyjechał z siedmioletnim synem. Palimy ognisko, pijemy bimber z Podkarpacia. Przed północą szukamy jeży. „Pieniądze zawsze stracisz ale włóczykijstwa nikt ci nie odbierze”. Od biedy i gorączki, miej nas za nic. Paszkot w dużej doniczce z oleandrem. Oset i kurdybanek, to jest dopiero para!

14.
24 lipca. Ząbkowice Śląskie. Naprzeciwko kościoła pod wezwaniem św. Anny, schną w oknie dwie pary roboczych spodni. Płacząca dziewczyna przy krzywej wieży, pod obrazem matki, która ma się za nas modlić. Wilgotne oczy, rozmazany tusz, wzrok szukający pauzy. Sutki przebijające przez cienką tkaninę. Piersi od których zaczyna się patrzenie. Na ulicy Marii Konopnickiej 5, kobieta na progu, mówi nam „cześć”, szeroko odsłaniając zęby. Siwy staruszek przy Epitafium Stwosza młodszego, pyta ile Janek ma lat i mówi, że jego wnuk jest bardzo nieusłuchany i obawia się, że mu nie przejdzie. Nie spotkaliśmy żadnego martwego ptaka. Nawet w tym upale, nie tracimy żadnych okazji.

Bartosz Suwiński

 

Przeczytaj też wcześniejsze odcinki „Notatek na marginesach” B. Suwińskiego, wiersze autora w dziale 'poezja', a także w 'porcie literackim' recenzje jego tomików: Bliki (2013), Odpust (2013), Uroczysko (2014), Wyraj (2017), Bura (2019) oraz książki eseistycznej Pory poezji. Koncepcja czasu w twórczości poetyckiej Krystyny Miłobędzkiej (2017)