Knowle Asylum Halt

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: poniedziałek, 08, lipiec 2019

Małgorzata Skałbania


- Ale ja nie chciałabym mieć do czynienia z wariatami - rzekła Alicja.
- O, na to nie ma już rady - odparł Kot. - Wszyscy mamy tutaj bzika. Ja mam bzika, ty masz bzika.
- Skąd może pan wiedzieć, że ja mam bzika? - zapytała Alicja.
- Musisz mieć. Inaczej nie przyszłabyś tutaj.

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów"


Deviation Line, Linia Dewiacji, wzdłuż głębokiego wykopu pod tory doszłam do zardzewiałej, kładki. Jesienne błoto ze starych liści i odchodów końskich pokazywało zapis drogi moich poprzedników, ogierów z pobliskiej posiadłości. Przejście było wąskie, dla jeźdźców w jedną stronę. Miałam niewiele czasu, mogłam opuścić dom, w którym pracuję i mieszkam na dwie godziny dziennie, ale ciekawość dodawała mi energii do szybkiego marszu. Patrzyłam przez siatkę ochronną, umieszczoną przy zniszczonych poręczach, na szyny schowane w gęstym, dzikim lesie. W rowie mogłoby się pomieścić wiele pociągów. Wszystko wydawało się tajemnicze i jednocześnie obdarzające mnie szczególnym zaufaniem. Zczerniała latarnia ukryta od dołu pod bluszczem rzucała na mnie wiktoriańskie światło, o którym mówił kiedyś mój synek. Chciał zrozumieć noc, jej niezależność i pozycję wobec dnia. Mostek doprowadził mnie do dwóch ścieżek. Mimo porannej lektury Roberta Frosta two roads diverged in a yellow wood próbowałam iść między kolczastymi ogrodzeniami szlakiem w gąszczu paproci (wyższych ode mnie). Nie mogłam poruszać się szybko. Pomyślałam o bajce wyświetlanej na ścianie pokoju w Tychach przez magiczny diaskop. Opowieści o Jasiu, który znalazł wśród takich liści kwiat. W końcu mogłam przyznać, ilustrator lepiej znał paproć ode mnie.

Druga ścieżka była zupełnie jak te w polach pod Łańcutem. Łąka szczawiu o brunatno-czerwonych wiechach. Przede mną gospodarstwo, biały dom, płot, furtka. Wyglądało to tak, jakby most wybudowany był nad torami tylko dla kogoś kto tu mieszka. Zbliżyłam się do przejścia dzielącego footpath, do następnej części leśnego gąszczu. Tablica informacyjna: wood of Knowle, miejsce występowania rzadkiej roślinności i ptaków. Rozpoznałam na niej kowalika, (potrafi chodzić po pniach głową w dół). Kultywuje się tu tradycje ścinania drzew przy samej ziemi. Słowo Knowle zauważyłam jeszcze kilka razy w lesie na drewnianych słupach linii wysokiego napięcia. Było podpisem pod rysunkiem czarnej czaszki na żółtym tle. Starałam się uczynić nowe słowo swojskim. Podzieliłam znajome knowledge na dwie części. Postąpiłam ze słowem jak biolog z robakiem planarianem. Pozbawiłam go przedniej części ciała, głowy z mózgiem. Sprawdzałam, czy z poćwiartowanego znaczenia pojawiają się nowe. U planariana pamięć z ogona przechodzi do świeżej, następnej jego głowy. Knowle, dge nic nie znaczą, ale Knowle mogę dzielić na mniejsze części:
owl,
know,
now,
no.
Knowle nie mówi nic prócz nazwy miejsca, potwierdziła moja pani zajmująca się stopami mojej podopiecznej. Z układanek liter miałam przeczenie i twierdzenie ok, eon (wieczność lub długi okres czasu) , ow (używane do wyrażenia nagłego uczucia bólu), own, one, we.
Kiedy zaczęłam zadawać za dużo pytań, rozmówczyni nabrała podejrzeń.
- Dlaczego interesujesz się tym miejscem, jest tyle innych na świecie?
Tłumaczyłam, że mostek w lesie jest ciekawy ze względów architektonicznych.
- Tak? Z tego mostu na oczach męża pediukirzystki skoczył młody człowiek. To okropne miejsce, w którym rządzą duchy skazańców. Ludzie słyszą tam straszne odgłosy, niektórzy tego nie wytrzymują, uciekają stamtąd.
Pediukirzystka opowiadając nie przerywała sobie pracy, przecierając szmatą stopy klientki, zeskrobując zrogowaciałą skórę z pięt, obcinając i piłując paznokcie. Czynności te wykonywała delektując się przyrządzoną przeze mnie bawarką.
-Tam było wielkie getto, ciągnęła dalej, dla ludzi niechcianych przez rodziny, społeczeństwo, szaleńców i uznanych przez szaleńców za lunatyków. Tysiące bezimiennych leży pochowanych w lesie za Knowle. Chowali ich jednego na drugim. Niedawno pod Knowle powiesiła się studentka, piękna, zdolna dziewczyna. Nie chcę nawet myśleć o Knowle, radzę je omijać, stwierdziła wstając z kolan.
Powiedziała za dużo (więcej niż sąsiad, dyrygujący niedzielnym chórem, twierdził, że tam nic nie ma prócz nowego osiedla, ale wieczorem przysłał mi link o zapomnianym cmentarzu lunatyków). To było jak odkopywanie ciał w Trawnikach, ściąganie z szubienic tamtejszych wisielców, łapanie dymu, upychanie go do wysokiego komina. Pytani tam mieszkańcy o zbiorowe mogiły pomordowanych w fabryce, nie mieli pojęcia o czym mówię. Mimo że ich przodkowie z powodu smrodu palonych przez kilka miesięcy ciał, układanych w głębokich rowach opuszczali to miejsce do czasu zniknięcia cuchnącej chmury.

Wikipedia. For about a year, in 1857/58, one of the gardeners at Knowle, Henry Coe, engaged in a personal correspondence with Charles Darwin concerning horticultural matters, especially about the cultivation of kidney beans. As a result of this correspondence, Darwin became involved in a minor dispute about the legality of a patient's detention at Knowle. Following his recovery and discharge, the patient wrote to Darwin, thanking him for taking a personal interest.
To już coś, ktoś, one. Na razie bezimienny, uratowany przed psychiatrią dzięki botanice. O pośrednictwie Charlesa Darwina, zbliżeniu się do siebie tych dwóch dziedzin nauki pisałam w innym opowiadaniu. Bohaterem był wyczerpany psychicznie rektor szkoły, który za poradą doktora szukał ukojenia w studiach nad seksualnością roślin podberlińskich łąk. Wierzący głęboko w celowość wszelkiego istnienia (był piętnastym dzieckiem brandenburskiego pastora) posiadał zdolności analityczne. Dzisiaj wspominając ojca biologii kwiatów, próbującego odkodować szyfr plamek (barw i form) na płatkach (odczytywany przez zapylające je owady), spotykam się ze zdziwieniem rozmówców. Cóż, współcześni geniuszowi profesjonaliści, prócz Carla Ludwiga von Willdenowa (przyjaciela Humboldta) okrzyknęli Sprengla wariatem. Pisali o tym Janina i Władysław Szaferowie ("Kwiaty w naturze i sztuce", wydanej w 1939 roku, we Lwowie). W książce ( jedynym chyba zachowanym egzemplarzu, dostępnym w Bibliotece Uniwersytetu w Cambridge Das entdeckte Geheimnis der Natur im Bau und in der Befruchtung der Blumen można przeczytać notatki Darwina robione na marginesach.
Kto przechowuje listy Darwina do ogrodnika z Knowle?

1808, Wielka Brytania, County Asylums Act ustanowil prawo o zdrowiu psychicznym w Anglii i Walii, o kamieniach węgielnych pod publiczne azyle. Uznani za wariatów mogli być odsyłani tam z domów przymusowej pracy, z więzień lub kierowani przez lekarzy na prośby swoich rodzin.
Ośrodki, dzisiaj wiele z nich stojących w ruinie w Anglii i Stanach Zjednoczonych (Ameryka starała się podążać za nowinkami starego kontynentu), określane są przez poszukiwaczy zjawisk paranormalnych jako: massive, gigantic, innormous huge. Uczucia w tych miejscach: terrible feeling of sadness, profound alienation.
Staram się przypomnieć sobie wiktorianskiego autora opowiadania o zachłannej na spadek kobiecie, której młodsza siostra była dla niej jak Kopciuszek. W niedzielę starsza pożegnała siostrę, nakazując jej umycie podłogi po remoncie, który młodsza samotnie dla niej przeprowadziła.
-Idę do kościoła. Ty, rozumiem, nie masz ochoty. Wrócę na obiad.
Pojawiła się w towarzystwie grupy osób w białych uniformach. Wpadła do domu krzycząc:
-Ona jest niebezpieczna! Włóżcie ją w kaftan! Dajcie zastrzyk!
Kiedy bohaterka została sama w olbrzymiej willi zaczęła wypełniać swoją przestrzeń meblami, szmatami, tekturami na rzekomą podpałkę papierami, makulaturą, przedmiotami, które przeniesione z ulicy do jej domu zmienialy swoj status, stawały się jej własnością.
Podobnie jak Andy Warhol w nowojorskim domu przy East 66th Street, zwycięska spadkobierczyni co wieczór sprawdzała zamki w drzwiach pokoi. Towarzyszyły jej przy tym ogromne, agresywne psy, żywione gotowanymi głowami i koralami indyków. W ciągu dnia przed domem pasły się kozy, wielki cap atakujący obcych (uciekł raz na rynek miasteczka, przyprowadzony za rogi przez policję pod właściwy adres). W domu nie było już osoby do sprzątania, napalenia w piecach, podczas srogiej zimy pękły rury. Woda w piwnicy stała się siedliskiem szczurów, podobnie jak liczne wraki samochodów, których przybywało pod gołym niebem w ogrodzie (prowizoryczne garaże kryły inne kolekcje). Bohaterka musiała się wyprowadzić, nie było dla niej miejsca. Wynajęła pokój, za który nie mogła jednak płacić, pieniądze zajął komornik z powodu pożyczek na zakupy rupieci.
Dziewczyna zabrana kilka lat wcześniej przez służby medyczne, co z nią, wywyższoną wewnętrznie jak o sobie pisze w azylu Christine Lavant.
Nikt nie wie, co działo się naprawdę za murami przykładowego Knowle. Charlotte Mew porównuje ten stan rzeczy, mając na myśli próby percepcji na przemian dwóch światów, do ciemnej szyby:
The mad cannot see into the sane, or the sane inhabit the world of the mad. We crack jokes together, testifying to our common humanity, but we are divided from one another by dark glass. Tłum skazanych na to miejsce ludzi saddest crowd that you will ever pass, Charlotte Mew. Z dokumentacji pokazów uniwersyteckich i podręczników tego czasu możemy przypuszczać, że grzebano młodszej siostrze zakupoholiczki w głowie. Do historii psychiatrii przeszła dziewczyna przetrzymywana sześć lat w małej klatce. Gdy pozwolono jej wyjść, nie potrafiła chodzić.
Rezydenci umierali opatrzeni modlitwami na ostatnią drogę, czasem zapisywano ich w kartotekach używając ich imion i nazwisk, bywało, że tylko inicjałów.

Budynki Knowle, zgodnie z nową ustawą o zdrowiu psychicznym w Anglii, opustoszały. Po latach okazały się wciąż użyteczne dla dewelopera, który zagospodarował pustostany tworząc village Knowle. Zielone, obszerne tereny są zadbane, trawa wykoszona. Można rozkoszować się spokojem (trudno tu spotkać kogoś na ulicy) i nieskazitelną czystością. Chcąc usiąść trzeba wiedzieć o kilku ławkach w całym miasteczku. Spotkałam raz młodego knowlijczyka z czarnym pieskiem. Spacerowali wokół kościoła. Zapytałam o cmentarz, czy zna drogę.
-Cmentarz? Mieszkam tu, ale nigdy tam nie byłem. Słyszałem coś o nim.
Mam kilka minut na szkic mostu w powrotnej drodze. Pewnie nikt mi nie pokaże, gdzie była piekarnia dla przetrzymywanych, pralnia, elektrownia, wieża ciśnień. Nie odpowie co się działo w piwnicach budynków z czerwonej cegły? Czy były spiżarniami? W którym miejscu ogrodnik mógł zasiać swoją fasolę? Gdzie suszono pranie? Co stało się ze stacją kolejową Knowle Asylum Halt, gdzie wysiadały osoby idące do pracy?
Innym razem promienie między starymi drzewami prowadziły mnie do skupiska schowanych nawet tu budynków. Szpital. Jest jeszcze resztka z czasów Oskara Wilde'a, kiedy brat jego tutora, pisarza Waltera Patera, objął tu stanowisko doktora. Klatki dla spacerowiczów. Pacjenci mogą oglądać ogromny ogród, zieloną pustkę z altaną, w której zrobiłam szkic ich wiktoriańskich okien. Wracając spłoszyłam grupę sarenek. Miały dla siebie olbrzymią, wolną przestrzeń. Pomyślałam o wiktoriańskiej obsesji świeżego powietrza i bucie ściskanym przez pewnego lunatyka (umierając zaczął ściągać buty). Wracałam obok placu budowy, olbrzymie wiertło wkręcało się w ziemię.

Małgorzata Skałbania

 

Przeczytaj też u nas inne teksty M. Skałbani, w tym wiersze (dział ‘poezja’), a w ‘porcie literackim’ recenzje jej zbiorów pt. Szmuctytuł (2015), Ćwirko (2016), Che barbaro momento (2017) oraz Skruchowi (2018)