Dworzanin na pełnym morzu

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: niedziela, 23, czerwiec 2019 Drukuj E-mail

Jacek Klimżyński

W słownikach biograficznych i w encyklopediach z reguły występują obok siebie. Jeśli bywają odnotowani w opracowaniach historycznoliterackich, to częściej Andrzej. W szkicach marynistycznych Andrzej występuje sam. Prawie rówieśni stryjeczni bracia - Andrzej (ok. 1565 - ok. 1608) i Piotr (1569 - 1649) Zbylitowscy herbu Strzemię, ten drugi szczodrze wyróżniony długowiecznością. Obydwaj sposobieni do karier dworskich, obydwaj wyjawiający ambicje literackie.

Mierząc ich rangę twórczą 19-wieczna "Encyklopedia powszechna" Orgelbranda suchą wzmianką mocno sprawę gmatwa. Andrzeja nazywa poetą, Piotra zaś zdolnym wierszopisem. Pozwoliło to jej ustalić, że „dzieła jego wyższe talentem i treścią od dzieł poprzedzającego są”. Wierszopis więc bierze górę nad poetą. Jednakże - jak czytamy dalej - obydwaj należeli „do licznego zastępu tych szlachetnych rymotwórców, którzy wykształceni na literaturze starożytnej i obeznani z utworami Kochanowskiego, rozwijali w formie wierszowej swe polityczne, obyczajowe i społeczne poglądy, wznosząc się niekiedy na prawdziwe poetyczne stanowisko.”

Bliżej naszych czasów karesy słabną i bywa surowiej. Aleksander Bruckner w „Dziejach Literatury...” z początku 20. w. Piotra ledwie wzmiankuje, że „jego satyra bezzębna, moralizująca, nie tykała wcale polityki, anarchii (...). zwracała się głównie przeciw zniewieściałości swawolnej młodzieży, odwykającej od bojów, przeciw wymyślnym modom, które jakieś cudzoziemki urobiły z dawnych Polek, przeciw opilstwu.”
Andrzeja zaś „jedynie gładkość wysłowienia ratuje”, bowiem uprawia „poezję głównie dworacką; powinszowania koronacji i zwycięstw, pieśni na śluby i pogrzeby”.
Kilka tytułów potwierdza tę opinię - „Epitalamium na wesele Jana Dulskiego i Anny Herburtówny”, „Witanie króla nowego Zygmunta Trzeciego”, „Pisanie satyrów puszcz litewskich do Anny królewny szwedzkiej o łowach w Białowieżach” czy „Na krzciny Najjaśniejszemu Władysławowi IV królowi polskiemu i szwedzkiemu”.
Pretensje badacza idą dalej - „forma i mowa nadzwyczaj gładka, nieznośna jednak jest mieszanina całego mitologicznego balastu, bez którego poeta i kroku nie zrobi”, a jeszcze dalej - „konwencjonalnego balastu mitologicznego Zbylitowski, ojciec tego bezsmaku, nie rzucił nawet wtedy, gdy dworacka poezja ze służbą dworską niezbyt mu się opłaciła i gdy zacisze wiejskie opiewał w „Żywocie szlachcica na wsi” i w „Wieśniaku”.
Bruckner nie szczędzi przygany nawet „Drodze do Szwecyjej najmożniejszego w północnych krainach Pana Zygmunta III Polskiego i Szwedzkiego Króla w roku 1594 odprawionej...” i choć nazywa ją epopeją, stwierdza, że jest „całkiem dworska, wychwala i zaleca dworzan”.

Mniej więcej w tym samym czasie pracując nad swym fundamentalnym dziełem „Historia literatury niepodległej Polski” (1908) Ignacy Chrzanowski Zbylitowskich zupełnie pominął. Trudno przypuszczać, że przez przeoczenie. Pozycja polityczna obydwóch i liczba opublikowanych utworów czyniła ich w swojej epoce raczej popularnymi. Zresztą edytor pierwszego powojennego wydania w 1971 r. dzieła Chrzanowskiego Jan Zygmunt Jakubowski w swojej „Literaturze od średniowiecza do pozytywizmu” (1974) kwituje obecność obydwu Zbylitowskich sześciozdaniową informacją, a tom liczy stron 836.

Lekki refleks uznania walorów dorobku literackiego panów Zbylitowskich, choć z odmiennych powodów, dostrzegamy w opracowaniach Juliana Krzyżanowskiego z lat trzydziestych 20 w. Oceniając poematy Piotra jako „artystycznie niższe”, przyznaje im wyższość nad dziełami Andrzeja z racji „bogactwa szczegółów, ciętości uwag satyrycznych i dużej dozy zdrowego rozsądku”. Andrzeja zaś chwali za „nałożenie nieco barw własnej inwencji na schemat łaciński” przy tłumaczeniu fragmentów „Actaeon” z „Metamorfoz” Owidiusza.
Cóż z tego, skoro po 30 latach z okładem okaże się w jego „Dziejach literatury polskiej” (1969), że Andrzej Zbylitowski to zaledwie „ruchliwy literat”, „o dużej sprawności pisarskiej”, któremu „nie udało się wyjść poza starannie szlifowane wiersze o nikłej tematyce, niejednokrotnie panegiryczno-dworskiej”. Zaciekawia tutaj kategoria badawcza - ruchliwy literat. Nie wiadomo do końca, czy chodzi o skłonność do przemieszczania się, nadużywanie gestu, czy szczególny rodzaj temperamentu. Może zresztą wszystko razem, choć pewności nie ma.

Tak więc kilka pokoleń czytelników przełomu 19. i pierwszej połowy 20. wieku zgłębiających historię literatury polskiej tkwi w przeświadczeniu o zdecydowanie marginalnym charakterze twórczości Andrzeja Zbylitowskiego, dla którego osłodą może być opinia jako „o pływającym na fali tradycji odziedziczonej po Kochanowskim”. Ujmy to jednak nie przynosi. O epizodzie morskim zaś tu i ówdzie ledwie mała wzmianka sygnowana tytułem utworu, i to w skróconej formie.
Jeśli już Julian Krzyżanowski „Morską nawigacyję do Lubeka” Marcina Borzymowskiego wraz z powstałą wówczas literaturą scharakteryzuje tymi słowy - „wszystkie te utwory nadużywają świętego imienia poezji, kulawym rytmem i nieporządnym rymem odstraszając dzisiejszego czytelnika od lektury rzeczy ciekawych, choć odstręczających niedołęstwem szaty zewnętrznej”, to powstałej przeszło pół wieku wcześniej „Drogi do Szwecyjej” nawet nie wspomni.
O utwór ten upomną się, wiedzeni w nowych warunkach historyczną potrzebą szukania związku naszej kultury z morzem, popularyzatorzy literatury drugiej połowy 20. wieku, a prof. Edward Kotarski, stosując metodę naukowej analizy, przypisze dziełu Zbylitowskiego cechy homerycko-wergiliańskiego modelu epopei. Opinia ta sytuuje dzieło o wiele wyżej, niż czyniono to dotychczas, a na osobowość i możliwości autora każe spojrzeć inaczej. Genezy pomysłu trudno bowiem szukać w inspiracji poezją Jana Kochanowskiego. Mistrz Czarnolasu przecież podobnym gatunkiem literackim nas nie obdarował.

Popuszczając wodze fantazji można by szukać genezy utworu w inspiracji królewskiej, bo rzeczywiście dzieło Zbylitowskiego wiąże się z losami monarchy. Rzecz miała jednak początek po trosze z przypadku. Andrzej Zbylitowski po studiach w kraju i za granicą przyjął służbę na dworze Stefana Batorego w r. 1585. Nie mógł przewidzieć rychłej śmierci monarchy (1586 r.), którą stosownie do swoich obowiązków dworskich i talentu opłakał podniosłym epitafium. Nie mógł także przewidzieć, że latem 1587 r. królem Rzeczypospolitej obrany zostanie zaledwie 21-letni Zygmunt III Waza. Jagiellon po kądzieli, któremu niestety nie polska korona lśniła spełnieniem marzeń. Przyjął ją jednak godnie, a choć miał opinię władcy obowiązkowego i pracowitego, to przejmując we władanie silne europejskie mocarstwo, zostawił je w chwili śmierci po 45 latach panowania w stanie regresu. W chwili obejmowania władzy mógł imponować dworzanom wykształceniem na Zachodzie i obytym z europejskim stylem życia dworskiego. W ubiorze upodobał sobie modę hiszpańską, nosił krótko przystrzyżone wąsy i brodę. W korespondencji posługiwał się dobrą niemczyzną, ale na mowę powitalną w Krakowie odpowiedział językiem wyuczonym przez matkę - Katarzynę Jagiellonkę. Ujął tym serca poddanych rozmiłowanych w polszczyźnie.
Zbylitowski po obiorze zamorskiego władcy natychmiast odnalazł się w swojej roli i poświęcił monarsze (prawie rówieśnikowi) pieśń pochwalną „Witanie Króla nowego Zygmunta Trzeciego”. Musiał dobrze czuć się w otoczeniu dworskim, a swoje powinności spełniać nader udanie, skoro w roku 1592 dostąpił tytułu trunkczaszego, a więc stolnika nadwornego.

Śmierć ojca polskiego władcy, króla Szwecji Jana III jesienią 1592 r., otworzyła Zygmuntowi III drogę do wyśnionego tronu szwedzkiego. Polska wiązała z tym faktem spore nadzieje, gdyż perspektywa zbliżenia ze Szwecją rysowała możliwość powrotu do realizacji programu morskiego, nakreślonego jeszcze przez Zygmunta Augusta, a zaniechanego po jego śmierci. Sejm w maju 1593 r. przyzwolił monarsze wyjazd ”na rok” dla rozwiązania problemów z sukcesją (dodajmy - niemałych) i koronację.
Problemy logistyczne komplikowały sformowanie zamorskiej ekspedycji. Choć w sierpniu król wypłynął Wisłą z Warszawy do Gdańska, to tutaj nastąpiła miesięczna przerwa na skompletowanie floty do przetransportowania do Szwecji 3-tysięcznej asysty króla. Floty obcych bander, na koszt Rzeczypospolitej, która własnej floty nie miała, a Szwecja na przejazd swego króla ani floty, ani pieniędzy nie użyczyła. Orszak dotarł do Sztokholmu 10 października.
Będąc z racji urzędu uczestnikiem tej właśnie wyprawy, Andrzej Zbylitowski do swych obowiązków twórczych przystąpił z czytelnym planem. Nie włączył się w szereg uczestników tych wydarzeń, którzy - jak Wacław Kiełczewski, również dworzanin królewski, czy ksiądz Jan Gałczyński będący sekretarzem królewskim (obok innych rozlicznych funkcji kościelnych) - spisali relacje z podróży. Istnieje również kilka przykładów korespondencji uczestników wyprawy królewskiej do Szwecji, którzy na bieżąco informują swoich mocodawców w kraju na temat wielorakich kwestii wynikających z wyprawy, a dotyczących spraw politycznych, społecznych, gospodarczych, religijnych, a nawet obyczajowych.

Z punktu wiedzenia marynistyki zaledwie dwie relacje dotyczyły samego rejsu, w tym relacja Wacława Kiełczewskiego. Bałtyk jesienią pokazuje dość gwałtowne właściwości. Nie było inaczej w czasie wyprawy królewskiej. Choć z Gdańska flotylla wypłynęła w dniu „cudnym i spokojnym”, to „przed wieczorem samym przypadła wielka nawałność na morzu”. Dość, że król musiał pozostać kilka dni na Helu. Żaglowce zostały rozproszone przez sztorm, część z nich uległa awarii, część krążyła po morzu w oczekiwaniu na pozostałe, aby przed wpłynięciem do Sztokholmu sformować odpowiedni randze wyprawy szyk. Miało to trwać wiele tygodni.

Tego rodzaju perypetie interesowały Andrzeja Zbylitowskiego w stopniu ograniczonym. Obmyślił formę dzieła stosowną do rangi wydarzenia. Dał temu wyraz na karcie tytułowej dzieła. Miało ono podkreślić wielkość majestatu „najmożniejszego w krainach północnych Pana”. Jego Wysokość raczył podjąć trud podróży dla spełnienia woli przyjęcia korony szwedzkiej. Żadne trudy podróży nie były w stanie zakłócić jej doniosłości. Tym bardziej że wokół działy się rzeczy wyraźnie zbieżne ze znanymi poecie wydarzeniami w świecie antycznym, w mitach greckich i rzymskich, w świecie klasyczno-humanistycznych przekonań. Na cóż by się zdało jego doskonałe wykształcenie, gdyby nie dostrzegł odbicia bieżących wydarzeń w wielkiej literaturze antyku, w „Eneidzie” Wergiliusza korzeniami sięgającej epopei Homera. Właśnie w niej zaklęta była zasada przenikania się dwóch światów. Świata bogów i świata bohaterów. Równolegle. Doniosłość koronacji, ale i zamorskiej podróży musi mieć źródło w zdarzeniach mitologicznych, musi mieć motywację mitologiczną, na pewno jest odbiciem tamtych zdarzeń. Wprawdzie dotyczy spraw ludzkich, ale jakże ważnych.
Wytworny erudyta nie mógł pozwolić sobie na strywializowanie dzieła oddaniem jedynie nastroju grozy nawałności morskich. A czymże są te nawałności wobec potęgi majestatu władcy. Mający poparcie bogów jest zawsze bezpieczny.

Jako mieszkaniec głębokiego lądu poeta doznań estetycznych w kontakcie z morzem, takim morzem, nie doświadczył. Powściągnął jednak niemiłe wrażenia. Grozę żywiołu uwidocznił zaledwie w trzech fragmentach ksiąg II i IV dzieła. Ekspresyjne lamenty nad losem człowieka rzuconego na pastwę wiatru i fal morskich zupełnie nie mieściły się w planie twórczym Zbylitowskiego. Byłyby dysonansem w wielkim tonie dzieła wywiedzionego z tradycji antyku.

Stąd też raczej pobłażliwego spojrzenia wymagają rozliczne pretensje do Zbylitowskiego, że w jego dziele „pod nawałem motywów mitologicznych nie widać autentycznego morza, na które przecież bezpośrednio patrzył” (B. Miazgowski). Albo że „obraz Bałtyku w utworze został do śmieszności zniekształcony dodatkami z mitologii antycznej”, a sam utwór „hołduje modzie baroku” (L. Prorok). No cóż, morze się widzi, jakie jest, a mody innej pewnie wówczas nie było.
Z tym większą wdzięcznością należy odnieść się do trudu edytorskiego prof. Edwarda Kotarskiego, który w r. 1973 wydał tom „Trzy podróże” (Wydawnictwo Morskie Gdańsk), w którym nadał kierunek badawczy dziełu Andrzeja Zbylitowskiego, bynajmniej nie sytuując twórcy na wyżynach talentu poetyckiego.

Sam poeta opuścił dwór królewski w roku 1597 i osiadł na dobrach rodowych w Zbylitowskiej Górze nad Dunajcem. Przed zbyt wczesną śmiercią zdążył jeszcze wydać poematy sielskie - „Żywot szlachcica na wsi” (1597) i „Wieśniak” (1600). Czy był jeszcze kiedykolwiek nad morzem - nie wiadomo. Chyba nie miał takiej potrzeby.

Jacek Klimżyński

 

Przeczytaj też w dziale „eseje i szkice” inne teksty J. Klimżyńskiego o tematyce historycznej i morskiej