Malowana lala

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: środa, 29, maj 2019 Drukuj E-mail

Jerzy Żelazny

Nigdy nie przypuszczałem, że będę pisać o Karin Stanek, ale czasem się raptem i nachalnie przypomina przeszłość, domaga się, żeby powspominać i utrwalić. Nie czuję się mocny w muzyce popularnej. Słuchać też wolę poważną, wielkich mistrzów. Karin Stanek była piosenkarką w pewnym okresie dość popularną, ale znajmy miarę – niezbyt wybitną. Odeszła osiem lat temu. Jej popularność, która tak wspaniale rozkwitła w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, mocno przygasła. Przeminęła moda na muzykę, którą uprawiała, zapewne też wskutek emigracji do Niemiec.
Karin Stanek była kimś, której piosenki wypełniały kawałek mego życia. Fajnego życia, mimo że były to czasy peerelu. Cóż, młodość zawsze budzi miłe wspomnienia. Była symbolem bigbitu, jej piosenki wyrażały ducha tamtych czasów.

Kiedy objawiła się Karin Stanek, miałem już za sobą olśnienia popkulturą – był to przede wszystkim jazz. Wczesna młodość upłynęła mi pod znakiem Petersburskiego, Szpilmana, w radio grała orkiestra taneczna Cajmera; nawet było takie powiedzenie: „Grają, jak Cajmer po północy”, co znaczyło źle, bez polotu, z kulawym rytmem. Oczywiście królowała też muzyka ludowa – Sygietyński ze swym „Mazowszem”, orkiestra Dzierżanowskiego i wiele innych... I muzyka poważna. Słuchanie jej należało do dobrego tonu, gdyż moje aspiracje kulturalne sięgały wyżej niż kultura popularna.

W połowie lat pięćdziesiątych bujnie rozwijał się jazz, nawet na prowincji. Ten nowy rytm był niejako wyczekiwany. Za pośrednictwem zachodnich rozgłośni radiowych docierały wcześniej jego zakazane melodie, słuchane jednak skrycie. Na estradach jazz w pełni rozkwitł w okresie przełomu październikowego 1956 roku. Mnie szaleństwo jazzu dopadło podczas studiów. I bunt przeciwko preferowanym przez oficjalną politykę kulturalną formom muzycznym.

Wracając do Karin Stanek - to już nieco inna epoka, późniejsza, czasy królowania bigbitu. Objawiła się ta dziewczyna z kitkami i gitarą chyba w 1962 roku, więc dla dzisiejszych nastolatków w czasach zamierzchłych, czasach młodości ich babć i dziadków. Piosenką, która wzbudziła zachwyt i zyskała popularność i była jej estradowym debiutem, to Jimmy Joe. Nazywano ją „rokendrolówą”, chociaż szaleństwo rock and rolla już przemijało, a parkiety w klubach, w świetlicach domów wczasowych, w lokalach, zaczął opanowywać twist – nowy taniec, nowy rytm, a niezwykłą popularność zyskała Malowana lala, piosenka Karin Stanek. To taniec dość łatwy, jego głównym elementem, to poruszanie biodrami w rytm melodii. Szczególnie panie upodobały sobie owe dość prowokacyjne rytmiczne ewolucje tyłkiem, co jest zrozumiałe. A Malowana lala nadawała się do tego jak żadna inna piosenka.

Stanek występująca z nieodłączną gitarą wpisała się w upodobania młodzieży w tamtych czasach. Piosenkę Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą lubię sobie zanucić jeszcze dzisiaj w sentymentalnych chwilach. I jakoś przylgnęły do mej pamięci wersy z wiersza Andrzeja Bursy Ja chciałbym być poetą:
I fuk mu cała dyscyplina
Tylko gitara i dziewczyna,
I złote gwiazdy liczyć...
To było modne - nosić gitarę, brzdąkać na niej gdzieś w parku, siedząc na ławce, w holu dworcowym, na przystanku autobusowym... Nawet gdy się znało zaledwie kilka akordów, liczył się szpan. Wkrótce włóczęgę po kraju z gitarą spopularyzował bard tamtych czasów, pisarz i poeta Edward Stachura.

Jedziemy autostopem to też piosenka Karin Stanek, która oddawała pasje tamtych czasów. Bo jeżdżono wówczas autostopem, zwiedzając uroki ludowej ojczyzny, a władza do tych podróży nawet zachęcała – sformalizowano ten ruch, wydając specjalne książeczki autostopowicza – wyrywało się z niej kupony, rozdając kierowcom, którzy zabierali z pobocza objuczonych plecakami młodych ludzi. Potem te kupony brały udział w losowaniu nagród. Znałem kierowcę, który wylosował nagrodę w postaci puszki szynki Hamm. W tamtych czasach to była atrakcyjna nagroda. Autostopowiczom towarzyszyła piosenka Karin Stanek:
Auto stop, auto stop,
Siadaj bracie, dalej hop!
Rusza wóz, będzie wiózł…
Oczywiście nie każdy kierowca zabierał autostopowiczów, sporo było takich, którzy woleli za podwiezienie wziąć niewielką kwotę, czyli od „łebka”. Umowną taksą była tak zwana „dycha”. Przydała się w drodze na kanapkę, kawę... Wielu kierowców na „łebkach” dorabiało, ci więc nie znosili autostopowiczów, lubili czasem pogonić wyczekujących na poboczu drogi.

Moda na autostop przeminęła i pewnie nie wróci. Jak, sądzę, nie wróci moda na piosenki Karin Stanek. Próbowała to zrobić na początku lat dziewięćdziesiątych - po powrocie do Polski w 1991 (wyjechała z kraju w 1976 r.) ruszyła w trasę koncertową po Polsce. Nie odniosła sukcesu – jej piosenki, przekraczające kolejne granice peerelowskiego świata, były związane z tamtym czasem, nie mogły znaleźć uznania pokolenia wyrosłego w innych czasach, w odmiennej kulturze. To tylko tacy jak ja czasem wspomną dziewczynę niewielkiego wzrostu, z warkoczykami i gitarą, śpiewającą mocnym głosem:
O Jimmy Joe, ja kocham ciebie,
O Jimmy Joe, ty o tym wiesz...

Kiedyś, może w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, siedziałem w kawiarence domu kultury w Sławnie, w którym pracowałem, czekając na koncert w wykonaniu znanego wówczas zespołu Czerwono-Czarni. Ktoś mnie raptem uderzył w plecy ( po schabach – jak to się mówiło później) i woła: - Jak się masz, Jurku! - Podnoszę głowę – to Maciek Kossowski, już wtedy dość popularny piosenkarz i trębacz. Związał się wówczas z zespołem Czerwono-Czarni, z nimi ruszał w trasy koncertowe. Podobnie jak Karin Stanek. Chciał mnie jej przedstawić, ale ja wymigałem się od tej rozmowy – nie lubię zawierać znajomości z osobami, którym nie mam nic ciekawego do powiedzenia ani od nich nie oczekuję żadnych mądrości. I nie imponuje mi uścisk dłoni z kimś znanym oraz kilka zdawkowych słów. Oczywiście są od tego wyjątki, na przykład cieszyłem się z takiego uścisku i kilku zdawkowych słów wymienionych z Witoldem Małcużyńskim (był w Koszalinie w latach siedemdziesiątych), ale to był pianista światowej sławy, a Karin Stanek krajową gwiazdką.

Z Maciejem Kossowskim znałem się ze studiów – przez krótki czas byliśmy na jednym roku polonistyki na UMK w Toruniu. I jest poniekąd moim krajanem, pochodzi bowiem z Grudziądza, z którym jestem związany rodzinnie – na tamtejszym cmentarzu spoczywają moi rodzice. Nasze wspólne studiowanie nie trwało długo – Maciej gdzieś przepadł. Potem zobaczyłem go w telewizji, śpiewającego jego popularną piosenkę Dwudziestolatki:
Ja mam dwadzieścia lat
Ty masz dwadzieścia lat
Przed nami siódme nieba...
W towarzystwie Maćka Kossowskiego poznałem i polubiłem jazz, o czym wspomniałem na początku. Był Maciek członkiem jazz-bandu, do którego należeli głównie studenci UMK. Koncertowali w klubie studenckim, organizowali jam session, na których słuchaliśmy jazzowych improwizacji przez całe noce - szczególnie bluesy,... To była druga połowa lat pięćdziesiątych, po przełomie październikowym, odrzuceniu stalinizmu. Jazz wyrażał chyba najdobitniej radość z powiewu wolności, wprawdzie ograniczonej, ale w porównaniu z poprzednim okresem, jednak znaczącym.

Maciek Kossowski wówczas nie śpiewał, grał na trąbce. Gdy nadeszła moda na rock and roll, wyruszyli na koncerty do pobliskich miast, a ja z nimi jako konferansjer. I opowiadający dowcipy. Wtedy łatwo się opowiadało dowcipy polityczne, bo każda aluzja do władzy, zwłaszcza do naszego wschodniego sąsiada, wywoływała śmiech i huragan braw. Tyle że czuwała cenzura. Pamiętam, że w jednym z miast na Kujawach odważyłem się wygłosić dowcipy, które zostały zakwestionowane przez cenzurę, sądząc, że nikt tego nie zauważy. Przeliczyłem się – miejscowy cenzor siedział na sali i po koncercie zjawił się za kulisami, grożąc mi oddaniem sprawy do prokuratura. Przyrzekłem, że już nigdy... I jakoś mi się upiekło. Podobno lubił ten urzędnik studentów.

Oczywiście nie pamiętam tych dowcipów. Jedyne, co przechowuje moja pamięć, to urywki z monologu pt. „Striptiz-bal”. W tamtym czasie zaczynał być modny striptiz. Oczywiście w Toruniu, mieście dość pruderyjnym, nikt się nie odważył pokazać nagości na scenie, nie te czasy. By denerwować solidnych mieszczan robiliśmy różne dowcipy na ten temat, grzeczne z natury. Na przykład na wierzch parawanu wyrzucaliśmy damską bieliznę z majkami włącznie, sugerując, że za parawanem jakaś piękność rozbiera się do naga. Potem parawan odsłaniano, za nim stał szkielet człowieka wypożyczony z uniwersyteckiej pracowni anatomicznej. Pamiętam, że w owym monologu o striptizie wypowiadałem takie slogany, które były parodią haseł politycznych: Naprzód wiara do striptisa, wiwat Odra Nysa! Albo: Hej, rodacy, zamiast stonki, tępmy gatki i jesionki. Dzisiaj wyglądają nieciekawie, ale w tamtym czasie, brzmiały całkiem inaczej, były satyrą wywołującą śmiech.

To sobie powspominałem. Cóż, ja już tak mam - sentymentalny ze mnie gość. To może na koniec zanucę sobie jedną z najpopularniejszych piosenek Maćka Kossowskiego pt. Wakacje z blondynką:
To była blondynka
ten kolor włosów tak zwą
sprawiły, że miałem
wakacje koloru blond...

Jerzy Żelazny

 

Przeczytaj też u nas inne teksty J. Żelaznego, a także recenzje jego książek: Duchy polanowskich wzgórz (2006), Ptaki Świętej Góry (2010), Za wcześnie do nieba (2010), 19 bułeczek (2011), Fatałaszki (2013), Tango we mgle (2014), Kichający słoń (2018), Trzynasta (2018)