Cygańskie życie to raj...

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: czwartek, 09, maj 2019 Drukuj E-mail

Jerzy Żelazny

Opadnie z nas ciemność / i nieczystość serc. / I żyć będziemy pięknie / jak ludzie. // Ale zapłaczą starzy Cyganie / przypomną dawny czas / i lasy, i rzeki, / i góry, i ognie. // Ich serca jak kamienie: / w lesie wyrosły / i skamieniały.

Ten wiersz Papuszy, romskiej poetki (Bronisławy Wajs) noszę w pamięci z dawnych lat. Niegdyś urzekła mnie ich prostota, tkwiący w nich oddech lasu, wyboistej drogi… Teraz w maju, gdy z okna mego mieszkania spoglądam na smugę lasu, przypomina mi się zdarzenie z dzieciństwa. Miałem pewnie cztery a może już pięć lat, był początek maja, kilka cygańskich wozów jechało drogą, która oddzielała wiejskie pola od lasu i niknęła w jego cienistej głębi. Ten piaszczysty trakt budził moją ciekawość, dopytywałem się dorosłych, dokąd prowadzi, gdzie można nim dojechać. Odpowiedzi były zbywające, nijak nie potrafiłem wyobrazić sobie, dokąd można zajść tą drogą. I wówczas powiedziałem do mamy, pobiegnę za Cyganami, dowiem się, dokąd zaprowadzi ich ta droga. A mama westchnęła, rzekła, też bym chętnie rzuciła wszystko w czorty i poszła za nimi… Ale zaraz się opamiętała, wołając, synku, co ty, Cyganie wzięliby cię z sobą, już byś tu nie wrócił…

W dzieciństwie, gdy coś zbroiłem, straszono mnie Cyganką. Pewnie nie tylko mnie, taka była moda - starsi grozili: oddam cię Cygance, zabierze do ciemnego lasu, wsadzi do klatki... Pamiętam, że lekceważyłem te groźby. Czyżbym pomyślał: po co jestem potrzebny Cyganom, mają dosyć własnych dzieci, które trzeba nakarmić, przypilnować. Chyba jednak nie byłem aż tak przemądrzały, raczej perspektywa wędrowania z taborem cygańskim, nawet przez ciemny las, była dla dzieciaka atrakcyjna. Jednak jakiś lęk był we mnie obecny, bo gdy pojawiał się Cygan domokrążca handlujący różnymi własnymi wyrobami, głównie patelniami, a ich wyrób był cygańską specjalnością, raczej trzymałem się z daleka, chociaż zawartość wora, który dźwigał na plecach, budziła ciekawość. Domokrążcy towarzyszyła Cyganka oferująca, zwłaszcza kobietom, wróżenie z kart lub z ręki. Mówili we wsi, że trzeba na nią uważać, bo lubi coś zwędzić: jajka, kurę albo pęto kiełbasy lub poleć słoniny wiszące w spiżarni. Nikt jej jednak na kradzieży nie przyłapał.

Cygańskie życie to raj, Cyganie ty buzi daj. O daj, o daj, twych ust słodkich jak miód... A dalej był mowa o spełnieniu się cudu, a ten cud, to mieć za męża Cygana. W pamięci kołaczą mi słowa tej sentymentalnej piosenki, którą zapamiętałem z lat chłopięcych - śpiewała ją wraz z koleżankami moja starsza siostra. Zresztą nuciła i inne piosenki, jak popularną, zaczynającą się od słów: Zagraj mi piękny Cyganie..., albo śpiewaną dzisiaj chętnie na rodzinnych lub koleżeńskich biesiadach Hej, tam pod lasem, o Cyganach rozpalających ogień. W tej piosence są słowa mówiące, że: Cygan nie sieje, Cygan nie orze, gdzie spojrzy, tam jego zboże...
Ten sentymentalny obraz beztroskiego życia Cyganów trwa w piosence, w literaturze, jest podtrzymywany przez zespoły artystyczne, utrwalające romski folklor, i tak chętnie przez nas oglądany i słuchany. I co tu ukrywać - jest barwny, żywy, a nazwa Romowie w tym kontekście obca, nie pasująca do nastroju. Ta kultura przystaje do naszych marzeń o beztroskim włóczeniu się po świecie, bo tak opisywano Romów, zwłaszcza w czasie, kiedy powszechnie mówiono Cyganie. I dzisiaj chętniej używamy jej niż tej nowszej, politycznie poprawnej. Nawet mój komputer, gdy piszę słowo Romowie podkreśla jako nieznane, natomiast słowo Cyganie uznaje, że jest w porządku. Trudno zresztą znaleźć hasło Romowie w starszych słownikach i encyklopediach, natomiast pełno jest słów Cygan i pokrewnych, mających różne znaczenia.

Przez całe życie spotykałem Cyganów, przepraszam: Romów. Z większym ich skupiskiem zetknąłem się w Słupsku - pracowałem tam w szkole, w pobliżu której przy jednej z ulic zamieszkiwali Romowie w dość marnych domach, przymuszani przez ówczesne władze do osiadłego trybu życia. Ulicą tą chodziłem codziennie do śródmieścia Słupska i mogłem się napatrzyć na dość nędzne życie tej społeczności - to romantyczne postrzeganie Romów musiałem zweryfikować. I nie przypominam sobie, żeby romskie dzieci uczęszczały do szkoły, w której pracowałem, chociaż ta ulica przynależała do jej rejonu szkolnego.
Spotykałem Romów przygrywających w lokalach. Lubiłem tych wędrownych grajków i wspominam z sentymentem. Nawet zdarzenie w Słupsku - siedząc z dziewczyną w kawiarni, grającemu nam rzewne kawałki cygańskiemu skrzypkowi dałem, chcąc się pokazać, ostatnie dwadzieścia złotych. Na drugi dzień nie miałem na obiad.

Swego czasu jechałem pociągiem z Koszalina do Człuchowa z przesiadką w Białogardzie. Oczekując na pociąg, usiadłem na ławce na pobliskim skwerku. Zjawiła się Cyganka, oferując mi wróżenie. Nie chciałem skorzystać, ale nie ustąpiła, kusząc, że powie, co mnie czeka w najbliższym czasie. Dla zachęty powiedziała, że wkrótce zmienię pracę. To mnie zaciekawiło, bo właśnie jechałem, by omówić warunki pracy w nowym miejscu. Dodała: powiem jak się pan nazywa. - No, jak? - zapytałem, a ona: - Co pan, przecież nie znam. Daj pan dwa złote na chleb dla dziecka. – Dałem pięć, dwa złote wówczas zdaje się kosztowało małe piwo.

W Człuchowie pełniłem funkcję kierownika Wydziału Kultury w Powiatowej Radzie Narodowej. Do moich obowiązków należało między innymi wydawanie zezwoleń na wszelkie imprezy na terenie powiatu. Oczywiście to była formalność bez znaczenia, zespoły musiały posiadać zezwolenie wyższej władzy. Jednego dnia zjawił się u mnie Rom (brzmi to niezdarnie), chciał, żebym wydał mu zezwolenie na granie na skrzypcach w miejscowych lokalach gastronomicznych. Oczywiście, nie mogłem wydać, gdyż takich uprawnień nie posiadałem. Ale Rom nie ustąpił - prosił, błagał, grał mi w biurze na skrzypcach, nawet płakał... Nie potrafiłem go się pozbyć, napisałem więc pisemko, że Wydział Kultury PPRN zezwala na występy w lokalach na terenie powiatu. Dla Cygana wszelki papier z urzędową pieczątką jest ważny, cenny. Może to dalekie echo glejtu, jaki wydał na zamku spiskim przybyłym do Europy Romom cesarz Zygmunt Luksemburski (1366-1437), a glejt ten uprawniał ich do pobytu na Węgrzech, w Czechach, Niemczech - okazywali go, gdy chciano ich wypędzić z danej miejscowości.

Tym moim papierkiem ów Cygan uwiarygodniał swe prawo do przygrywania konsumentom w restauracji. Pech chciał, że wcinał tam schabowego z zasmażaną kapustą miejscowy szef prokuratury powiatowej. Wezwał mnie i postawił proste pytanie: na postawie jakiego przepisu prawa napisałem owo nieszczęsne oświadczenie. Wyznałem, ubarwiając opowieść, że napisałem ten papierek, by się pozbyć Cygana. Prokurator nie zrobił z tego sprawy, nawet mego szefa nie powiadomił, uśmiał się jedynie.

Z Romami przyjaźniłem się, pracując w Sławnie - wiele rodzin mieszkało w pobliżu domu kultury, którego byłem szefem. Przychodzili oglądać telewizję, założyliśmy zespół, do którego należały romskie dziewczęta, program pomagała opracować pani Janina Łagodzicz (była instruktorem teatralnym w Sianowie i Koszalinie. I duszę miała trochę cygańską.) Młodzi Romowie wespół z polskimi chłopakami grali na gitarach, śpiewali. Moim dobrym znajomym był Rom, który usiłował reprezentować sławieńską społeczność romską wobec władz administracyjnych. Władze nie uznawały go jako przedstawiciela Romów, a mnie upomniano, abym go nie traktował jako zwierzchnika Romów. Kiedy spotykaliśmy się na ulicy, mówiłem: - Cześć, panie Cygan, a on odpowiadał: - Cześć, panie Polak. Wymieniając zdawkowe uwagi, ściskaliśmy swe dłonie, rozstając się w przyjaźni. To były lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku.

W połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy współpracowałem z jedną z koszalińskich gazet, postanowiłem napisać reportaż o życiu Romów mieszkających w Sławnie. Odwiedziłem znajomego, który kiedyś w zespole rockowym w sławieńskim domu kultury grał na gitarze i śpiewał. Na początku naszej rozmowy zastrzegł, że jeśli użyję nazwy Cygan, uzna to jako obrazę. Odwiedziłem również Roma, który kiedyś przewodził sławieńskiej społeczności romskiej. Nie był zainteresowany rozmową, lecz usiłował namówić mnie na kupno radia przywiezionego z Zachodu.

Kilka razy spotkałem sławieńsko-słupskich Romów w Warszawie, którzy grywali do słuchu w kawiarniach w Śródmieściu, a w nich przesiadywałem podczas pobytu w stolicy, oczekując na popołudniowe i wieczorne przedstawienia w teatrach, bo teatr kiedyś był moją pasją. Poznawszy mnie, znajomy skrzypek nie podszedł, by prosić o datek, co mnie trochę zasmuciło. Z ich strony to była solidarność ludzi pochodzących z tej samej miejscowości. Kiedyś wybawili mnie z nie lada kłopotu. Otóż jednego razu podczas powrotu z Warszawy na Dworcu Wschodnim z przerażeniem stwierdziłem, że nie mam pieniędzy na bilet. Zawsze trzymałem w rezerwie odpowiednią kwotę na kupno biletu powrotnego oraz skromną sumkę, by spędzić część podróży w wagonie restauracyjnym. Bo uwielbiałem podróżować popijając kawę i inne napoje, również te rozweselające. I nigdy się nie dowiedziałem, co się stało z tymi pieniędzmi - czy wyciągnął mi kieszonkowiec, zgubiłem albo zagapiłem się i wydałem na przyjemnostki. Wygrzebałem z kieszeni jakieś drobiazgi, starczyło na szklankę herbaty. Siedząc w dworcowym barze, zastawiałem się, co robić? Raptem spostrzegłem wchodzących Romów, tych grywających w kawiarniach. Wśród nich ze Sławna. Dzielili się zarobionymi pieniędzmi. Podszedłem do znajomego, wołano na niego chyba Kucy, powiedziałem, że zostałem okradziony, w co uwierzył bez zastrzeżeń. Ba, dopytywał się, ile mi buchnięto. Poratował mnie pożyczką odpowiedniej kwoty - nie tylko na bilet, ale również na spędzenie czasu w wagonie restauracyjnym. Oddałem na drugi dzień. Oddałem z nawiązką w postaci kilku piw, które wycyganił (sic!) ode mnie w zamian za pożyczkę.

Chętnie sięgam po wiersze Papuszy. Na podstawie jej tomiku „ Pieśni mówione”, który ukazał się w 1973 r. w tłumaczeniu oczywiście Jerzego Ficowskiego, odkrywcy talentu Papuszy, przygotowałem monodram, który scenicznie zrealizowała pod moim kierunkiem Roma ( sic!), a właściwie Romualda B., pracująca wówczas w Domu Kultury w Sławnie. To było dawno, koniec lat siedemdziesiątych poprzedniego wieku. Realizacja była ciekawa, jednak nie oddawała istoty tych wierszy - zachwytu lasem, łopotem liści, szmerem potoków. I trudnej do uchwycenia temu, kto nie przeżył tęsknoty za wędrówką, turkotem wozów taboru, płonącymi ogniskami... Fragmenty tych wierszy tkwią w mej pamięci, czasem sobie je przypominam, ot, choćby ten, który cytowałem na początku oraz następujący:
W lesie wyrosłam jak złoty krzak,
w cygańskim namiocie zrodzona,
do borowika podobna.
Jak własne serce kocham ogień.
Wiatry wielkie i małe
wykołysały Cyganeczkę
i w świat pognały daleko…
Deszcze łzy mi obmywały,
Słońce, mój ojciec cygański złoty,
ogrzewało mnie
i pięknie opaliło mi serce.

Dziś już prawdziwych Cyganów nie ma, bo czy warto po świecie się tłuc… - śpiewa Maryla Rodowicz. We mnie wciąż drzemie nabyty w dzieciństwie, utrwalony dzięki wierszom Papuszy, romantyzm życia tego niegdyś wędrownego ludu. Dlatego tak chętnie oglądam występy romskich zespołów artystycznych, a zwłaszcza doroczny festiwal kultury romskiej w Ciechocinku.
Kulturą Romów był zafascynowany mój przyjaciel, nieodżałowanej pamięci Ryszard Ulicki, polityk i poeta. Pisał dla nich teksty piosenek, miał tytuł honorowy romskiego wójta bodajże, nadany mu przez społeczność romską. Ten autor tekstu popularnej piosenki „Kolorowe jarmarki” bywał honorowym gościem na ciechocińskim festiwalu kultury Romów.
Mógłbym dłużej opowiadać o moich kontaktach z Romami. Nie wszystkie były tak przyjazne i miłe, ale to wyjątki.

Jerzy Żelazny

 


Przeczytaj też u nas inne teksty J. Żelaznego, a także recenzje jego książek: Duchy polanowskich wzgórz (2006), Ptaki Świętej Góry (2010), Za wcześnie do nieba (2010), 19 bułeczek (2011), Fatałaszki (2013), Tango we mgle (2014), Kichający słoń (2018), Trzynasta (2018)