Ostatnia godzina Waldemara Lewińskiego

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: poniedziałek, 06, maj 2019 Drukuj E-mail

Ewa Popławska

Waldemar Lewiński był świadomy tego, że wkrótce umrze. Dławiący kaszel nie ustępował. Leżał na łóżku spocony, a ciemny pokój zdawał się go pochłaniać. Na stoliku wesoło migotał płomień świecy, pozostawionej przez kuzynkę Alinę. Od dwudziestu lat żyła w tym samym domu, wśród zakurzonych woluminów i ponurych, dębowych mebli ze sterczącymi sękami. Przypuszczalnie wcale jej się to nie podobało i po stokroć wolałaby zamienić gorzkie staropanieństwo na gwarny dom. Teraz znikała częściej, niż zwykle, więc Waldemar czuł się samotny.
Spojrzał na stary, stojący zegar. Jasna tarcza uśmiechnęła się przekornie i wskazówka znów przeskoczyła, powoli odmierzając czas konającego. Gdyby Waldemar był zdrowy, z pewnością spojrzałby z furią na zegar, zacisnął pięści i wysyczał przez zęby jakąś obelgę. Tym razem bał się jednak, że mówienie może mu zaszkodzić. Nade wszystko bał się kolejnego ataku kaszlu. Po ostatnim Alina weszła do pokoju - milcząca jak nigdy wcześniej - w skupieniu ściągając zakrwawioną poszwę. Przyniosła świeżą i powlokła nią kołdrę. Przyjemny zapach krochmalu musnął powonienie Waldemara. Uśmiechnął się nieznacznie, pocieszony wiernością kuzynki.
Teraz jednak Aliny nie było w pokoju, a on został sam na sam z widmem śmierci. Jej nadejścia bał się równie mocno, co kolejnego ataku. Suchoty przeżarły jego płuca i choć miewał lepsze lub gorsze epizody, nigdy wcześniej nie było tak źle. Rozluźnił dłoń, mocno trzymającą prześcieradło i poczuł, że chwila bezwiednego spoczynku poraziła go paroksyzmem strachu. „Rozluźniają uścisk ci, którzy odchodzą” – przemknęła paniczna myśl i na powrót zacisnął palce.
Znów spojrzał na zegar. Było przed jedenastą. Chciał przyspieszyć czas, to znów cofnąć, ale wskazówki nic sobie z tego nie robiły. Przeciwnie, konsekwentnie odmierzały kolejne minuty i w końcu wybiła pełna godzina.

Waldemar zamknął oczy i znów się przeraził - tym razem ciemnością i własną niemocą. Jednak przyniosło mu to ulgę. Nie chciał już widzieć świata, jeśli mógł przynieść mu tylko te same, powtarzające się obrazy; jeśli nie miał do zaoferowania niczego nowego, a zewsząd zionęła przestrzeń nicości.
Usłyszał chrobot, obwieszczający przybycie Aliny. Drzwi lekko się uchyliły i – ku wielkiemu zdumieniu Waldemara – w drzwiach stanął jego przyjaciel, Lucjusz Koska.
- Nie trudź się mówieniem – zagadnął przybyły na wstępie, po czym wszedł do pokoju, cicho zamykając drzwi.
Lucjusz był wciąż przystojny, choć już niemłody. Gdy przysunął taboret i usiadł u wezgłowia chorego, Waldemar przyjrzał mu się w nikłym świetle dogasającej świecy. Koska miał pogodną i szczerą twarz. Można było poznać, że często się w życiu uśmiechał. Zdradzały to kurze łapki i niewielkie zmarszczki wokół ust. A liczył tyle lat, co Waldemar, czyli trzydzieści dziewięć - choć zawsze wyglądał zdrowiej i młodziej. Przygładził włosy dużą dłonią, po czym ze współczuciem spojrzał na chorego. Ostatnio nieczęsto go odwiedzał.
- Alina musi bardzo o ciebie dbać – zaczął, wskazując na wykrochmaloną pościel – przyniosłem jej kwiaty, a tobie butelkę wódki. Pewnie spytasz, po co ci teraz wódka. Odpowiem za ciebie – będziemy rozmawiać. To znaczy ja będę mówił, a ty będziesz słuchał. Ja będę pił, a ty będziesz patrzył. Bo jest kilka rzeczy, mój najdroższy przyjacielu, których musisz wysłuchać. Inaczej stąd nie odejdę.
Waldemar skinął nieznacznie głową i zachrypiał.
- Nie trudź się, przyjacielu – Lucjusz troskliwie poprawił Waldemarowi poduszkę – jest jedenasta, a to najlepsza godzina na spowiedź.
Leżący zmarszczył brwi. Mógłby oczywiście zerwać się z łóżka i wypluć wraz z krwią wszystkie oskarżenia, na jakie przyszła mu ochota, lecz milczał. Gorączka trawiła jego wymęczone ciało.
- Przepraszam, że nie zaglądałem ostatnio do ciebie, mój przyjacielu. Wiem, że gniewasz się na mnie. Myślisz, że zostawiłem cię w chorobie, ale to nieprawda. W głębi swojego pięknego serca wiesz o tym. Nie przychodziłem, bo miałem masę spraw, regulowałem długi, płaciłem rachunki za wyrządzone szkody i pojedynki. Bo ja się pojedynkowałem, także za ciebie. Pan Szemierski nazwał cię w mojej obecności łachudrą i nędznym bawidamkiem; jakże nie pomścić?!
- Wygrałeś chociaż? – wyszeptał Waldemar.
- Wygrałem – przyznał Lucjusz – choć Szemierski to doświadczone bydlę i ma nie byle jakie przyłożenie.
Waldemar uśmiechnął się nieznacznie. Obecność przyjaciela uspokajała go, choć równocześnie pozbawiała sił. Zamknął oczy i wsłuchał się w głos Lucjusza.
- Wiesz co? Ja się za was wszystkich biłem. Ostatnim razem za ciebie – powiedział beztrosko i nalał sobie wódki – biłem się za zwariowanego Walentego i szalonego Wincentego. W obronie godności Kaśki, Baśki i Małgośki. Jeszcze pięć lat temu miałem stale wycelowaną lufę.
Lucjusz upił setkę i nalał sobie kolejną. Twarz mu pojaśniała, jakby coś sobie przypomniał.
- Waldusiu, pamiętasz jak wyglądały drzewa, gdyśmy podróżowali razem? A na Kujawach rosną takie rzadkie sosny i trawa jest przesuszona. A na południu tyle świerków! Na północy wysokie sosny pną się przed klifami. Wszędzie inaczej, wszędzie ciekawie. I pamiętasz, Walduś, te nasze podróże, te przygody?
Waldemar wzruszył się na to wspomnienie, aż zwilgotniały mu oczy. Przecież już nigdy tego nie zobaczy.
- A pamiętasz, łachudro – ciągnął Lucjusz – te panny jak malowane? A Zosię pamiętasz?
Pytanie spłoszyło Waldemara; nieznacznie odchrząknął. Lucjusz od piętnastu lat nie wspominał Zosi. Nie mówił o niej wcale, jakby zapomniał, że istniała. Ale przecież rzeczywiście była, chodziła po kraju taka osoba, dreptała tymi samymi drogami, co oni. Chodziła, chodziła, aż zmarła.
- Zosia to był taki ptaszek, taki wróbelek – Lucjusz wychylił kolejną setkę – ale bardzo piękny. I byłaby moja, choć mi ją podebrałeś… Moją narzeczoną!
Słuchający zapatrzył się w sufit. Milczał. Nie dlatego, że bał się duszącego kaszlu, po prostu nie chciał mówić o Zosi.
- Ja tam do ciebie urazy nie żywię i nie żywiłem – dodał Lucjusz – bo zawsze byłeś dobrym przyjacielem i kawał drogi ze sobą przebyliśmy, w różnych sytuacjach siebie nazwajem widzieliśmy. Tak jak w tej karczmie, gdy ci pożyczyłem pieniądze, byś kupił nam bilety i jedzenie, a tyś je przegrał w karty, bo poszedłeś do karczmy, żeby chlać wódę. Już wtedy z Zosią łaziłeś.
Waldemar zarumienił się jeszcze bardziej. Lucjusz nigdy nie rozmawiał z nim na ten temat. „Czyżby gorączka mąciła mi zdrowy rozsądek? To niemożliwe, że Lucjusz siedzi tutaj, spokojnie pije wódkę i mówi o dawnych żalach, o których nigdy choćby słowem się nie zająknął”. Nowa fala potu zalała jego czoło.
- Spokojnie, kochany przyjacielu – ton głosu Lucjusza zmienił się na lżejszy – ja tam urazy do ciebie nie żywię, tylko chciałem powiedzieć, że Zosia mnie nadal kochała.
- Mnie też… – z trudem wychrypiał Waldemar.
- Szukasz zwady nawet w takim stanie, Waldusiu. Niedobrze, bo ja przyszedłem pojednać się i wyspowiadać.
- Wyspowiadać…? Przede mną…?
- Tak – Lucjusz wrócił do poważnego tonu. – Żywy przed konającym. Zdrowy przed chorym. Pijany przed trzeźwym.
Pokój zawirował i Waldemar jeszcze mocniej ścisnął prześcieradło. Zegar wybił jedenastą trzydzieści.
- Wiedz, Waldusiu, że ja urazy nie żywię, bo cię kocham jak rodzonego brata. Kiedy już będziesz jedną nogą w piekle, bo jestem pewien, że trafisz właśnie do piekła, wówczas diabły będą kłaniać ci się w pas. Tak się będą kłaniać, że aż zadźwięczą o posadzki ich niemieckie szable. Te szabelki, co je będą mieć przy boku. A ja tu zostanę i będę się śmiał. Bo mi narzeczoną podebrałeś piętnaście lat temu i z tej zgryzoty zmarła. Bo mój majątek grosz po groszu przepijałeś i w karty przegrywałeś. Wiedz, Waldek, że właśnie nadchodzi moja zapłata i teraz ja się będę śmiać, a nie ty. Piętnaście lat siedziałem cicho, gdy ty rechotałeś po karczmach, chichotałeś w ramionach egzotycznych kurew. Byłem poważny i pozwalałem ci na wszystko, bo cię kocham jak brata. Ale teraz przychodzi ci płacić, teraz nadchodzi taka godzina, że ja się będę śmiać, a ty nareszcie spoważniejesz.
Waldemar zachrypiał ciężko, czując w ustach smak krwi. Jakby tchawicę przygniótł kamień. Począł roić sobie, że to ręce Lucjusza zwarły się na jego gardle. Jednak Lucjusz siedział niewzruszenie. Pił, spokojnie obserwując konwulsyjne ruchy przyjaciela.
- Martwi mnie, że tak się męczysz, Walduś. Lecz jeszcze nie skończyłem spowiedzi. Chcę ją zrobić za ciebie, bo ty nie masz sił. Zosia, Zosia... – zadumał się nagle – co to była za dziewczyna! Skromna i dobra, zadziorna i uprzejma. Pięknie tańczyła i umiała rysować. To rzadkość, że dziewczę rysuje. Malowała takie kwiatki na płótnie i rysikiem zdobiła puste kartki. Zostały mi po niej te malowanki, bo prawdziwe róże zwiędły lata temu.
Lucjusz odsunął kieliszek. Chwycił butelkę za szyjkę i głęboko przechylił. Spojrzał na Waldemara ze wzruszeniem. Jego przyjaciel jakby trochę się uspokoił, tylko z oddechem było coś nie tak. Z kącika ust poczęła wypływać mu krew.
- Walduś, jeszcze musisz poczekać. Zaraz skończę, ale daj mi jeszcze trochę czasu... A więc Zosia – zadumał się – to nieprawda, że odeszła przez wadę serca, Walduś. Wierutna bzdura. Sam nie wierzyłeś w to, co usłyszałem od ciebie pewnej nocy o dwunastej... Młode, zdrowe kobiety nie umierają z powodu wad serca, nie, Walduś. Zabiły ją twoje przygody w karczmach, hulanki i fakt, że została mi zabrana. Bo wiedz, że mnie też kochała, choć wybrała ciebie. Trudny to musiał być wybór.
Zegar pokazywał za pięć dwunastą. Waldemar Lewiński dyszał, trawiony gorączką, ledwo świadomy tego, co się dzieje dookoła. Jeszcze przed godziną leżał niespokojnie, ale czujnie. Teraz wszystkie zmysły zdawały się go opuszczać.
- Niedobre to dla twoich uszu, ja wiem – kontynuował Lucjusz – lecz przyznaj, doprowadziłeś mnie prawie do bankructwa, zniszczyłeś moją jedyną miłość. Ja żyłem sobie poważnie i na boku, czekając tylko na dzisiaj, na tę chwilę, od której uciekałeś w ramiona kobiet, w karty i alkohol. I dalej mienię się twoim przyjacielem aż po grób, urazy nie chowam, ale wiedz, że nieładnie postępowałeś, Walduś. Stąd ta moja spowiedź, której nie masz zamiaru słuchać, bo jest prawdziwa, a ty zawsze uciekałeś od prawdy. Chciałeś się bawić i ja to w pewnym sensie rozumiem, ale nie można się bawić kosztem przyjaciela… Dlatego dzisiaj spowiadam się za ciebie i oczyszczam cię w swoim imieniu. Nie mam ci niczego za złe, bo żegnam cię na zawsze. Ty zaraz prędko na dół zjedziesz, kochany przyjacielu. Dlatego właśnie odpuszczam ci i żegnam…
Wybiła dwunasta. Waldemar szamotał się przez chwilę. Próbował coś jeszcze powiedzieć, ale niemoc i plwociny zatkały mu gardło. Lucjusz słuchał charczącego przyjaciela. Co chciał wykrzyczeć Waldemar, tego już się nie dowiedział.

Ewa Popławska


Przeczytaj też u nas opowiadanie E. Popławskiej „Wojna domowa” oraz zapis jej sztuki „Homme fatal”

Ewa Popławska – urodzona w Słupsku (rocznik 1994), absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Gdańskim. Studentka filologii polskiej. Autorka powieści Anita (2017). Miłośniczka literatury, języka węgierskiego i skoków narciarskich.