Czekam*

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: sobota, 06, kwiecień 2019

Jerzy Żelazny

Dojrzałem tę nieszczęsną drogę – przecinając pola, gnając wśród dojrzewających zbóż, niknęła za przyprószonym mgliście horyzontem; stałem na jej skraju, a mój cień trącał łodygi ziela rosnącego na poboczu, przytłumił obłoczek kurzu, który wymknął się spod moich stóp, przeturlał się w przydrożne ziele. Ktoś mówił, głos kobiety, musisz zdjąć buty, proszę, wypada iść na bosaka. Poznałem, mamo, to ty? Skąd się wzięłaś na tej drodze? To ja ją śnię, parszywa droga, ale moja, taką wybrałem, muszę dojść do kresu. By spełnić prośbę mamy, starałem się rozwiązać sznurowadła, a ona mówiła, czekałam na ciebie, synku, by cię zachęcić, bo już nadszedł czas, przypatrz się, twój cień niknie, pospiesz się, bo całkiem wchłoną go koleiny drogi znaczone konnymi wozami, pobiegnij na bosaka jak niegdyś, lubiłam ci się przyglądać, gdy biegłeś boso piaszczystą drogą albo ścieżką wśród zbóż, a ta droga jest w sam raz, żeby po niej na bosaka… Ależ mamo, po tej drodze turla się zło, zaczaja się i czeka, by zaatakować jak ten krasnoarmiejec, uderzył mnie, wywróciłem się, straciłem przytomność, a gdy się ocknąłem, zobaczyłem, że leży na mej siostrzyczce Małgosi, a ona jęczała… To nie ta droga, Zbychu, do tamtej stąd daleko w przestrzeni i w czasie; miałeś wówczas dwanaście lat, chwyciłeś karabin ruskiego sołdata i go kolbą w głowę, osunął się nieprzytomny, a ty pomogłeś podnieść się Małgosi, uciekliście ścieżką przez las do wuja Jetki w Skarlinie, drżałeś ze strachu, bojąc, że się po ciebie przyjdą, zabiłem go, powtarzałeś jak tego kurczaczka niechcący dwa dni wcześniej…

Nie udało mi się z rozwiązać sznurowadeł, mama nie poczekała, weszła między zboże, jej siwe włosy igrały z promieniami słońca, wołając, pospiesz się synku, czekam… Przypomniałem sobie, że trzeba włączyć telewizor, w kraju zapowiadano uliczne manifestacje, protesty, byłem ciekaw, czy się wezmą za łby… Zdążyłem jeszcze pomyśleć, niechby wreszcie polała się krew, wyrosły szubienice, wielu za nimi tęskni, sądzą bowiem, że one sprawią, iż będzie sprawiedliwiej. Mnie już nie będzie, więc się nie obawiam, że jedna z nich dla mnie zostanie przeznaczona…

Usiadłem, przetarłem oczy, sen prysnął, ale cień po nim pozostał; pilot leżał na nocnym stoliku, włączyłem moją ulubioną stację - o tej godzinie nadawali informacje o pogodzie, mogłem wprawdzie wyjrzeć przez okno, by zobaczyć, czy jest słonecznie, a może mży deszcz lub włóczą się mgły, ale ufam informacjom podawanym w mediach, są bogatsze niż to, co widać przez okno. Jednakże zamiast wiadomości o pogodzie, ujrzałem na ekranie twarz Zbyszka, mojego dociągającego do trzydziestki wnuka. Podniósł na powitanie rękę, uśmiechnął się, powiedział, cześć dziadku, jak się czujesz, dobrze?, to świetnie, jadę do ciebie, już jestem niedaleko, wyjdź przed dom, czekaj… Cóż to za wygłupy, żebyś do mnie gadał z ekranu telewizora, chciałem poznać prognozę pogody, zamierzam bowiem iść nad rzekę, popatrzeć na jaskry, kwitną na łące, od kilku dni się tam wybieram, ale brakuję mi odwagi, od patrzenia na jaskry bolą oczy, a ty mogłeś zadzwonić, dać znać, włączyłbym skype, jeśli chciałeś się pochwalić swą starannie ogoloną brodą, zwykle jesteś obrośnięty, wyglądasz niechlujnie, pogadalibyśmy, i skąd wiedziałeś, że włączę akurat ten kanał… Och, Zbychu, wnuk zwrócił się do mnie po imieniu, wiem o tobie dużo, muszę znać twe upodobania, skoro piszę o tobie książkę, to powiedziawszy, zniknął z ekranu; ujrzałem natomiast - Herbert von Karajan dyrygował Berliner Philharmoniker, brzmiała V Symfonia Beethovena. Pomyślałem, zadzwonię do Hipolita, może mi wyjaśni, jakim sposobem ukazał mi się w telewizorze wnuk, Hipolit zwykle objaśniał mi rzeczy lub zjawiska, które były dla mnie niepojęte, senną zagadką, a tłumaczenie mi rzeczy albo zdarzeń niezrozumiałych było poniekąd jego obowiązkiem jako starszego brata, ale gdy wziąłem do ręki telefon, opamiętałem się, przecież Hipolit nie żyje, osiem lat go już nie ma. Zaraz, on był ode mnie osiem lat starszy, czyli mam tyle lat, ile on, gdy odszedł… Odszedł, dokąd? Któż to wie?...

Zamierzałem teraz włączyć telewizor naprawdę, a nie we śnie, i posłuchać V Symfonii, ale skoro mam wyjść przed dom, Zbyszek to zasugerował, poza tym czy nadają o tej porze V Symfonię, zwątpiłem, a Herbert von Karajan od dawna nie żyje...
Zastosowałem się do prośby wnuka, ale wpierw zjadłem śniadanie - sznytkę chleba z masłem i dżemem, popiłem herbatą, którą zaparzyłem, gdy zagotowała się woda w elektrycznym czajniku, i wyszedłem.

Siedzę, czekam; siedzę przed domem i czekam, skoro wnuk użył takiej ekstrawagancji, by zawiadomić mnie o swej do mnie jeździe za pośrednictwem popularnego kanału telewizji informacyjnej, jednej z ważniejszych telewizji, dodam, wykorzystującej do rozpowszechniania programu satelitę; czekam więc, siedzę pod drzewem, w cieniu… Nie, to pomyłka, ta telewizja nie nadaje koncertów, najwyżej jakąś migawkę, gdy chcą poinformować o koncercie albo go zareklamować. Usiadłem wygodniej, czekam. Wnuk wprawdzie prosił, bym wyszedł przed dom w moim śnie, ale sny moje od pewnego czasu zmieniają się w realność, dlatego posłuchałem. Bo czasem napada mnie dziwna myśl – życie moje staje się coraz mniej realne, lecz snem, i chichocze, że snem wariata.
Cieszę się, że nareszcie Zbyszek zdecydował się osłodzić mi moją starość ponuro kolebiącą się od świtu do nocy, a czasem nocą wyskoczy ze snu i męczy, doskwiera, drwi, natrząsa się, że tak głupio spełzło mi, przeturlało się przez nieprzyjazne wertepy, mgły i zawieruchy...

A tak mówiąc szczerze, czekam, ciągle czekam, zwykle nie wiem na co czekam, ale czekam, bywa, że uświadamiam sobie, że czekam na koniec, po którym już nie ma niczego, nawet czekania, kos już nie zaśwista, zamilknie tęsknie; a przed chwilą pogwizdywał w gałęziach kasztanowca, one wolą robić to o świcie, a świt już przeminął, ale ptak okazał się łaskawy i zaśpiewał, a gdzieś dalej zahuczał dziki gołąb, lubię te odgłosy, one umilają mój czas, a wręcz degradują warkot motorów, stukot kobiecych obcasów na trotuarze; często miewam wrażenie, że kosy przyleciały z lasu mego dzieciństwa, on był pełen ich śpiewu, przyfrunęły za mną, bywa, że w tym śpiewie słyszę skargę, opuściłeś nas, jesteśmy ci wierne, przecież lubisz nasz śpiew, a może śpiewa jeden z tych, których słuchałem o świcie w mieście, w parku, środkiem którego płynie chudy ciek wodny zwany Dzierżencinką, z dziewczyną słuchałem o imieniu Basia, lubiłem to imię, brzmiało czule i swojsko, jakbym ją ujrzał wśród wiejskich opłotków. Słuchaj, to kos, szepnęła, przytuliłem się do jej twarzy, pachniała papierosowym dymem i lemoniadą, którą piliśmy siedząc w kąciku sali, gdy znużyło nam się tańczenie walczyków i tang, chcieliśmy siedzieć obok siebie, trzymać się za ręce i pić lemoniadę. A gdy zabawa się skończyła, szedłem obok niej przez rozkwitający brzask i jeszcze uśpione miasto. Przystanęła na moście, oparła się o balustradę, pod spodem niemrawo płynęła owa rzeczka, chwytając w nurt pierwsze blaski dnia, Basia szepnęła, posłuchaj, kos przywołuje swoją ukochaną, pięknie gwiżdże. Ha, znałem śpiew kosów, słuchałem ich w lesie podczas pasionki, ale tamtego ranka zachwycił mnie ten uwity w gałęziach olch, nigdy tak wzniosłego lamentu, przecież radosnego lamentu, nie słuchałem, przejął mnie do cna, nie spostrzegłem, kiedy znikła Basia, we mgle znikła, która raptem wzniosła się z łęgów Dzierżencinki. Basia, to takie pospolite imię szeleszczące uschłą trawą, ale tamtego poranka zajaśniało słonecznie i wniknęło w moją pamięć, jeszcze tam tkwi, pozostanie na wieczność. Och, to chyba jedna z tych chwil…

Teraz lipiec, niebawem kres ich popisów śpiewaczych, w dzień już się lenią, nie chce się im świstać, tylko rankiem obwieszczają wstający dzień, gdy śpię przy otwartym oknie, budzą mnie wczesną porą, wtedy słucham ich melodii i wzdycham, bo wiem, wkrótce zamilkną, nastanie pora milczenia kosów, niedobra pora, ciemność i smutek kolebią się aż po horyzont, kraczą wrony dokuczliwie, przywołują krajobrazy zastygłe w goryczy, w oczekiwaniu na mgły, na śnieżyce, zamarznięte jeziora i kałuże, wiatr zmagający się z gałęziami drzew, zwłaszcza, gdy je mróz usztywni, ale do zimy jeszcze szmat czasu, na razie jest lipcowy ranek, a właściwie wczesne przedpołudnie, siedzę przy stole ze świerkowych desek, który rozparł się na trawniku, wokół niego kilka ogrodowych krzeseł, leżak i cień kasztanowca, a ten już nie kwitnie, lipiec, powtarzam, ciepło, ale nie upalnie, przyjemnie, w cieniu na trawie świetliste płaty, słońce zawsze znajduje prześwity w gałęziach i rozwesela zieleń trawnika; wyciągnąłem się na leżaku, kos usiadł na kalenicy dachu, o, a jednak zagwizdał, łaskawy dla mnie dzisiaj; a ja śledzę swe życie, wspominam, w przyszłość nie wybiegam, nie zaglądam, bo po co, mogę powiedzieć, że już nie mam przyszłości, takiej oczywiście, która by miała jakieś znaczenie, sens, jeszcze coś miałbym zdziałać, ale już chyba niczego w życiu nie dokonam, czegoś, co sprawiłoby mi radość, mogę jedynie opowiedzieć swe życie, właśnie w tym upatruję sens mych nadbiegających dni, pewnie mało oryginalny to zamiar, każdy staruch chce zdać sprawę ze swego kulawego życia, a może nie każdy, nie wiem, ale pewnie przytłaczająca większość, tej właśnie większości wydaje się, że posiedli jakąś mądrość albo że ich życie było wyjątkowe, pewnie w jakimś sensie było wyjątkowe, chociaż coraz bardziej się przekonuję, że wcale nie, bywa jak wiele innych, różni się w szczegółach, drobiazgach, ale może te szczegóły i drobiazgi są ważne, najważniejsze, to istota naszej odmiennej od innych egzystencji?

Jo, git… Och, to moje jo, ono mnie wiąże z przestrzenią mego dzieciństwa, ziemią pierwszą, jak mówią badacze literatury, zachowałem to jo a często powtórzone jo-jo, by dać sygnał, skąd mój ród, a to git to pożyczka od moich uczniów… No jo, git, lubię tak bezsensownie zaczynać gadkę o sobie - moje życie to trwanie w czekaniu, powtarzam się, wiem, ale to czekanie ważne, bo ciągle na coś się czeka, życie to oczekiwanie, teraz na telefon, mejla od córki, od synów, na listy nie czekam, nikt do mnie nie pisze, nawet kartki świąteczne otrzymuję przez internet, na imieniny też, i oczywiście na urodziny, dzień dziadka, to dość przykre, dzień dziadka, no! Wymyślili, głupiej już nie można, i życzenia dla dziadka mejlem, mnie to zasmuca, kartkę można dotknąć, nawet powąchać, czy nie pachnie ręką, która ją dotykała, pisząc tych kilka zdawkowych słów brzmiących zawsze mniej więcej tak samo, z kształtu liter, gdy jeszcze otrzymywałem kartki, starałem się odczytać nastrój osoby piszącej, najchętniej śledziłem falowanie uczuć córki, ona nigdy nie zapominała przysłać, gdy studiowała, do czasu wynalezienia tego diabelstwa – internetu, a nawet już po, ale jeszcze nie stał się tak powszechny, nie można było wysyłać kartek, bo jeszcze nikt tej wstrętnej usługi nie oferował, Irka pisała więc odręcznie, ja gapiłem się na literki, starając się wydedukować, jaki towarzyszył jej nastrój, śpieszyła się, a może napisanie tych kilku słów stało się dla niej, dla synów też, przykrym obowiązkiem, denerwującym, zwyczajem bez znaczenia, ustępstwem dla zachowania tradycji, obowiązkiem… Psiakość, dlaczego obowiązkiem, a nie przyjemną chęcią przesłania tego znaku łączącej nas wspólnoty miłej, wciąż tęsknionej, ba, gdy napisała byle jak, literki wychylały się w różne strony, rozkołysane, świadczyły, że się śpieszyła, by mieć to z głowy, zniecierpliwienie powykrzywiało jej staranne przecież pismo, znałem je, podziwiałem tę dbałość, w przeciwieństwie do mnie, który bazgrzę jak kura pazurem. To już przeszłość, kartka przesłana internetem nie ma żadnej osobowości, jest nieczuła, obojętna, zimna, nie lubię tych pozdrowień elektronicznych, mogłoby ich nie być, żadna różnica przysłane czy nieprzysłane, kartkę doręczaną przez listonosza można wstawić za szybę szafy, postawić na biurku, chociaż na krótko lub wetknąć między książki, mieć ją na oku, spojrzeć na nią od czasu do czasu, a nawet wziąć do ręki, wielokrotnie odczytywać te słowa banalne, powtarzające się; mają kartki trwałość fizyczną, dotykalną, życzenia przesłane mejlem, nawet elektroniczne kartki, to coś ulotnego, jedno kliknięcie i nie ma, niknie jak myśl, jak wiadomość, której się nie stara zapamiętać albo zapisać…

Siedzę więc, a zamierzałem pójść nad rzekę, na łąki nadrzeczne, jaskrom się przyjrzeć, wychylają się zalotnym żółcieniem z traw, która stara się je przytłumić, zgasić, nie dają się, jak w dzieciństwie mówiliśmy na jaskry? – boleoczy, od patrzenia bowiem na te kwiatuszki łąkowe bolały oczy aż do łzawienia… Czy rzeczywiście to się zdarzało, pewnie tak, bo gdy się w coś wierzy, to się to staje i doskwiera, byłem ciekaw, czy teraz też mnie zabolą od patrzenia na ich jaskrawość… Nie, nie pójdę nad rzekę, bo nigdzie nie chodzę, nie lubię, to taka chęć, żeby trochę połazić, ale szybko mi przemija, chociaż muszę do sklepiku, a idąc do najbliższego, staram się nie spotykać ludzi po drodze, nie lubię ich spojrzeń, bo w ich oczach współczucie albo pogarda, politowanie, no co, stary, odczytuję te słowa w ich spojrzeniach kpiarskich, spartoliłeś życie, co osiągnąłeś, nic godnego uwagi, a teraz tkwisz samotnie w tej swojej chałupie, której posiadanie zawdzięczasz komunie, sekretarzom, miałeś dla nich wzgardę, ale chałupę wziąłeś, zamiast własną zbudować od podstaw, jak twój tata, jak brat Hipolit, a tyś się połaszczył jak pies na rzucona kość; pustka wokół ciebie, nikogo nie obchodzisz, klęska całkowita, każde życie kończy się klęską, pocieszam się, ale to marna pociecha, nie satysfakcjonuje, nie ucisza.

Czekam na wnuka Zbyszka, przecież dał znać przez telewizor, że jedzie; to coś nowego, i ukazał mi się w trakcie koncertu, gdy sam Karajan dyrygował Berlińską Filharmonią, ale czy warto się dziwić, no cóż, wie, że uwielbiam V Symfonię Beethovena, wybrał więc dobry moment, a zapowiadał się kilka dni wcześniej, wtedy dzwoniąc zapewnił, da znać, kiedy dokładnie przyjedzie, chociaż nie jestem całkiem pewny, że pojawił się podczas koncertu, moje pragnienie, żeby się odezwał, było tak wielkie, mogło mi się zdawać, że go ujrzałem wśród berlińskich filharmoników. Bo to jednak nie był sen, teraz się w tym mniemaniu utwierdzam, więc co? Hipolit może umiałby wyjaśnić tę zagadkę, ba, ale...

Telefon leżący na ogrodowym stole zadrżał dźwiękiem, zaświecił się, ucichł, zgasł, całkiem niezwyczajnie zamilkł, a ja mimo to podniosłem, patrzałem na ekranik, szarość na nim, ale jakby zarys jakichś osób, ciemny, niewyraźny, ale swojski, nieobcy; przytknąłem telefon do ucha, usłyszałem głos kobiecy, czysty głos, można rzec wonny głos młodej, zapewne ładnej, chociaż już nieźle doświadczonej w miłosnych zwycięskich grach, ale jakaś nuta zgrzytnęła boleśnie przegraną utarczką: Zbyszek? Nieomal zaprzeczyłem, nie Zbyszek, lecz Zbych, ale uprzedził mnie głos męski: tak, jestem w drodze, w Słupsku się zatrzymałem, by się napić kawy, nie mogłem odegnać chęci na filiżankę kawy, siedzę w kawiarni sieciowej Columbus Coffee, sam siedzę, o, weszły dwie dziewczyny, bardzo ładne; aha, i ty się na nie gapisz, to są dziwki? O tej porze, za rano, żeby dziwki, wyglądają na licealistki, raczej studentki… Zaraz ruszam dalej, to już niedaleko… Poznałem to był głos, czyj? O psiakość, głosy mego wnuka i jego Juli, żony? No nie, nie mają ślubu, żadnego, to modne, kiedyś się mówiło, żyją na kocią łapę albo na kartę rowerową, oficjalnie to się nazywa konkubinat, teraz bardziej elegancko – związek partnerski. No i fajnie, tylko ja byłem taki głupi, ledwie sobie raz siupnęliśmy i zaraz do urzędu po małżeński glejt, a potem cichaczem do kościółka, z dyskrecją, żeby zanadto nie rozwścieczyć wierzących, lecz niepraktykujących, dbających o kariery, konformistów zawodowych; musiałem iść po wielu latach do spowiedzi, taki cymbał, ba, chodziło, by uspokoić jej rodziców, moją mamę, bo tata machnąłby ręką, chociaż również wolał, że ja też po bożemu, tradycyjnie, bo w czasach mej młodości, to było ważne, żeby iść przed ołtarz. Pospieszyliśmy się, bo szło o tę chatę, żeby jej nam ktoś nie gwizdnął, dostaliśmy ją, gdyż byliśmy legalnym małżeństwem, w urzędzie ten cyrograf… Och, ile razy przeklinałem ten pośpiech i tę chałupę… Ale zaraz, czemu słyszałem ich gadanie, rozmawiają przez telefon, no pewnie, ta informacja, że jest w kawiarni w Słupsku nie dla mnie, ja to już wiem, halo, Zbyszku, tu dziadek Zbych, słyszę cię, i Julę słyszę, już ucichliście, co się dzieje, najpierw ujrzałem cię na ekranie telewizora, teraz słyszę twoją rozmowę z Julą, a jak się ona czuje? Powiedz, czemu milczysz? Jakim cudem słyszałem waszą rozmowę, masz jakieś tajemne urządzenie do włączania mego telefonu, co to jest?

Ekran telefonu, który przed chwilą nieco się podświetlił i drgał słabymi refleksami, teraz ściemniał, szarość nim zawładnęła zwyczajna, nie pisnął, nawet nie stęknął, a gdy dotknąłem go, rozświetlił się normalnym menu ani trochę brykał jakimiś tajemniczymi zachciankami. Czy mi się zdawało, że słyszę rozmowę Zbyszka i Juli, czy… Ale co? A może ja nadal śnię? Moje życie snem? Dziś miałem sen… Muszę otrzeźwieć. Ech, wczoraj wypiłem, sam, dużo tego, Calvados, czyli taki lepszy jabcok, ale do łba wchodzi, miesza w nim, ale cisza, sza, bo kto usłyszy i się wyda, że sobie popijam, samotność rozweselam.
Zapowiedź przyjazdu wnuka sprawiła, że co rusz myśli moje kręcą się wokół niego i jego dupiastej Juli, jo, git sobie wybrał… Albo ona jego, ale na tymczasem, to fajne, nie tak jak ja, my, raz siup i zaraz ślub, i to na amen, do śmieci, dobrze, że ona, Olga, już… Jak dobrze i jak straszno.
Kieruję więc myśli w przeszłość, szukam w niej najciekawszych zdarzeń, by je opowiedzieć wnukowi, zamiast czytać, rozmyślam, książkę wziąłem jako alibi; na ganek wyszedłem, potem usiadłem pod kasztanem, rośnie on po środku trawnika, który oddziela mój dom od ulicy, bocznej, cichej, gdy żyła Olga, to zamiast trawy na części obecnego trawnika sadziliśmy kwiatki, żonkile, nasturcje, tulipany, bratki i inne, już nie pamiętam nazw, gdy odeszła nikt nie miał chęci zajmowania się kwiatkami, córka zapracowana, a zięć jeszcze bardziej, i nie mieszkają już ze mną, więc jak, powinni przyjechać i wsadzić mi kwiatki?, ty, tato, ale masz wymagania, mamy swoje ogródki, swoje trawniki, rabatki… Nie potrafię się zmusić do sadzenia kwiatów, chociaż czasu mam mnóstwo, ale samemu sadzić, to przykre, trzeba się schylać, od tego w głowie mi się kręci, pojawia się smutek, warczy intensywniej, wzmaga samotność. Zawsze sadziliśmy te kwiatki i pielęgnowaliśmy we dwoje, więc gdy brałem łopatę do rąk, by spulchnić ziemię, w wyobraźni zjawiała się ona, nie, nie mogłem w tę pierwszą wiosnę, i następną, a potem całkiem zrezygnowałem, ten trawnik zamiast kwiatów niech będzie pamięcią o boleści, która zagnieździła się we mnie po odejściu Olgi, a wcześniej sądziłem, że będę się radować, większa swoboda; och, życie z Olgą było ciężkie, denerwujące, ale po jej odejściu ten ciężar przybrał, zolbrzymiał, samotność pociągnęła szalkę całkiem w dół, nie miałem niczego, żeby położyć na drugiej, zrównoważyć, a nawet przeważyć, ta większa swoboda to złuda, marność.
A na trawniku pod kasztanem, w jego cieniu ustawiłem meble ogrodowe, leżak, przedtem stały w innym miejscu, w szczycie domu, obok wejścia do piwnicy, zawsze ten skrawek posesji wydawał mi się niestosowny na spędzanie tam wolnych chwil, prażyło słońce, parasol przeciwsłoneczny nie pomagał, już wcześniej chciałem przenieść pod kasztan stolik i krzesła, w jego cień, ale Olga wolała mieć kwiatki; oczywiście pod samym kasztanem nie rosły, słońce ogrzewało je krótko, z samego rana, a deszcz, gdy padał niewielki, ale dla roślin ożywczy, liście drzew go zatrzymywały, same pochłaniając jego ożywczość, i grządki miały sucho, dopiero ulewa się przedzierała przez gałęzie…

Już się Zbyszek powinien pojawić, prawie jedenasta, ile się jedzie z Gdańska, trzy godziny, prawda, był już w Słupsku, nie wiadomo jak długo siedział w kawiarni, może nadal gapi się na te licealistki, och, ja lubiłem się gapić na kobiety w różnym wieku, ale najchętniej na dojrzałe, właściwie w pełni rozkwitłe, obnoszące z dumą swą perfidną dojrzałość, lubiłem przesiadywać w kawiarniach i się gapić, może Zbyszek też to lubi, muszę więc czekać. Wziąłem z sobą książkę, przypominam, jako alibi, niech wnuk widzi, że dziadek nie przestał zajmować się literaturą, jeszcze lubi poczytać; chciałem wziąć jedną z książek Feriego, to przydomek, ale wspominając go, nigdy nie przywołuje jego nazwiska, podoba mi się ta ksywka Feri, on mi wyjaśnił skąd się wzięła, od łacińskiego ferreus, co znaczy, mocny, nieugięty, żelazny, niewzruszony, twardy, zuchwały, podobno takie przymioty sobie wmawiał i przez pewien okres w nie wierzył.
A wnuk to początkujący pisarz, nie wydał jeszcze żadnej książki, kilka opowiadań drukował w gazetach i ci, co je czytali, chwalili, że niezłe, będzie z niego prozaik całą gębą, ja też tak uważam, ale czasem wątpię; zadzwoniłem do niego, by go pochwalić, gdy przeczytałem w miesięczniku, by zachęcić, a on zaczął narzekać, nie mam o czym pisać, zrezygnuję chyba, moje życie nieciekawe, dzieciństwo przeżyłem bez żadnych zdarzeń niezwykłych, szkoła, zabawy z piłką, z rówieśnikami, i książki, żadnych kłopotów z nauką, nawet narkotyków nie próbowałem, nie ciekawiły mnie, w szkole średniej podobnie, więcej książek, jakieś miłości, ale nic oszałamiającego, pierwsze erotyczne doświadczenia, banalne, tak je dzisiaj osądzam, studia też monotonne, chociaż zżerała mnie pasja zdobywania wiedzy, Jula uczyniła me życie monotonnym, zaraz po dyplomie zamieszkaliśmy razem, rodzice pomogli pójść na swoje, i teraz Uniwersytet, na którym jestem doktorantem, z wieczora trochę pieszczot z Julą, czasem spotkania w gronie kolegów z uniwerku, nasze rozmowy też bywają raczej szare, płaskie, o duperelach, stronię od polityki bo to szalbierstwo, o, gdybym miał tak bogate życie jak ty, dziadku… Co on, zdziwiłem się, moje życie ciekawe, e tam, gównatus! Przyklepane to moje życie, ale on się upierał, to były ciekawsze czasy od obecnych, miałbym o czym pisać, gdybyś mi je opowiedział, stworzyłbym coś na kształt rodzinnej sagi; pożyjesz, to doznasz przygód, kłopotów, rozczarowań, nie bój nic, poza tym uważam, że nie jest tak źle, teraz też dzieje się wiele, ciekawe czasy, zawsze są ciekawe, trzeba tylko umieć dostrzec to co pasjonujące, a jeśli interesuje cię moje życie, mogę ci je opowiedzieć, nawet chętnie, bo śni mi się, żeby je zapisać, ale nie potrafię i pewnie już siły nie te, a poza tym mi się nie chce, o, opowiedzieć swe życie, to inna para kaloszy, przy kielichu lubię brawędzić, tak od niechcenia, co przyjdzie na język… Poważnie, to twoja oferta?, ucieszył się, ale ja nie jestem pewien, czy ta rozmowa miała miejsce w rzeczywistości, może to projekcja moich wyobrażeń albo nieodparta chęć, żeby stała się rzeczywistością, wymyśliłem ją sobie, no co, głupieję, jo, git.
A Zbyszek, wnuk, porzucił uniwerek, zrezygnował z doktoratu, poszedł do biznesu, czyż jestem frajerem, uzasadniał, żeby za te nędzne pieniądze bawić się w humanistę, kiedy w innej branży… Powiedział, jaką firmę założył z kolegą i jaki szmal tłuką, to ma związek z internetem, jakieś wiadomości rozpowszechniają, chyba nie fake news, a może, ale ja nie chcę o tym słyszeć, nie przyjmę nigdy do wiadomości, że zerwał z literaturą, to zwyczajna granda, dezercja. Biznes, kurwa, dorabianie się, to ma sens? To cholernie uboga perspektywa życia. Pieniądze, mnie ich zawsze brakowało, ale żyłem wesoło, bujnie, tak sądzę, moje wymagania materialne były niewielkie, to teraz jakby urosły, teraz, gdy jest już za późno.

Pod kasztan wziąłem Pamięć Pétera Nádasa, to nie byle co, Susan Sontag napisała, że to dzieło jest jedną z najlepszych powieści dwudziestego wieku; to grube tomiszcze, czy dam radę przeczytać, i nie chodzi objętość książki, lecz jej zawartość, sposób narracji, a właściwie ucieczkę moich myśli, bo przeczytam zdanie, zaciekawi mnie, i zaraz nękają mnie skojarzenia, myśli hulają po różnych przestrzeniach mego życia, upływa jakiś czas, zanim się opamiętam, otrząsnę z tych skojarzeń, wracam do tekstu, a za chwilę to samo. Zresztą, gdy nie przeczytam, też dobrze, bo na co mi to czytanie, za późno, już przyjemności z czytania coraz mniej odnajduję, z tej powieści prawie żadnej, w młodości za mało czytałem, ba, w młodości silniejsze nęcą powaby niż czytanie. I nie żałuję, ale często jednak mi żal, głupio, że tak przeciekło, jak woda w strumyku, z której nie ma żadnego pożytku, ot, leci i tyle.

Zbyszkowi mam opowiadać o swoim życiu, nie bardzo sobie to wyobrażam, chociaż mam chęć, nawet wielką chęć, w mojej opowieści upatruję, och, zabrzmi to pompatycznie, oczyszczenia, to słynne arystotelesowskie katharsis, jasne, spowiedź, ale nie wiem jak zacząć, bo w istocie, co mam mu opowiedzieć, czy polukrować to moje nieudane życie, ten mój sen, z którego nie potrafię się zbudzić, a gdy mi się to udaje, to wtedy zjawia się ten paskudny ból duszy, więc czym prędzej wracam w ten mój sen śniony na jawie… Czy odsłonić przed Zbyszkiem wszystkie ciemne strony mej duszy, wyjawić draństwa, to chyba bardziej by go obchodziło, każdego pisarza, tak sądzę, te mroczne zdarzenia, uczynki, tragizm przemijania, nieszczęścia, wyrządzane innym świństwa, bardziej obchodzą niż te jasne, szczęśliwe, bo to spokojne życie, bez zawieruchy bywa nudne…

Pomyślałem przed chwilą o moim życiu jako nieudanym, a właściwie o co mam pretensje, bo dopadła mnie samotność, pogasły wszystkie blaski, a mogło mi się powieść lepiej, ale to można powiedzieć o każdym, bo apetyt na więcej nigdy nie odpuszcza, zawsze coś by się chciało zrobić mądrzej, zgarnąć więcej, i nie chodzi o rzeczy materialne, pieniądze na przykład, to jasne, lecz o doznania, przeżywanie pięknych zdarzeń, lubiłem chwytać chwile piękne, ale one trafiały się rzadko, ustawicznie na nie polowałem, ale umykały, świat wyszczerzał na mnie swe brzydkie oblicze, zastawiał pułapki…
O, samochód przystanął, to on, jasne, że on, Zbyszek, mój wnuk, dawno tu nie był, wreszcie…

Jerzy Żelazny


*fragment powieści Gdy milknie kos


Przeczytaj też u nas inne teksty J. Żelaznego, a także recenzje jego książek: Duchy polanowskich wzgórz (2006), Ptaki Świętej Góry (2010), Za wcześnie do nieba (2010), 19 bułeczek (2011), Fatałaszki (2013), Tango we mgle (2014), Kichający słoń (2018), Trzynasta (2018)