Notatki na marginesach (20)

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: czwartek, 04, kwiecień 2019

Bartosz Suwiński

KOTLINA. GARNCE

1.
Od godziny w deszczu, przy Nysie, po wczorajszej wichurze. Piszę T., o czym myślę? Dziś dziesiąty marca, urodziny jego żony. O czasie za którym nie idzie zdążyć. Więc mija sam, zacina się tylko na konanie. O chwilę uboższy, o chwilę pełniejszy. O ludziach, których jedynym bogactwem jest bieda. O dachach, że w zasadzie pod nimi ma miejsce drugie prawie wszystko. O tych wielu, wielu kurach, błąkających się poboczami i czy będą z tego jajka. Gdzie jest bocian, którego gniazdo mijam codziennie na cokole opasłego gospodarstwa? O dymie z kominów i o ogniu, który ktoś musiał podłożyć. Jak wyglądały jego dłonie – jeżeli to mężczyzna – czy były szorstkie, miał obcięte paznokcie, zapuszczone? A jeżeli kobieta, to o czym myślała, kiedy rozpalała ogień? O rzece, co wciąż przybiera śmieciami i brudem. O kałużach, które się wydają nie mieć końca i tych wszystkich rzuconych na nie mimochodem spojrzeniach. O rzece, że dziś inaczej ją słychać, że napiera bardziej, i kolory mocniej przybrudzone w odmęcie. O śladach opon przy wąskiej drodze, gdzie zjeżdżam wózkiem, kiedy ktoś nadjeżdża obojętnie z jakiej strony. O podwórzach pełnych klamotów, dziurawych wiader, zawieszonych po płotach kurtek, kupek węgla, pordzewiałej blachy i korytek, rzuconych w odchody, błoto, ubóstwo. O tym, że na wiosnę mniej będę pił.


2.
Pada deszcz, śnieg, grad. Wychodzi słońce. Pada deszcz, śnieg, grad. Wychodzi słońce. Jedenastego marca mieszczą się wszystkie pory roku. Od wczoraj palę w piecu tylko bukiem. Miniona noc, pocięta na godziny snu i kolejne polana rzucane w ogień. I tak do świtu. Wchodzenie w sen i wychodzenie jak do sklepu, apteki, piekarni, kiosku, warzywniaka. Zajrzyj w głąb siebie. Ankieta. Ludzie – jest ich za dużo. Za pięć lat – chcę nie istnieć. Kos buduje gniazdo. Jest pracowity. Płochliwy, ale w granicach. Głownia wierzby w miejscu, gdzie łatwo zejść w szum. Ludzka wdzięczność jest bardziej ulotna niż alkohol wylany na rozgrzaną patelnię. Kobieta w oknie patrzy na rzekę. Spostrzega mnie, umyka za zasłonę. W oknie balerina na blaszanym opakowaniu po landrynkach. Tancerka, w spranej sukience z firany.


3.
Czas darowany, czas wydarty. Coś powraca, by coś mogło odejść. Ł., przyjechał na weekend. Przyjaciel w domu, w myślach pogoda. Idziemy wzdłuż Doliny Nysy, przez łąki, pola, do lasku, w którym odkryjemy dziką pasiekę. Wcześniej natkniemy się na nagrobek pana Andrzeja, który nieszczęśliwe dokonał żywota na polu, pierwszego sierpnia, 1993 roku. Teraz: zając nadkłada kroku. Pola układają się jak słowa piosenki. Bije dzwon w okrągłą godzinę. Sarny biegną we wszystkich rogach przestrzeni. Łąka nabiega wodą, odkrywają się kamienie. Ściana lasu trzyma nas przy ziemi. A jeszcze sarnie bobki i drożdżowe ciasto, rano wyciągnięte z pieca. Dymy z kominów zamazują widok domu. Rudziki pierzchliwe, słowa ulotne, serce dyskretne. Najważniejsze. W samotności trochę mniej ciebie niż zwykle.


4.
Chmara wróbli plądruje ziemię wokół wodnego oczka, przy którym przystanęła piegża. Od wczesnego świtu gołąb sfruwa z czubka świerku srebrnego, i zbiera gałązki, kręcąc się w tę i z powrotem. Ruch wokół klombu. Przyglądam się jak buduje gniazdo. Dalej: dziarski samiec kosa, w długich susach, skacze po ogrodzie, rozgrzebuje ziemię przy leszczynie, podważa pomarańczowym dziobem liście. Czarna kula zgiełku na rabatkach. Pierwsze bratki posadzone. I: żółte krokusy z godziny na godzinę rozchylają kielichy. Od nieśmiałego, szybkiego spojrzenia, po wyzywające zaproszenie do wspólnego zapatrzenia. Potem: ziemia przy Nysie poryta przez dziki. Nowy pastuch okalający jedyny dom, zostawiony w tej głuszy. Butwiejące snopki siana przy zakręcie rzeki. Jedna wierzba, od której wszystko tu nabiera ostrości. Ożóg w miejscu, gdzie trudno zbliżyć się do rzeki. Spotkałem tego dzięcioła kilka razy, a tak się to zaczęło. Walt Whitman spotyka Artura Rimbaud.

 

5.
Rozpadało się, jesteśmy z Jankiem na obrzeżach Gorzanowa. Wracamy w stronę Bystrzycy. Za zakrętu wyłania się kobieta okutana w kilka warstw swetrów, z chustą na głowie i dwoma siwymi włosami wystającymi z brody.

– Panie, co Pan sprzedajesz – mówi, pokazując na wózek.
– Spaceruję z synem – odpowiadam.
– To tam jest dziecko? – zbliża się. Odkrywam kapotę, patrzy.
– Skąd jesteście?
– Idziemy z Bystrzycy.
– To wracają, bo deszcz idzie – patrzy w niebo.
– Świat się kończy Panie, sodomia i gomoria. Wojna będzie, to już dawno zapisali. Mi dwa lata temu dom spalili. A, ten świat, panie… Coraz gorzej z nim. Kto by kiedyś pomyślał, żeby się rozchodzić. Panie, ludzie się kłócili, ale się godzili. Nic nie mieli, ale razem byli. A dziś, panie, to ja słyszałam, że z Zabłocia, to za przeproszeniem, kobity, dupy jadą Niemcom podcierać, że młodzi to dwa lata nawet razem nie są, a już nie mogą patrzeć w to samo… Panie, to jest sodomia i gomoria, a w tej Warszawie, co wyprawiają, to się panie w głowie nie mieści, kto to tam kiedyś wiedział, co to słowo masturbacja znaczy… Kto to widział panie…
– Dlatego najlepiej wieczorem wychylić kieliszek, dwa. I powiem pani, że nie wolno się zasmucać ponad potrzebę.
– Piję, to nie dobrze, nie dobrze, miary nie zna to i nie wie, kiedy się mu głowa skończy.
– A, gdzieś pracuję, bo o tej godzinie to ludzie w pracy, a nie na polu?
– Jestem poetą – ledwo to z siebie wykrztusiłem. Stoję i czuję się jak idiota. Ja pierdolę, poeta się znalazł, powtarzam w myślach.
– Był tu taki jeden Władek, co rozmyśloł i od tego panie, mu nieszczęście w oczach zamieszkało, i skwierczoł, nawet w zimnie. Tłukł się o siebie, tłukł. Gospodarkę miał, z biedy nie wyszedł jak my tu, a ino ta bida z nim została. Na zmarnowanie szkoda go było… A, koniec z tym światem, koniec – nagle pani się okręca na pięcie, patrzy w stronę wózka, spotyka się wzrokiem z Jankiem, ten właśnie się obudził.
– I co, czeka tego chłopca panie, co go czeka? Czarna rozpacz – mówi. I odchodzi w stronę domu.


6.
Widziałem dziś raroga zwyczajnego, w strzały prostym locie, szybującego z rozpostartymi skrzydłami, przy młodych wierzbach. Ten ptak to strażnik wyraju. Za Adamem Mickiewiczem podaję: „Wszyscy na północ: rzekłbyś, iż wonczas z wyraju / Za ptastwem i lud ruszył do naszego kraju, / Pędzony niepojętą, instynktowną mocą. // Konie, ludzie, armaty, orły dniem i nocą / Płyną; na niebie górą tu i ówdzie łuny, / Ziemia drży, słychać, biją stronami pioruny”.


7.
Dwudziesty czwarty marzec. Nysa ma kolor butelkowy. Przy brzegach brunatno-miętowy. Pierwszy bąk w tym roku. Nisko, przy trawie. Odkryte pąki. Wystarczy patrzeć. Pszczoły zapylają pierwsze kwiaty. Dziewczynka dzwoni dzwonkiem. Wypełnia cały moment przejścia. Niechcący płoszymy z Jankiem dwie kaczki. Przyglądamy się jak inna para płynie przeciwko prądom. Pod młodymi świerkami śpi kot. Spotkamy jeszcze trzy w letargu. Pies staruszek siedzi na polu. Na wszystkich pocztówkach widoki wydziobały kury. Bal drewna, który został na środku rzeki, teraz, kiedy przy spływie obniżył się poziom. Za dużo słów wokół. Za dużo mnie.


8.
Nie szukać oparcia, nie szukać kontroli. Ducha pozostawić w spokoju. Na siebie – o ile to możliwe; nie należy przestać próbować – nie zwracać uwagi. W samotności znaleźć nie to, czego się szuka. Chodzi o to, aby bez szwanku wpisywać się w przestrzenie, pozostawać po stronie wysokich drzew. Ale też pozostawać po stronie niskich drzew, a od przestrzeni trzymać się z daleka. W cieniu spraw o niebo od nas większych. Tak, jestem z zapadłej wsi, z końca XIX wieku, gdzie kadzidło pachniało trupem, a trup wiosną. „O ziemio, która sama nie mówisz, spraw, abym / ja przemówił”. „Jeśli coś mi smakuje, to tylko / Ziemia i kamienie”.

Bartosz Suwiński

 

Przeczytaj też wcześniejsze odcinki „Notatek na marginesach” B. Suwińskiego, wiersze autora w dziale 'poezja', a także w 'porcie literackim' recenzje jego tomików: Bliki (2013), Odpust (2013), Uroczysko (2014), Wyraj (2017) oraz książki eseistycznej Pory poezji. Koncepcja czasu w twórczości poetyckiej Krystyny Miłobędzkiej (2017)