„Małe nic” Andrzeja Sokołowskiego

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: poniedziałek, 01, kwiecień 2019 Drukuj E-mail

Szymon Prowacki

WIELKIE... NIC?

O Andrzeju Sokołowskim (rocznik 1963) niewiele wiadomo ponad to, że z wykształcenia jest artystą plastykiem. I mieszka w Toronto, gdzie emigrował w 1987 roku. Dotąd wydał trzy książki prozą: Wiej, wietrze, wiej (1998), Z deszczu pod rynnę (2004), Cała prawda (2010). Mamucią objętościowo powieść Małe nic zdobi na okładce rysunek węża z ogonem w pysku. Wąż pożerający samego siebie (i odradzający się z siebie) to staroegipski, a też grecki symbol. Jednak w żaden sposób nie potrafiłem połączyć obrazka z treścią dzieła. Pewnie głowę mam za małą. Lecz po kolei.

Blisko tydzień trwało trawienie Małego nic, bo nie dość, że powieść gruba, to jeszcze wydrukowana maczkiem. Gdyby użyto zwykłej czcionki, liczyłaby ponad tysiąc stron... Ufff!

Szeroko zakrojona rzecz w zasadzie jest dwudzielna, gdyż zawiera powieść w powieści. Jednak wątki są poszatkowane, a właściwie przeplecione w ciągu linaernym. Postacią wiodącą jest Sylwiusz Porejko - polski emigrant, poszukiwacz złota i filozof. Czas akcji: lata 1999-2001. Miejsce: Alaska, konkretnie złotonośne rejony Anchorage i Porcupine Creek.

Porejko i jego zakręceni kumple (o ksywkach Golec, Świr, Patyk i Motur) wydali cały szmal na maszynerię i licencję, więc uporczywie ryją w ziemi, by wydobyć jak najwięcej cennego kruszcu. Lecz nie ma lekko. Wygwizdowo, ziąb, kopalnię co rusz zalewa woda, psują się pompy, a do tego szwankuje przesiewarka. Są też kłopoty z inspektorami bezpieczeństwa pracy i... niedźwiedziem nękającym obozowisko. Jednak twardziele nie zamierzają się poddawać. Przekonujemy się o tym, śledząc ich losy.

To pierwszy wątek.

I drugi. Porejko nocami tłucze laptopem wizjonerską powieść, której bohaterem głównym jest Ariel Janowiec, nomen omen też emigrant - pochodzący z kraju (tu cytat), gdzie od 1989 roku psy dupami szczekają. To były komunista, rozczarowany upadkiem poprzedniej formacji ustrojowej, pragnący zaprojektować świat tak, by wszystkim było dobrze. Dużo tu odwołań do Arystotelesa i Platona (pośrednio przywoływane civitas solis) oraz innych filozofów produkujących państwowotwórcze utopie. Historyjka nie wskazuje konkretnego miejsca i czasu - tylko domysły każą nam lokować ją w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Anielski projekt Janowca ma wszakże jedną skazę: nie potrafi pozycjonować uczuć (jak mówi nam wszechwiedzący narrator). A i sam Janowiec wikła się w związki płytkie, pokrętne, ze swej istoty żałosne. Kobiety, określając kolokwialnie, wciąż robią ideowca w trąbę, do reszty podcinając - i tak już nadwątloną przeszłymi zdarzeniami - wiarę w ludzką dobroć.

Tak z grubsza wygląda streszczenie zawartości obu dzieł.
I gdybyśmy na tym poprzestali, w zasadzie nie byłoby do czego się przyczepić. Bowiem fabuły jak fabuły, ani lepsze, ani gorsze od mnogości innych na literackiej agorze.

Natomiast nieciekawie wyglądają psychologia, konstrukcja i język Małego nic. Postaci są drewniane, nadto przewidywalne. Relacje między nimi przypominają utarczki zwaśnionych bachorów. Empatia zredukowana niemal do zera. A zdarzenia, przyrastające lawinowo, klejone są bez składu i choćby elementarnej konsekwencji w budowie.

No i ten język - wołający o pomstę do nieba. Przaśny, jakże często wulgarny, ustawicznie epatujący przemocą. Może nieco lepiej w tej materii jest w utopijnej powieści Porejki, lecz tu z kolei mamy grzechy niedowładów emocjonalnych, co wyraża się między innymi swoistą "ciamkowatością" leksykalnych uproszczeń. Słowem zero oryginalnej stylistyki.
Chyba bez obaw o pomyłkę stwierdzić można, iż Ariel Janowiec to porte-parole Sylwiusza Porejki, a oni obaj to na dwa sposoby skóry zdarte z Andrzeja Sokołowskiego.

Lecz jak okładkowy Uroboros ma się do zawartości tej prozy? Bo przecież bohaterowie Małego nic - choć się wzajemnie "pożerają", jednakże nijak się nie odradzają.
Zatem z przesłania tytułu wynikać może co? Diagnoza znikomości ludzkiej kondycji i ludzkiego żywota? W nieco naciągany sposób i ta interpretacja będzie uprawniona. Hmmm... Małe nic i wielkie nic.

Na koniec jeszcze ciekawostka. W posłowiu autor sporo miejsca, obok opisu trudów tworzenia fabuł, poświęca swemu psu - wilczurowi wabiącemu się Wyga. Zresztą, co kuriozalne, całą książkę zadedykował Wydze. Bo właśnie jemu, jak twierdzi A. Sokołowski, zawdzięcza proza taki, nie inny kształt. I w ogóle powstanie. Czyli, rzec można, to jednak powieść pod psem?

Andrzej Sokołowski "Małe nic", Wydawnictwo NOWY ŚWIT, Warszawa 2019, str. 728

Szymon Prowacki