„Letarg” Grzegorza Marcinkowskiego

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: poniedziałek, 25, luty 2019 Drukuj E-mail

Anna Łozowska-Patynowska

POETA WIDZĄCY PODWÓJNIE

Istota „Letargu”, w swojej kompozycji właściwie tryptyku, osadza się na próbie doścignięcia głębi, doskonale zakamuflowanej przez naszą aktualność. Należy zatem zapytać, czym jest letarg, do którego nawiązuje tytuł zbioru? Nieprzytomność, apatia, senność to słowa-klucze określające dominantę tomu. Czy to jednak wystarczy, by oddać charakter trójczłonowej werbalizacji stanu emocjonalnego człowieka wyłaniającego się z „Letargu”?

Interpretacyjną wędrówkę zacznijmy od „K”, rozdziału składającego się z dziewięciu wierszy, dotykającego problematyki esencji rzeczywistości, w której tkwi człowiek: „Wyobraź sobie, że stoimy w samej awangardzie apokalipsy” („Drugi”). Imaginacja nie ma z tym przedstawieniem nic wspólnego, bo akcenty, które rozkłada podmiot, dotyczą naszej rzeczywistości tu i teraz. „Pękanie”, doskonale widoczna ilustracja destrukcji tego świata wiąże się z wizją regresu postępu cywilizacyjnego, po którym nie zostanie już nic. Człowiek wobec kultury nie jest zatem bezradny, bo przecież „na ścianach klubów odcisną się nasze kształty”. To, co w nim najcenniejsze to istota pamięci oraz pewien wymiar inteligencji emocjonalnej, który daje szansę odczucia filozofii miast „drżących niedostrzegalnym drżeniem”. Apokalipsa wydaje się wobec tego nieustannym próbowaniem przez człowieka materii świata („popiół otrzepujemy z ramion”, „czujemy na plecach płomienie”). Nie chodzi tu zatem o umieranie, rozsypywanie się ludzkiej rzeczywistości, wszak metaforyczne przedstawienie na kartach „Letargu” pełni inną kluczową funkcję. Bladość i przezroczystość ludzkiej egzystencji domaga się nabrania większej wiarygodności. Czyniąc świat diametralnie przezroczystym, Grzegorz Marcinkowski odsłania przed nami konstytucję ludzkiej natury, człowieka tak bardzo skoncentrowanego na powierzchowności i prowizoryczności własnych zachowań. W nim właśnie pragnie poeta wzniecić wolę walki o sens tego, co widoczne-niewidoczne.

Marcinkowski zastanawia się nad rolą innej optyki w tworzeniu kognitywnego obrysu rzeczywistości. Bycie „innym wzrokiem, całym widzeniem” wydaje się otrzymaniem niecodziennej umiejętności globalnego patrzenia na istnienie („Trzeci”). Sondowanie kryzysu świata nowoczesnego w trudnej do zrozumienia substancji „kilku mnie” sprowadza się do przywołania kluczowego pojęcia - dziedziczonego kulturowo - „memu”. Kim jest zatem człowiek w tym wymiarze? W rozumieniu Marcinkowskiego jest on „wariacją nieskończonych powtórzeń”, reprezentantem gatunku ludzkiego, który jako doświadczalny, typowy okaz jest także „przesłuchiwany, oglądany, samplowany”. Strukturę memu zdaje się otrzymywać jego materia twórcza, powielekroć powtarzana na „małych ekranikach”, która staje się „tekstem redundantnym”. W przesycie informacji, nawale treści, wielości opinii i ocen bohater tekstu „Piąty” jest właśnie „obserwującym” świat „zewsząd”, jednostką, w której obrazie odbija się filozofia „każdego i kilku”. Ta wykładnia wydaje się spójna z tytułami rozdziału „K”, tak jakby poeta chciała podkreślić powielenie, klonowanie postaci, którą tworzy „Pierwszy”, „Drugi”, „Trzeci”… i kolejne ludzkie wcielenia.

W spowiedzi podmiotu lirycznego „Dziewiątego” brakuje jednak pełni. Kwestia rzekomego zmartwychwstania, mającego podłoże religijne, uwzględnienie tajemnicy przemiany („Kto nie zmartwychwstał?”) trąci bezgranicznym wątpieniem. Dlatego wyrazem niewiary w stan „boskiego istnienia” jest fraza: „Ja jestem Tobą, a Ty jesteś mną”. Cykliczna ofiara liturgiczna ciała Chrystusa wydanego na mękę, której ilustracją wypełnia Marcinkowski swój tekst, staje się wymagającą od czytelnika ważną sugestią interpretacyjną. Po człowieku, boskim wytworze, pozostają tylko „resztki, padlina”. Pod którą pokrywą mieści się zatem filozofia duchowa człowieka? Czy w „Letargu” w ogóle ona istnieje?

Ślady poszukiwań ludzkiej samorealizacji odnaleźć można w kolejnej części zbioru, zatytułowanej „Nikt”. Tym razem walka o człowieka toczy się wobec mitologicznej reminiscencji o Odysie, który określając siebie jako „Nikt”, ocalił swoje życie. Słowo to ma równocześnie inne konotacje. Postępujące we współczesnej kulturze ujednolicenie, unifikacja spojrzenia na świat, sposobu postępowania, aż w końcu postawy wobec wybranych wartości, otwiera dylemat nadmiernej uniwersalności tej problematyki. Wobec tego w utworze „***Za dużo świateł w wierszach…” poeta-twórca rzeczywistości słownej dokonuje przewartościowania indywidualizmu, który w materii literackiej doceniany jest mniej niż moda i aktualne trendy. Praca twórcza polega nie tylko na tworzeniu „świetlnych refleksów”, zadziwianiu innością, która w rzeczywistości staje się tylko „grypserą”, lecz przede wszystkim na „pisaniu”, „mówieniu”, które „próżni” świata co chwilę tracą swój sens.

Jednocześnie konstrukcja „Nikt”, zdająca się nazwą własną, imieniem bohatera, rozpiętego między „Tobą” i mną”, w wierszach z tego rozdziału odsłania przez czytelnikiem jego podwójność („Byłem dzieckiem. (…) Nikt nie był dzieckiem”). Psychodeliczna, schizofreniczna struktura jego osobowości w kontekście podjętych rozważań ma ważne znaczenie. Poeta obala mitologię dziecięcego szczęścia, pisząc iż jest ono naznaczone „obmywaniem i pustoszeniem”. Dzieciństwo jest tylko złudzeniem szczęścia, ponieważ niesie ze sobą poważne, również twórcze, ograniczenia. Poecie-dziecięciu pozostaje jedynie „kiwanie się w rytm melodii”, co pojmowane jest jako niedojrzałość do podjęcia pracy twórczej przez dziecko określane przecież jako „Nikt”, wyzute ze swojej indywidualności („***Byłem dzieckiem, co bawi się samo”). Ta sama powierzchowność rzeczywistości, intrygująca symboliką, tym razem religijną, ogranicza bohatera imieniem Nikt swoją pozorną podniosłością: „Czułem się pozamykany. Pośród ikon. Monstrancji” („***Nasypy, gdzie pierwszy raz”). Autonomiczność roli twórcy pozostaje pod wielokrotnym znakiem zapytania, który spycha na margines błędu wszystkie domniemane odpowiedzi. Jedyną formą ludzkiej egzystencji w świecie Marcinkowskiego jest letargiczna „próżnia” rozpoznawana jako „znak jakości” („***Pociąg. Przeciskam się przez korytarz”). W niej „gorzko” istnieje podmiot liryczny-poeta, składający na swoich barkach traumę doświadczenia pustki otoczenia. Jest jednak szansa na lepszą jakość istnienia, która wzrasta wraz ze „szczepieniem (…) w ciałach wystygłych”. To możliwość nie tylko dokonania restytucji poezji, która obecnie stoi przed dylematem postępującego kryzysu-„kasowania pisma”, lecz także ocalenia człowieka za sprawą drugiej osoby („***Zanim zacznę, odpłyń na odległość”).

I w końcu trzecia część zbioru „R”, również cykliczna, ujawniająca następne „prześcielenia” bohatera lirycznego, zamyka cały „letargiczny” tom wierszy. Droga twórcza artysty w „Pierwszym” staje się wydarzeniem kluczowym dla budowania jego tożsamości. Doświadczenie rzeczywistości przekłada się na stan wniknięcia w świat słowa, jest „cofaniem się w pół boku”, wędrówką „oparzonego, jak przyciętego”, jednym słowem akceptacją udręki, która spotyka człowieka pragnącego poznać dzięki poezji prawdę rzeczywistości. Wartościowanie bohatera lirycznego graniczy z wyrażeniem pełnej aprobaty dla tego stanu: „Nigdy nie wyprowadzę się z tych słów, zaopatrzę się obficie. Nie wydam jęku”. Ta deklaracja jest równoznaczna z „wyjściem na zewnątrz”, gdzie słowo poetyckie traci na znaczeniu, „krzepnie”, „mętnieje”, „kruszeje”, a gorliwy jego wyznawca-poeta poddawany jest w samotności na nowo próbie przywrócenia jego sensu („Trzeci”). Nie oznacza to jednak, iż artysta-liryk nie miewa dylematów aksjologicznych i wahań. Wręcz przeciwnie, stając się „niemym”, wydaje się pozyskiwać największą wiedzę o wewnętrznym bólu, a jego doświadczenie słowa daje mu możliwość przeprowadzenia „wykładu z paniki”. To poeta okazuje się największym wyzwolicielem rozsypującej się na naszych oczach rzeczywistości, ponieważ wyznaje postulat, iż „wszystko, co żyje potrzebuje schronienia w większej fikcji („Czwarty”). Tylko dostrzeżenie kontrastu między schronieniem w fikcji a prawdziwym brakiem-odchodzeniem ze świata pozwala na zrozumienie relacji dojrzewającej liryki („składni dostającej trądziku”) z rzeczywistością (Piąty”).

Czy jest możliwe chociaż częściowe zrozumienie stanu istnienia, który wieczorem „pęcznieje od obietnic”? Wydaje się, że dwuwariantywność ludzkiej egzystencji, według Marcinkowskiego, staje się wykładnią istnienia w ogóle, ponieważ „podwójne widzimy, i podwójnie będziemy ujrzani” („Szósty”). Ta konstytucja nieoczywistości, niejednolitości wydaje się najważniejszym twierdzeniem podmiotu, który pragnie odsłonić „wymiary, w których wszystko jest jeszcze niemożliwe”, rozbić dążenia współczesnych do dokonania nadmiaru ujednolicenia, spłycenia różnic, pozornego wyrównania spojrzenia, które zabija to, co w człowieku i jego naturze naprawdę wyjątkowe. Trzeba przyjrzeć się temu, co „wymieszane” i „nierozdzielone”, zbyt klarowne, by mogło być prawdziwe, aby obrać właściwy punkt ich rozproszenia. Ujawnienie „przepaści oka odwróconego ku sobie jak w dawnych traktatach”, przesuwająca się w refleksji podmiotu z „Siódmego” granica podwójności, pulsujące dramatyzmem pouczeń frazy poety, który nagle odkrywa, iż ma „czaszkę wyłożoną czymś miękkim” to tylko niektóre gorzkie wyznania twórcy, stającego przed nierozstrzygalny problemem stykania się świata tekstu z realnością, zbyt brutalnie „letargiczną”, by pozwolić zdominować się liryce.

Grzegorz Marcinkowski „Letarg” Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2018, str. 56

Anna Łozowska-Patynowska