„Mu!” Jacka Kowalskiego

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: poniedziałek, 04, luty 2019 Drukuj E-mail

Anna Krasuska

SZUKAJĄC SZCZELINY DO ŻYCIA

Muszę wyjść w zieleń wypełnioną
wspomnieniami, śledzą mnie spojrzeniem.
Tomas Tranströmer Wspomnienia mnie widzą
(tłum. Leonard Neuger )

 Oset na wyspie, która mnie zna
trawa która nas przeżuwa
lustro, które mnie nagle objęło
Szepty mnie widzą
Przedpołudniowy upał mnie zapamiętał
jutro które nadziewa moje godziny

to tylko niektóre wyimki z wierszy Jacka Kowalskiego, zamieszczonych w tomie Mu! Nieprzypadkowo właśnie od zatrzymania się na nich rozpoczęła się moja powtórna lektura. Łączy te fragmenty odwrócona perspektywa. To nie podmiot liryczny, ale jego zewnętrzność, ta fizyczna i ta niematerialna, kreuje relacje świat – człowiek. Bo kimże jest człowiek w świecie? To pytanie tyleż odwieczne, co zbanalizowane, a poeci jedynie raz po raz podejmują próby zbliżenia się do odpowiedzi, i tak niemożliwej do udzielenia. U Kowalskiego człowiek może powiedzieć: jestem taki, jakim zapamiętał mnie przedpołudniowy upał, jakim widzą mnie szepty. Perspektywa zastaje odwrócona. Zwykło się oczekiwać, że to człowiek zna jakieś miejsce, a tu okazuje się, że to miejsce zna jego. A jeśli tak, jeśli człowiek „odbija się” nie tylko w lustrze, ale we wszystkim, co go otacza, otaczało czy spotka go w przyszłości, odbija się też w sobie, to jak on – tak rozmnożony – może scalić te ułamki siebie dla siebie?
Czy tyle jest człowieka w człowieku, ile udaje się zauważyć, zapamiętać innym? A co zostaje roztrwonione przez ów zewnętrzny świat?

może to czyjaś nieuważność widuje mnie
w swoim roztargnieniu, tym pomylonym
języku, po dziś dzień nie znajdującym
przyczyny, dla której słowa nie wypowiadają
się wspak? (z wiersza A może)

Autor próbuje rozpoznać tajemnice istnienia. Z jednej strony zgłębiając istotę bytu poza człowiekiem, z drugiej – badając jego własne, wewnętrzne obszary. Podkreśla, że w tych uwikłaniach między jedną a drugą przestrzenią znaczącą rolę odgrywa czas. Jak w wierszu Na zimnych wargach:
Czasami myślę o tej chwili, nie o dniu, lecz o tej chwili właśnie, / kiedy dom zaciemni osobliwy przypływ, który coś bezpowrotnie / zabiera, a wieczór rozpali swoje nikłe światła wszędzie tam, / gdzie słowa ledwo trzymają się ściany, a powtórzona jest tylko / pamięć.
I wtedy właśnie przychodzi jesień i wszystko co można by jeszcze / powiedzieć staje się tylko jesiennym wiatrem na zimnych wargach.
(…) z jaką powagą odpowie mi ta chwila, / ani śmiertelna, ani przeznaczona?

Na początek można by zadać sobie pytanie, jakie jednostki czasu zostają wyeksponowane w wierszach Kowalskiego? Wydaje się, że to moment, jak powyżej. Właśnie okamgnienie przyłapuje człowieka w konkretnym tu i teraz, określa jego usytuowanie w przestrzeni i stanowi punkt wyjścia do utrwalenia pojawiającej się myśli. Co ważne, perspektywa chwili staje się najczęściej kontekstem rozważań o przemijaniu, a każdy wiersz Autora jest w pewien sposób odrębnym „traktatem” filozoficznym, który jednakże stanowi kontekst myśli pojawiających się w kolejnych utworach.
W cytowanym powyżej fragmencie wiersza mamy więc sytuację chwili (wieczoru), która rozrasta się do pory roku, aby znowu skondensować się w chwili [Chwila (wieczór) – jesień – chwila]. Tej zmianie pojemności czasu towarzyszy zmiana scenerii: dom zaciemni przypływ, który coś bezpowrotnie zabiera – wieczór rozpali nikłe światła – wtedy właśnie przychodzi jesień. Jesień, jako pora przygotowania do zastoju, zostaje poprzedzona opisami takich okoliczności, które to uśpienie przygotowują, bo dom zostanie zaciemniony, coś się kończy, a jeśli wieczór zapala światła, to tylko znikome. Ta chwila, puentująca rozważania, okaże się chwilą Każdą i – co ważne – pozasłowną, bo wszystko co można by jeszcze powiedzieć staje się tylko jesiennym wiatrem na zimnych wargach. Znamienne, że ludzką bezsłownością nie jest nacechowany tylko czas zmierzchu, szarości, zanikania, ale na przykład upalny październik (choć też miesiąc jesienny), kiedy jedynym dźwiękiem była mowa liści nade mną, ten skurcz świata / w oczekiwaniu zimy i czasu, który się zatrzyma. (z wiersza Wannsee, 1993)

Jeśli rewersem byłaby jesień, a awersem wiosna, to czy zmiana pór staje się zasadniczą pożywką dla zmiany kondycji człowieka? Przedwiośnie, które przychodzi niezależnie od chcenia czy niechcenia, kiedy Świat znowu przeżywa dzieciństwo, skłania do zadumy: I na nic historie wojen, na nic spisy ludności, / rejestry pokoleń. Pachnie ziemia i mówi nam / wszystko. (…) Niegdyś dłużej patrzyłem w niebo i obwiniałem się / za swoją bezsilność. Myślałem co jest na końcu / wzroku szukając szczeliny do życia. // Ale ona jest we mnie i mówi mi o tym. / Poranek spływa tu jasno i łagodnie, / jak medytująca frasobliwość. (z wiersza Frasobliwość)
Człowiek staje naprzeciw świata, z całą jego przeszłością, i jedyne, co może uczynić, to znaleźć swoje miejsce do życia w sobie, nie ulegając przy tym beztrosce (jakże zgrabna poprzedzająca dalsze rozważania przerzutnia: Myślałem co jest na końcu / wzroku). Ważne, aby potrafił odnaleźć sens i piękno w codziennych zdarzeniach, zapamiętanych obrazach, aby był uwrażliwiony na szczegół (o czym traktują liczne odwołania także w innych wierszach).
Jolanta Brach-Czaina w filozoficznym eseju Szczeliny istnienia między innymi o takich szczelinach do życia napisała: Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. […] zdarzenia codzienne są ostentacyjnie niezauważalne. Przepływają od istnienia do nieistnienia, w które zapadają, a swą krótką obecnością nie budzą uwagi. Codzienność jest bowiem rzeczywistością podwójnie umykającą. Przetacza się ku nieistnieniu i przejawia w niezauważalności. […] tylko w rzadkich chwilach koncentracji udaje nam się dostąpić jej objawienia w niezauważalności.
Dlatego, zachowując uważność, będziemy mogli dać się poprowadzić Poecie na przykład od realistycznego opisu wieczoru pachnącego rozgrzaną oliwą z rzezią pomidorów, przez jego metaforystyczne spuentowanie: kuchenna śmierć krótkotrwałych wrażeń, po ogólną konkluzję prawda jest cykadą w podróży (z wiersza Cykada).

Nie tylko obrazy widziane tu i teraz, ale także te zapamiętane z przeszłości i te ujrzane we śnie dają szansę na uzyskanie pełni. Każdy z nich osobno byłby tylko kawałkiem tej całości, a jego brak mógłby co prawda skłaniać do wnioskowania z części o całości, ale mogłyby to być tylko nieuprawnione rozważania. Interesujące wydaje się zatem zestawienie tego, na czym Poeta koncentruje się w swoich wierszach, czego nie zapomina. Spisanie swoistego katalogu wspomnień z liczbą bystrych oczek (gdyby pokusić się o sparafrazowanie fragmentu wiersza Domykając okno, w środku synkopy). Słowem, towarzyszy mi ciekawość podobna do jego ciekawości, zapisana w wierszu O czym w formie retorycznego pytania: O czym nie zapomina kobieta z twarzą w dłoniach? Praca ta wymagałaby jednak wnikliwego opracowania, które wykracza poza ramy tego tekstu.
No właśnie, O czym nie zapomina kobieta z twarzą w dłoniach?

Człowiek posiada umiejętność rejestrowania i powtórnego przywołania przeżyć, doznań, zmysłowych wrażeń. Co więcej, psychologowie dowodzą, że potrafi także zapamiętać obraz własnej świadomości. A jeśli tak, pamięć staje się w tym samym stopniu dobrodziejstwem, jak i obciążeniem. Pamięta się nie tylko to, co chce się pamiętać, ale i to, czego pamiętać się nie chce. Nic do ukrycia, do zatajenia, ale też nic do przechowania. Wszystko zależeć będzie od krawców pamięci.
Tak sobie czekam / może przyjdzie córka albo syn // albo ktoś / mówi odświętnie ubrana staruszka // na rogu życia i snu / więc trzeba aby odstąpili ją // krawcy pamięci (…) (z wiersza Tak sobie czekam)
Z kolei w Powodach fotografii, którego obszerne fragmenty przytaczam poniżej, Poeta zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt rozważań związanych z pamięcią, a więc i z czasem przeszłym. Punktem wyjścia jest tu truizm uświadamiający, iż bieżące zdarzenia, uczucia, myśli w każdej sekundzie stają się z czasu teraźniejszego zapisywane przez czas przeszły. Natomiast na szczególną uwagę zasługuje niewyraźna granica przejścia miedzy nimi. Nie wiadomo nie tylko, jakie przeszłe elementy zostaną w człowieku, ale też – jeśli zostaną – jakimi słowami posłuży się do ich utrwalenia. Wszak Kowalski zwraca uwagę, że teraźniejszość stoi w przeciągu neologizmów. To samo pamiętać będziemy inaczej, w zależności nie tylko od krawców pamięci, ale i od aktualnego zasobu słownictwa. Chciałoby się dopowiedzieć: przefiltrowanego przez dodane w każdej sekundzie życie. I pytanie – czy noc (…) należy do przeszłości czy przyszłości i czy to co ją budzi jest tym co ją wspomina – pozostanie bez odpowiedzi.

Ale przecież nie tylko noc.
Wszystko jest swoim zakończeniem, wszystko.
Poza granicami tego co trzeba było powiedzieć
albo pomyśleć jest nic w zapominaniu, mgliste.
A życie szumi jak kartki dziennika na wietrze
zapisywanym przez nikogo. (…)
Potęga pamięci to minione dni, które są otwartymi
drzwiami, a teraźniejszość stoi w przeciągu
neologizmów. Noc przysypia na drzewach i nie
wiadomo, czy należy do przeszłości czy przyszłości
i czy to co ją budzi jest tym co ją wspomina.
Czy płomyk pisania jest także swoim cieniem?
Czy jestem własnym zdjęciem trzymanym przez los?

Problematyka temporalna dominuje także w innych wierszach Kowalskiego, żeby wymienić tylko niektóre: Co będzie, co było; Erem, może to wszystko; Teraz na kursie, w pyszczku (Teraz dopływające do nigdy, / ten halsujący kwiat); Czas po przejściach; 1971; Kolosy Memnona; Jak patrzeć, jak zapomnieć; I tak, Żniwa późnej jesieni.
W wierszu Tak powiedzą Kowalski konstatuje: Ci, którzy przyjdą po mnie, powiedzą po latach, „to było przecież tak dawno”, / powiedzą kiedyś, „dziś morze jest takie spokojne”, / powiedzą, „chodźmy już”. Pobrzmiewa strofa Asnyka: Daremne żale – próżny trud, / Bezsilne złorzeczenia! / Przeżytych kształtów żaden cud / Nie wróci do istnienia.

Piasek w klepsydrze przesypie się. Czas aktualny przeniknie do przeszłości, która uobecni się w pamięci. Czasy przemieszają się i może się nawet okazać, że to wspomnienia się ukonkretnią, staną się bardziej rzeczywiste niż tu i teraz. Jest to ważne, bo wtedy zaledwie przeczucie, utrwalone w ułamkowym błysku, jakiś fragment migotliwie majaczący w jednostkowym spojrzeniu może okazać się wart utrwalenia. Poeta uczyni z niego źródło twórczości i w swoich wierszach odnotuje to nieustanne zadomowienie się w każdym poranku, gdzie jutro rozlewa się połacią. Czy to na stacji Once w Buenos Aires, w Pesach, przy Ścianie płaczu w Jerozolimie, Galilei czy Górze Oliwnej, na targu w Yafo, nad rzeką czy koło świerków, w miejscach znanych i anonimowych objawi się codzienność ale i zarazem niezwykłość, składająca się na sens poznania życia. Człowiek będzie jak u Przybosia: Żyjąc – wdychał aż do krwi krajobraz za krajobrazem. Można by godzinami kontemplować te momentalne objawienia, powidoki, ich epifaniczny charakter. Przetłumaczone na obraz poetycki, poetyckie refleksje stanowią o sensie tworzenia, a więc i życia, bo świat (także ludzie jako jego cząstki) istnieje w taki sposób, w jaki człowiek go postrzega i opisuje. Można by powiedzieć, że wrażliwość poety przekłada się na wrażliwość obrazu, metaforę. I gdyby wejść w dyskurs z Jolantą Brach-Czainą należałoby szczególnie zaakcentować, że nie tylko krzątactwo składa się na fundament codzienności, ale związana z nim zaduma, kontemplacja. Kowalski wielokrotnie zaświadcza o nasłuchiwaniu świata, które przefiltrowuje przez myślące i czujące „ja”, ba, przez język, bo to on jest ostatecznie narzędziem opisu. W tym językowym zakresie – zdaje się sugerować – należy pozostać szczególnie uważnym, bo I całe „przed” i całe „po” jest brzęczeniem. / I wszystko pomiędzy jest wadą wymowy – jak ironicznie napisał w wierszu Być całym światłem naraz.

Gdyby skupić się na tejże przestrzeni, mieszczącej się pomiędzy „przed” i „po”, należałoby przytoczyć jeszcze klamrowe fragmenty wiersza Kolosy Memnona: To co nas zapowiada jest uśmiechnięte, ma upór kwarcytu / i jaśnieje w oczach (…)/ To co nas zapowiada, ten śpiewający wiatr w szczelinach, traktat osypujący się / w piasku, gdzie ubywa świata i przybywa go w tobie, czy fragment Przemowy do Kogoś, Kogo nie boję się nazwać, daremnie: przyszłość wiesza się daremnie u sklepień jakiegoś snu. (w tym wierszu przemieszanie jawy i snu kieruje nas ponadto w stronę poetyki surrealistycznej). A te zacytowane fragmenty spuentować aforystycznym zakończeniem wiersza W ruchu: Czasami śmierć ogląda się za siebie / w poszukiwaniu początku.

Wiele omówionych już motywów spaja wiersz Nieporuszona jest dokuczliwość godziny, który przytaczam w całości:

Nieporuszona jest dokuczliwość godziny,
która dzieje się ponad zimowymi głowami,
        ten ptak, który sztywno przysypia na drucie
        i który nie wie czy kiedykolwiek miał nam coś
do powiedzenia, ale czy wie, że bywa częścią
nieuwagi tego krajobrazu, kiedy świat się
        pogania, kiedy nie zauważa, że marzy, że kocha.
        Trzeba wciąż szukać karmników, saren pomiędzy
drzewami, śladów racic i strzępków sierści, aby być
dostrzegalnym jak zimno, jak ciężar, który pochyla
        południe, na wypadek gdyby nas przy tym nie było,
       gdyby coś w tobie powiedziało mi o tym.
Lecz ku czemu rozwija się ten kłębek myśli, lub
przeciwnie, ku czemu rozmywa się w oczach
jak obraz?

Pisarstwu Kowalskiego towarzyszy bardzo duża świadomość „słowotwórstwa” jako procesu tworzenia w słowie. W poezji świat, aby mógł zaistnieć, potrzebuje medium, w tym przypadku subiektywnego podmiotu lirycznego, który patrzy, doświadcza, czuje, myśli, wreszcie nazywa. Ważny jest nie tylko jego intelekt stymulowany przez zmysły, ale i emocje kontrolowane przez umysł. Mamy więc w poezji Kowalskiego dyskurs intelektualizmu z sensualną wrażliwością, a świat w jego wierszach – analogicznie – można zobaczyć w podobnej perspektywie: z jednej strony zmysłowy, materialny, z drugiej – uchwycony w swej duchowości, irracjonalny, oniryczny. Przy tym wszystkim Poeta zdaje sobie sprawę z niewystarczalności języka jako narzędzia wyrażania, nazywania czy kreowania. Jak miałby zaistnieć, kiedy „lustro obejmie go nagle w tłumie skaczących leksemów”?

A co pod nami? Ciemna, mięsista pamięć pokoleń. Niedostrzegalnie usuwa
się nam spod nóg, a my usuwamy się razem z nią. To co najlepsze w słowach,
to co najdziksze w nich, słyszę zawsze spoglądając w dół, w tę senną otchłań
tych którzy zeszli tam przed nami. ( z wiersza Jak dolegliwość)

W relacji człowiek i jego zewnętrzność, która na niego wpływa i zmienia, a więc także w relacji człowiek i sztuka ważne stają się pytania, które stawia Autor w wierszu Spoko:

Nigdy tego nie wiem, ile mnie przybywa / w istnieniu książek, na które znowu spoglądam: Keret, który kończy krótko jak ostrze, Murakami, / dla którego pisanie jest maratonem (…) nie wiem też, z jakim mną odpłynie muzyka: suity Telemanna, które nas długo słuchają, lato Schuberta (…).
I które puentuje w zakończeniu wiersza:
Ale Olga mówi, że jest spoko, że piękno bywa / niedostrzegalne jak postscriptum / jak minuta od świata / jak podmuch przyszłych wydarzeń.

Nie tylko tworzenie ale i obcowanie ze sztuką składa się na budowanie własnej tożsamości. I tak poezja Jacka Kowalskiego daje czytelnikowi pożywkę do myślenia, pozwala zatrzymać się w codziennej krzątaninie, jest po prostu Mądra. A przy tym urzeka pięknem i precyzją języka. Raz po raz natrafiamy na wersy, które dla mnie brzmią jak aforyzmy, że przytoczę tylko parę:
- pył jest także prawdziwą historią (z wiersza Prawdziwa historia, w podskokach);
- Myślimy, zawsze przydarzamy się komuś. / Myślimy, świat jednak przyrasta. (z wiersza Myślimy, północ);
- Ledwo cię widać, życie, które tu jesteś, być może. / Zastanawiające, jak cicho sprzątasz po sobie. (z wiersza Astrologia);
- Należę do ekspedycji w kraju, którego nie ma tak dalece / jak języków miłości, które się zna, ale się w nich nie mówi. (z wiersza Siedem zachodów psa).

Z poezją Jacka Kowalskiego zetknęłam się po raz pierwszy dopiero teraz. Jego tomik Mu! został bardzo starannie wydany przez Towarzystwo Przyjaciół Sopotu jako 161 tom Biblioteki „Toposu”. Zawiera 72 wiersze, z których żaden nie wykracza poza jedną stronę, zatem spis treści to układ kolejnych liczb od 5 do 76. Tylna okładka (ze skrzydełkami) zawiera zdjęcie Autora i jego krótki biogram, z którego dowiadujemy się, że oprócz tego, iż jest poetą (rocznik 1959), jest także germanistą, bibliotekarzem i tłumaczem. Wydał osiem tomików, w tym ostatni pt. Kilwater Holendra w 2013 roku. Publikował w prasie literackiej polskiej i izraelskiej, a jego wiersze były tłumaczone na kilka języków (szwedzki, chorwacki, hebrajski, niemiecki). Życie związał z Krakowem, gdzie mieszka i pracuje.
Dlaczego dość szczegółowo przytaczam informacje o Autorze zapisane na okładce? Odpowiedź jest prosta. Strona Google, do której sięgamy (to już nawyk) po informacje, milczy na jego temat. Jacek Kowalski – poeta, germanista, tłumacz, bibliotekarz nie istnieje w sieci. Nie istnieje w sieci, czyli nie istnieje w ogóle. Owszem, jest Jacek Kowalski poeta, tłumacz, ale romanista, historyk sztuki, profesor UAM. Przypadkowa zbieżność. Dlaczego w internetowym omnibusie nie ma żadnych informacji o Autorze Mu! i jego wcześniejszych tomikach (z wyjątkiem krótkiej wzmianki o Kilwaterze Holendra z 2013), o tym, jakie mają tytuły? kto je wydał i kiedy? jakie były recenzje? Podejrzewam, że ta mądra i ważna poezja padła ofiarą koniunkturalnego rynku wydawniczego. Na poezji wydawnictwa nie zarabiają (poza nazwiskami już dobrze ugruntowanymi na rynku czytelniczym), więc trudno oczekiwać, że zechcą sponsorować niepewny towar. Twórcy przekonanemu, że jego poezja po prostu ma sens, pozostaje wydanie wierszy na własny koszt i… no właśnie, niewprowadzenie tomiku do obiegu, bo dystrybucja w tej sytuacji jest utrudniona.
Nie wiem, czy takie były losy tomików tegoż Jacka Kowalskiego, to tylko przypuszczenia. Ale cieszę się, że skoro pominęłam jego teksty w prasie literackiej (czy dużo publikował? – nie wiadomo), teraz miałam szansę nad tą trudną i zachwycająca poezją się zatrzymać, zamyślić.

Czytelnik, biorący do ręki Mu! Jacka Kowalskiego, zanim zajrzy do środka, zobaczy na okładce wahadło Newtona (inaczej: kołyskę Newtona), czyli przyrząd, który prezentuje prawo zachowania pędu i energii podczas sprężystego zderzenia kul. A mówiąc prościej, ilustruje doświadczalnie zależność akcji i reakcji. Działa w ten sposób, że kulki zawieszone na nitkach mogą wykonać wahania w jednej wspólnej płaszczyźnie i jeśli jedna kulka zostanie odchylona i puszczona, to spadając spowoduje wybicie kulki na drugim końcu przyrządu, a jej odchylenie będzie prawie takie samo jak uderzającej. Zdjęcie na okładce pokazuje moment odchylenia jednej z kulek. Nie można nie dodać, że wahadełko Newtona jest ponoć ulubionym gadżetem dyrektorów i prezesów, jako że przypisuje mu się uspakajające właściwości. Czyżby Autor chciał mnie uspokoić zanim zobaczę, co w środku? Nie sądzę. Może raczej swoją akcją-pisaniem chciałby sprowokować mnie-czytelnika do reakcji-uważnej lektury. Ba, może nawet marzy mu się czytelnik sensownie wy-czytujący zostawione przez niego znaki, obrazy, metafory. A może czytelnik, który wcieli się w „chuligana” poszukującego w jego ekspresji własnych przeżyć i myśli, zgodnie z przekonaniem W. H. Audena: „Jako czytelnicy prawie wszyscy przypominamy trochę owych uliczników, którzy domalowują wąsy pannom na afiszach”.
Posłużyłam się słowami brytyjskiego pisarza nie bez przyczyny, bo jak mam się zmierzyć z interpretacją samego tytułu? Czy Mu to skrócona forma zaimka osobowego, czy naśladowanie odgłosu, jaki wydaje krowa, a może nazwa legendarnego, zaginionego kontynentu na Pacyfiku albo nazwa rzeki (w Mjanmie czy na wyspie Hokkaido w Japonii). A może coś jeszcze? Może Autor zakpił z czytelnika i tytuł jego zbioru pełni funkcję odpowiadającą zdaniu Koniec i bomba a kto czytał ten trąba.
Wyjaśnienia, o ile da się zbliżyć do tejże zagadki, czytelnik ma szansę poszukać w środku zbioru. Na 59 stronie znajduje się wiersz noszący tytuł Mu! Co ważne, jest poprzedzony wierszem Tej jesieni, a po nim znajduje się Na zimnych wargach. Dlaczego wydaje mi się to ważne? Otóż wiersze w tomie zostały tak ułożone, że wchodzą z sobą w dyskurs, co stwarza dodatkowy kontekst dla przywołanych w nich sensów. Mu! to dla mnie jeden z najważniejszych wierszy w tomie, zatem przytoczę go w całości.

Mu!
To nieprawdopodobne, jak blisko jesteś,
kiedy pada śnieg.
Płatek to ty, płatek to ja, nasze ciche życie.
Nuty wielkich białych skrzypiec, które
zginają nam karki i odbierają mowę.
Jest mroźny czas serca, ubywa nam słów,
przybywa śladów.
To nieprawdopodobne, jak daleko jesteś,
kiedy przestaje padać śnieg.

Rozpoczęłam ten tekst fragmentem wiersza Tomasa Tranströmera i chcę go zakończyć też wierszem tegoż autora, znakomicie korespondującym. Tym razem Z marca ’79, również w tłumaczeniu Leonarda Neugera. Niech mówią poeci, moje uwagi są tu zbyteczne.

Dość mając wszystkich, co przychodzą ze słowami – słowa, ale nie język –
Jadę na ośnieżoną wyspę.
To co dzikie nie ma słów.
Niezapisane kartki szerzą się na wszystkie strony!
Napotykam ślady sarnich racic na śniegu.
Język ale nie słowa.

Jacek Kowalski „Mu! ”, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2018, str. 80

Anna Krasuska