„W hotelarni świata” Marii Borcz

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: piątek, 04, styczeń 2019 Drukuj E-mail

Leszek Żuliński

WIERSZE O LEMINGACH

Tę gorzowską autorkę znam od lat; bardzo ją lubię i cenię. Maria Borcz debiutowała swoim pierwszym tomikiem w roku 2007, a ten jest już jedenastą jej książką poetycką. Nawiasem mówiąc, ładnie wydaną i z ładną okładką zrobioną przez Beatę Klary. Czyli: „lektura zaczyna się dobrze”.
Zatem zabieram się do swoich czytelniczych uwag. Zaczyna się wszystko wymownym cytatem z Romana Ingardena: Na skraju dwóch światów: jednego, z którego wyrasta i który przerasta największym wysiłkiem swojego ducha, i drugiego, do którego się zbliża w najcenniejszych swych wytworach, stoi człowiek, w żadnym z nich naprawdę nie będąc „w domu”.
Tak, to motto wyjątkowo pasuje do tych wierszy. Bowiem cały ten cykl jest „opowieścią” o naszym zagubieniu, alienacji, bezradności… O naszym życiu rozsypanym bezładnie jak pionki na szachownicy.

Już pierwszy wiersz (od którego wziął się tytuł tomu: W hotelarni świata) przesądza całość zbioru. Oto on: I. piją by zapomnieć / znudzeniu naturą / szlafrokową miłością / konfliktem cywilizacyjnym / bezpłciowością pełną pułapek / zachodami i wschodami słońca / nie chcą już tańczyć / pija aż po zawrót głowy // II lokatorzy z hotelarni świata / sami nie zbudują sobie mostu / czeka ich trudna przeprawa / w walce z prądem mogą utonąć / uciekając od życia / tylko na jakiś czas / są zakleszczeni pomiędzy / kołyska a grobem // III łamią bariery forsują granice / łokciami pośladkami / jest coraz tłoczniej / coraz głośniej coraz bezduszniej / lokatorzy z hotelu świata / wznoszą kielichy z płynna tożsamością / nie da się ich zaprogramować.

Tak, ten wiersz jest forpocztą reszty. Kwintesencją poniekąd fatalizmu egzystencjalnego, którego w mniejszej lub większej wierze nikt z nas nie potrafi unieść. Myślałem sobie podczas kilkakrotnej lektury tego wiersza, jak by Leopold Staff na niego zareagował – on przecież był „poetą jasności”, afirmatorem życia. Maria Borcz opowiada natomiast vanitas vanitatum.

No cóż… Z takim nastawieniem nie można polemizować, bowiem jasność życia i mroczność życia są bliźniaczymi siostrami. Jan Lechoń pisał: Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną, / Powiem ci: śmierć i miłość-obydwie zarówno./ Jednej oczu się czarnych, drugiej modrych boję. / Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje… No cóż, Maria o miłości nie pisze… I zresztą nie wymawiam jej tego, bowiem każdy z nas dźwiga to, co go trzyma w „egzystencjalnych kajdanach”. Jestem jednak zaskoczony, bowiem znając Marię od lat nie podejrzewałem jej o taką „pomroczność”.

Sporo tu wierszy, nawet krótkich, opowiadających to nasze zagmatwanie jak ten pt. lokatorzy z hotelu świata: zbierają haki / do szantażu // penetrują przydrożne kałuże / bagna maja w nadmiarze // z błota możesz się oczyścić / gorzej gdy utopią w nim sumienie. Z innego wiersza zacytuję tylko tytuł: (…) nauczyliśmy ludzi, co mają robić, a zapomnieliśmy im powiedzieć kim są (ten tytuł jest wzięty od Alessandro Pronzato, włoskiego duszpasterza, który, nawiasem mówiąc, zmarł niedawno, bo w roku 2018).

Bardzo dobre posłowie do tego tomiku napisał Zdzisław Antolski. Cytuję wybrany fragment: Świat przedstawiony w wierszach Marii Borcz jest niezwykle pesymistyczny, szary i beznamiętny. Ludzie w nim żyjący nie mają cech indywidualnych, to świat bez uczuć, przypominający nierealne pejzaże z utworów Franza Kafki. Ta bezduszna i bezosobowa rzeczywistość to po prostu hotelarnia… I dalej: Poezja p. Borcz stawia podstawowe pytania o sens naszego życia, o sens świata. Odsłania miałkość naszej egzystencji nakierowanej na prymitywne przetrwanie. Potwierdza się i w pewnym sensie spełnia się na naszych oczach proroctwo Witkacego, który już w międzywojniu wieszczył, że człowiek przyszłości będzie wyjałowiony z duchowości. I dalej: Wiersze Marii Borcz są wielkim oskarżeniem współczesności o spłycenie życia intelektualnego i duchowego, o wszechobejmujący marazm, nihilizm i bylejakość (…) Jej wiersze są krzykiem, wołaniem na alarm…

Co ja tu robię? Antolski powiedział wszystko, co trzeba. Tak czy owak dawno nie czytałem takiego moralitetu. Cichego acz mocnego bicia na alarm…
Czy takie wiersze mogą „otrzeźwić” czytelnika? Powinny, moim zdaniem, ale tak się nie stanie. Bowiem tak już jesteśmy zatopieni w naszej epoce, która ciągnie nas jak samobójcze lemingi do morza.

Maria Borcz „W hotelarni świata”, Wydawnictwo PISARZE.PL, Warszawa 2018, str. 48

Leszek Żuliński