„Ludzie spod żagli” Wandy Karczewskiej

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: piątek, 21, grudzień 2018 Drukuj E-mail

Jerzy Żelazny

POWRÓT WANDY KARCZEWSKIEJ

Z krańców świata, gdzieś z antypodów do Europy płynie bark, żaglowiec, statek o nazwie „Ingrid”, jest on już przeżytkiem, na morzach powszechnie pływają parowce, wszak trwa jeszcze wiek pary, ale już się kończy, wypierany przez napędy spalinowe. Żaglowiec ten „płynie” w powieści Wandy Karczewskiej Ludzie spod żagli. I o ludzi w niej chodzi, nie o przestarzały, niepiękny żaglowiec, który nie wiadomo, co transportuje - jakiś ładunek przywiózł do nowego portu na Bałtyku, Gdyni. Załoga statku jest zdziwiona widokiem portu, wyraża zachwyt dla rozmachu nowego portu i dla miasta, które niedawno nie istniało.

Marynarze żaglowca wywodzą się z różnych stron, przede wszystkim ze Szwecji, to Szwed Hopkins jest na statku sztormanem, czyli oficerem kierującym wachtą, drugim oficerem jest Polak Doliwa, trzecim Niemiec Stock. Wśród marynarzy są też przedstawiciele innych narodów, Anglicy… Główną postacią powieści jest Szwed Lars Olafson, z tych Olafsonów, których mężczyźni zawsze byli marynarzami - jedni wracali z morza, inni zostawali na jego dnie.

Praca marynarza, zwłaszcza na żaglowcu, jest ciężka, wymaga żelaznej kondycji, sprawności fizycznej, ale również odporności psychicznej. Kimś takim jest Lars, ma tylko jeden kłopot – w ten rejs po raz pierwszy wypłynął z nim jego młodszy brat Swen, który chce zachować tradycję rodziny i być marynarzem, ale jego fizyczna sprawność nie ułatwia mu bycia wilkiem morskim. Pływanie po morzach świata starszego brata działa na wyobraźnię Swena, chce tak jak Lars, jak wielu Olafsonów, pływać na żaglowcach, odwiedzać porty, które oglądał do tej pory na pocztówkach przysyłanych przez starszego brata. I udaje mu się zaokrętować, gdy zmarła ich matka, której za życia musiał doglądać.

Płyną, pokonując oceany kanały morskie, zatoki, cieśniny, nie straszne im wichry targające żagle, płyną w deszczu, natykają się na ciszę morską albo sztorm. Płyną, gdy morze wdziera się na pokład, spłukując z niego nieostrożnych albo słabych marynarzy, ten rejs wymaga hartu od ludzi spod żagli. Nie ma go Swen, co się nie podoba sztormanowi Hopkinsowi, prześladuje go, wydaje mu polecenia nie do wykonania przez maminsynka i dekownika, jak go nazywa, a za niemożność spełnienia rozkazu czeka go pięść oficera. Swen, by jej uniknąć, ucieka na wanty, czyli na olinowanie statku, a tam nie mogąc się utrzymać jedną ręką, druga bowiem niewładna wskutek uszkodzenia barku, ginie. Ktoś podpowiada Larsowi, to wina sztormana, że Swen zginął…

Tak powstał konflikt, Lars uświadamia sobie, że pozostał sam, ojciec zginął dawno temu, matka zmarła, jej śmierć była warunkiem wyruszenia młodszego syna w morze, ukochany brat zginął z winy Hopkinsa. Zemsta za śmierć brata rodzi się w myślach Larsa. Ta zemsta musi spotkać sztormana. Trzeba tylko poczekać na stosowną chwilę, na nią czekają też inni uczestnicy rejsu.

Zło w marynarzach pracujących na żaglowcu „Ingrid” rodzi się na lądzie. Warto wspomnieć o przypadki Jima, stertniku z żaglowca. „ Człowiek z twarzą Jima - na lądzie nie budzi zaufania. Na morzu – inna rzecz. Tu trzeba silnych ramion, twardych mięśni, bydlęcej mordęgi, a reszta – cóż?… Na lądzie trzeba twarzy. Na lądzie wszyscy patrzą na twarz (…) Jim zaś, dobry Boże, miał twarz rzezimieszka. Z taką gębą niewiele mógł zwojować na tym świecie, a czego się tchnął, pech mu wszystko na złe przeinaczył” ( str. 33).

Jim w dość przypadkowej zwadzie w sydnejskiej knajpie z nieznanym mu Malajem ściągnie na siebie piętno zabójcy. Nie on zabił Malaja, ojca kelnerki, którą niechcący znieważył, za co Malaj znienacka go zaatakował, ktoś przyszedł mu z pomocą, ugodził napastnika nożem należącym do Jima. Cóż mu pozostało na statku – być podejrzanym i bez ustanku wycierać nóż, jakby krew ofiary przylgnęła do ostrza na zawsze i nie dała się zetrzeć, nie dała się przede wszystkim zatrzeć pamięć o zabójstwie. Z tej przypadłości jak i Larsa można wysnuć przestrogę moralną autorki Ludzi spod żagli – człowiek jest winien zbrodni, chociaż jej nie popełnił, ale nosił się z takim zamiarem, miał chęć to uczynić. Z zemsty lub choćby to sprawił przypadek. Sprowokowany przypadek.

Tu na morzu jest okazja by dać ujście swym klęskom na lądzie. Hopkins odgrywa się na innych marynarzach, nawet na psie, którego bez powodu zranił kopniakiem, bo został zdradzony przez żonę – chciała z nim żeglować, ale mimo próśb i gróźb nie zgodził się – żona ma czekać w domu na powrót marynarza. Anna, żona Hopkinsa, nie chciała czekać i tęsknić - znalazła sobie innego z jachtem pełnomorskim i z nim popłynęła w świat, a zdradzony mąż swoją złość wyładowuje na innych. Z tego powodu jest przez załogę znienawidzony. Podczas huraganu ginie spłukany z pokładu żaglowca, członkowie załogi są przekonani, że to sprawka Larsa. Z tym piętnem Lars wraca do domu. Czuje się osamotniony, a morze, uważa, nie zmyje piętna przeświadczenia o jego złym czynie.

W historii Larsa autorka drąży odpowiedzialność moralną człowieka, nadając zdarzeniom na statki „Ingrid” znaczenie uniwersalne i w tym sensie powieść ta staje się pokrewna marynistycznym powieściom ConradaSmudze cienia, a przede wszystkim Murzyna z załogi ”Narcyza”. Lars Olafson pewnie znajdzie uspokojenie moralnych cierpień, gdy zaopiekuje się po zejściu na ląd osieroconą córką Hopkinsa, której wydaje się, że on jest jej ojcem, czego Lars nie dementuje. Poszukiwanie dobra, zduszenie w sobie zła, to nakaz moralny, który rodzi się w niektórych postaciach powieści.

Książka, która leży przede mną, to trzecie wydanie powieści Ludzie spod żagli. Jej pierwsze wydanie ukazało się w 1937, drugie w 1948 roku, a obecne po siedemdziesięciu latach znalazło się na półkach księgarskich dzięki staraniom kaliskiego Stowarzyszenia Promocji Sztuki Łyżka Mleka, które od kilku lat przywraca pamięć o pisarce, wydając jej najważniejsze dzieła. Wanda Karczewska (1913 – 1995) w Kaliszu spędziła dzieciństwo i lata szkolne, tu zdała maturę. I chociaż po II wojnie światowej mieszkała w Poznaniu i Łodzi, a nawet przez rok w Szczecinie, to z Kaliszem przez całe życie utrzymywała kontakty. Kalisz obecny jest w jej utworach, zwłaszcza w wierszach.

Powieść marynistyczna Ludzie spod żagli jest jej debiutem literackim, przyjętym z zainteresowaniem przez krytykę literacką, zyskała nagrodę za twórczość marynistyczną. Powieść ta nieco zdumiewa, gdyż jej treścią jest praca ludzi morza, ich niełatwe życie, praca na pograniczu fizycznej zagłady, dylematy moralne ich morderczej egzystencji. Wyszła spod pióra dwudziestoczteroletniej kobiety, której jedynym doświadczeniem marynarskim były rejsy szkolne po Bałtyku jachtem, odwiedzanie bałtyckich portów.
Z tej praktyki Karczewska czerpała podstawową wiedzę o żeglowaniu, ale na pewno pogłębioną lekturą fachową, a przede wszystkim lekturą dzieł Josepha Conrada, czyli Józefa Konrada Korzeniowskiego, Polaka, wieloletniego marynarza na statkach różnych bander, piszącego po angielsku i należącego do literatury angielskiej. O wielkości prozy Conrada nie trzeba nikogo przekonywać, a Karczewska miała ambicję stworzenia powieści marynistycznej typu conradowskiego, w której najistotniejszym przesłaniem są uniwersalne problemy moralne człowieka. Myślę, że w dużej mierze zamiar ten, poza drobnymi i małoistotnymi mankamentami, został osiągnięty.

Chcę zwrócić uwagę na postać drugiego oficera, Polaka, o nazwisku Doliwa, który po śmierci sztormana Hopkinsa przejmuje jego dowódczą rolę. On od wielu lat pływa pod różnymi banderami, przypomina samego Conrada, który zapuszcza się w ten rejon świata, do swej pierwszej ojczyzny. Pod drodze pojawia się żaglowiec, początkowo oficerowie nie mogą rozpoznać pod jaką banderą płynie owa fregata. Gdy Doliwa zauważa, że to polska bandera, stanowi to dla niego wielkie przeżycie - tak wiele powstało w jego dawnej ojczyźnie bez jego udziału. Oczywiście, gdy ujrzą z pokładu ów żaglowiec, przyrównując go do tego, którym oni płyną, jest on niczym strojna dziewczyna wobec obszarpanej starej kobiety. Ten jacht to może „Dar Pomorza”, na którym od roku 1930 szkolą się polscy marynarze. Oczywiście Doliwa to nie Joseph Conrad, ten zmarł w 1924 roku, a Polskę odwiedził wcześniej. To tylko podobieństwo losów tych dwu postaci – rzeczywistej i fikcyjnej.

Powieść Karczewskiej po raz pierwszy ukazała się w określonym kontekście historycznym, kulturowym. Społeczeństwo polskie, przynajmniej jego część, przeżywa radość i dumę z powodu uzyskania dostępu do morza. Powstaje Liga Morska i Kolonialna, która propaguje działania na rzecz związania Polski z morzem, jego gospodarczego i kulturowego wykorzystania dla dobra kraju. Popierany jest rozwój marynistycznych form nie tylko literackich, ale również w innych dziedzinach sztuki. Śpiewano „Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec…” albo „Pod żaglami Zawiszy, życie płynie jak w bajce…” . To było sentymentalno-patriotyczne patrzenie na morze.

W tym nurcie utrzymanych jest wiele tekstów marynistycznych. Wanda Karczewska poszła innym tropem – Żeromskiego i Conrada, stworzyła dzieło o ambicjach uniwersalnych, drążące problemy odpowiedzialności moralnej człowieka.
Powieść Wandy Karczewskiej Ludzie spod żagli, jak i inne utwory tej autorki, zostały w dużej mierze zapomniane. I świetnie, że kaliskie Towarzystwo stara się je przywrócić czytelnikom. Są tego warte, a zwłaszcza ta pierwsza, debiutancka, która zdumiewa swoją dojrzałością artystyczną i przesłaniem ideowym.

Wanda Karczewska „Ludzie spod żagli”, Stowarzyszenie Promocji Sztuki Łyżka Mleka, Kalisz 2018, str. 164

Jerzy Żelazny


Przeczytaj również w „porcie literackim” recenzje książek W. Karczewskiej Listy do Seweryna (2012) – pióra Beaty Patrycji Klary oraz Odejście (2013) autorstwa Agnieszki Narloch