„Pierzchające ogrody” Bogusławy Latawiec

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: sobota, 01, grudzień 2018 Drukuj E-mail

Anna Krasuska

TŁUMACZENIE (SIĘ) Z LEKTURY

Czytanie wierszy jest pisaniem powtórnym, czytelnik wydaje się drugim autorem, jak tłumacz, gdyż on także opowiada – mówiąc czy myśląc o swoim czytaniu – istotne dla siebie przypadki i doznania wyobraźni. Chcąc nie chcąc, porzuca niewykonalną neutralność i historycznoliteracką erudycję na rzecz instynktu i zaangażowania: „Jako czytelnicy prawie wszyscy przypominamy trochę owych uliczników, którzy domalowują wąsy pannom na afiszach” – twierdził Wystan H. Auden (Ręka farbiarza i inne eseje, przeł. H.Krzeczkowski i in., Warszawa 1988)

Nieprzypadkowo pisanie o mojej przygodzie czytania Pierzchających ogrodów Bogusławy Latawiec poprzedzam refleksją Piotra Śliwińskiego (Nowe wiersze wybrane, red. tomu P. Śliwiński, Poznań 2017). Dlaczego? Poezji Latawiec poświęcono tak dużo wnikliwych studiów, tak wielu wybitnych znawców o jej twórczości pisało (również Pierzchające ogrody zawierają posłowie autorstwa Piotra Michałowskiego), że dzielenie się przemyśleniami po lekturze tegoż tomu mocno mnie onieśmiela. A ośmiela – przyzwolenie na bycie „chuliganem”, poszukującym w cudzej ekspresji własnych przeżyć i myśli.

Zbiór 50 wierszy, zamieszczonych w tomie, poprzedza motto z ballady Znikomek Bolesława Leśmiana:

I powikłane od lęku, w mrok pierzchające ogrody!
A w dłoniach – nadmiar istnienia, a w oczach – okruchy nocy.

Te dwa wersy nie tylko wskazują na zapożyczenie przez Autorkę tytułu zbioru, ale – co dla mnie ważniejsze – stanowią DNA zebranych wierszy. Generują ich sens, tym samym pełnią zadanie odpowiadające w życiu żywych organizmów roli nośnika informacji genetycznej. Dzieje się tak dlatego, że każde ze słów tego cytatu, każdy użyty tu związek frazeologiczny może stanowić klucz do otwarcia znaczeń „całości”. Mamy więc i powikłanie z dopowiedzeniem: od lęku, i ogrody, których wyznacznikiem jest pierzchanie, i wreszcie wyeksponowanie wrażeń zmysłowych – dotyku, wzroku – które odpowiedzialne są za naszą percepcję świata, tu nadmiaru istnienia czy ukrytych za metaforą okruchów nocy, mroku.

Gdyby szukać dalszych paraleli z naukami biologicznymi, można by powiedzieć, że w genetyce znaczna długość cząsteczek DNA powoduje konieczność ich specjalnego, bardzo ścisłego upakowania, stworzenia formy bardziej skondensowanej. W poezji Latawiec taka skondensowana forma została uzyskana dzięki spiętrzeniu zabiegów stylistycznych, różnego rodzaju tropów, które przyjmują postać palimpsestu, odsłaniając kolejne przestrzenie znaczeń. Zda się bez końca, bo to poezja trudna, gdyby starać się „wszystkie” jej cząsteczki DNA wyczytać. Genetyk powiedziałby, że o zapisaniu informacji genetycznej w DNA decyduje zarówno sekwencja nukleotydów, jak i ułożenie nici DNA w nukleosomach. Mnie, jako czytelnika, prowadzą starannie przemyślane, uporządkowane ciągi znaków, znaczeń, symboli, kontekstów itd., które stanowią podstawę estetycznego wzruszenia, acz niepoddającego się naukowym pomiarom.

Fachowy język biologa dokładnie precyzuje, że każda z nici DNA ma na jednym końcu… że łańcuch nici DNA zawiera informacje genetyczną o kolejności(…), o sekwencji (…), o regulacji ekspresji genów (…) itd. A Poetka? Ona otwiera tom znaczącym wierszem Nić światła. Można byłoby go potraktować jako poetycki wstęp do całego zbioru i – gdyby ponownie pokusić się o biologiczny termin – jego oryginalne, autorskie DNA. Co ciekawe, każdy wiersz jest opatrzony informacją o czasie jego powstawania (układ chronologiczny). Ten, w porównaniu z innymi w zbiorze, był tworzony najdłużej, dokładnie trzy lata (od grudnia 2014 r. do grudnia 2017 r.).

Nad Wartą stada wróbli
pryskają spod moich stóp

Na brzegu Morza Czarnego
czaple niczym siwe sny piórowe
omijają mnie z daleka.

Obraz przestrzeni, zarówno bliskiej, jak i dalekiej, posiada cechę wspólną – nie daje się uchwycić, zatrzymać na dłużej. Tu stada wróbli pryskają, czaple omijają, ówdzie ptasi jazgot spłoszony (Do ojca), Księga Uchodźcza, nicość umykająca spod nóg (Sypka nicość), świat umykający (Płaszcz w jodełkę), minione błysnęło o świcie (Znienacka). Świat pozwala się zobaczyć tylko w momencie, jednorazowym olśnieniu. Jednostką człowieczego czasu staje się okamgnienie. To bardzo ważne, bo ten ułamkowy błysk nie pozwala na dogłębne analizy, obraz nie zastyga pod lupą, żeby można go było zbadać. Dany jest nam fragmentarycznie, ułamkowo, skazując na przeczucia i domysły.

W Nici świata Latawiec przewrotnie sugeruje, że mniej ułomna zda się percepcja kotów obdarzonych ludzkimi pieszczotami: Tylko koty z rzymskiej Agory / (…) mrużą oczy pod moimi palcami / słuchając / jak mrok powierza nas jasności / a jasność cieniom. Ciekawy to obrazek. Można domniemywać, że głaskany kot mruży oczy z rozkoszy (o czym wie każdy właściciel kota), a jeśli mruży oczy, wyostrza słuch, a może jeśli mruży oczy, paradoksalnie widzi więcej? O takiej zdolności widzenia w głąb, danej ludziom, pisali przed laty Grecy, nazywając ją myein (czasownik ten oznacza zamykanie oczu, aby wytężać zmysły wewnętrzne, duchowe, potrzebne do rzetelnej oceny rzeczywistości), wierzyli w taką zdolność również romantycy, widzący oczyma duszy. Tu nadmiar postrzegania dany jest kotu, który widzi „pełniej”. A co? Na przykład nasze zadomowienie w stronie biernej (nie powierzamy się, ale jesteśmy powierzeni), jesteśmy pod jurysdykcją mroku, między jasnością a cieniem. Świat dzieje się poza naszą wolą. W puencie wiersza następuje dookreślenie: (mrok) cierpliwie budzi minione / nawijając je na motek / z urn.

Człowiek żyje na przecięciu teraźniejszego i przeszłego. Może nawet przeszłe skuteczniej zawłaszcza naszą rzeczywistość, wszak niestrudzenie przyrastają nam wspomnienia, pamięć o minionym wytrwale się „nawija”. Czas biegnie do przodu, ale też z każdą chwilą rozwija się wstecz. Żyjemy odwróceni, przyjmując kierunek od istnienia w rzeczywistości do istnienia w pamięci, wspomnieniach, spajając te dwie czasoprzestrzenie w jedną. I ta sytuacja zwrócenia wzroku (jako głównego narzędzia poznania) przed siebie i za siebie równocześnie jest dla poezji Latawiec znamienna. Piotr Michałowski omówieniu wierszy Pierzchających ogrodów nadaje tytuł W oczach pamięci, w pamięci oczu, a rozpoczyna je zdaniem: Wszystko toczy się miedzy spojrzeniem a pracą pamięci – jako uparcie ponawiana próba scalenia, pogodzenie teraźniejszych doznań z epifaniami przeszłości. Tu i teraz miesza się z tam i wtedy. Wyznaczenie jakiejkolwiek granicy czasu staje się niemożliwe. Panta rhei.

Taka sytuacja otwiera przestrzeń dla… pisania. A wyczytując intencje Autorki – dla tworzenia poezji. Poezjowanie jest bowiem traktowane jako próba niemożliwego z założenia, ale jednak podjętego przeniesienia, przetłumaczenia obrazu na słowa. Celem poety staje się utrwalenie za pomocą słów stanu pogranicza między tym, co realne, a tym, co nierealne, rzeczywiste – nierzeczywiste, materialne – duchowe, fizykalne – ponadzmysłowe, ciemne – jasne. Związane z bytem i niebytem. Opozycje można byłoby jeszcze mnożyć. Są one jak wątek i osnowa. Aby utkać materię, muszą się przeplatać. Piękne tkanie jest więc zadaniem artysty, jak było kiedyś pracą Arachne.

Zgodnie z wierzeniami Greków Arachne podjęła rywalizację z Ateną, stając do zawodów o tytuł zwyciężczyni w sztuce tkania. Atena, doceniając piękno pracy Arachne, z zemsty zamieniła ją w pająka, tym samym symbolicznie powierzyła pieczę m.in. nad poetami. Wierszy nawiązujących do motywu pisania-tkania jest w zbiorze dużo, ale istotny staje się także wybór Nici światła jako wiersza rozpoczynającego tom. Nić Arachne, ale i nić DNA, jest tu nicią światła. Na temat symboliki światła napisano wiele i nie miejsce ku temu, aby takowe optyki badawcze omawiać. Mnie, jako czytelniczkę, bardziej interesuje światło w kontekście mroku, a mówiąc precyzyjniej – światło jako „to”, co ukrywa ciemne i/lub nierealne. Światło skupia bowiem uwagę, odsuwając w cień to, co poza nim. A przecież okruchy nocy cały czas w nas tkwią. Ciemnia świata to też nasz świat (W ciemni świata).

Powinieneś być ze mną od świtu / (…) ale cię nie ma / (…) miałeś mi stróżować w ciemnościach / które we mnie na mnie polują / z myśliwskim rytuałem zmów: / zasadzką w okrążeniu / obławą z ujadającą sforą tuż za plecami / z pościgiem na śmierć i życie (Stróżu mój).
Opozycją mroku jest oczywiście światło, które z jednej strony oślepia, poraża, podobnie jak słońce, na które nie sposób patrzeć bez ochrony oczu. Z drugiej jednak strony – dzięki niemu widzimy: albo postrzegamy przestrzeń objętą światłem, albo tylko promień światła kieruje nasz wzrok na jakiś szczegół. Takich „szczegółów” skupiających uwagę czytelnika jest w wierszach Latawiec wiele, mnie interesują te zakotwiczone w motcie.

Punktem wyjścia do refleksji jest dla Poetki najczęściej jakaś realność lub sytuacja mająca cechy realności, np. stół rodzinny, informacja w porannej gazecie, płaszcz w jodełkę, jakiś element przyrody (wróble, sikorki czaple itd.). Dlaczego konkret? Wydaje się, że przyłapanie świata tu i teraz albo przypomnienie szczegółu z wtedy i tam, daje poczucie zakorzenienia, oswojenia. Poczucie jednak złudne. Co najwyżej realność staje się punktem odniesienia do kreacji onirycznych, irracjonalnych, należących do sfery duchowej. Można by powiedzieć, że to, co metafizyczne, sięga korzeniami do DNA realnego. W tej sytuacji życie jest rozpoznawaniem obrazów, tych odbieranych zmysłowo (bo to zmysły umożliwiają poznanie) i tych wykreowanych.

Jak zwykle u Poetki granica jest płynna. Środowisko człowieka, jego mikroświat – ogród pozostaje w ciągłym ruchu, a to rozedrganie staje się też istotą ludzkiego życia.
Ziemia (…) / wszyscy pędzimy po niej uciekając i goniąc / jednocześnie / samych siebie (Czarni, biali, oliwkowi)
Światło szyn w pędzie / to jakbym uciekała i goniła / samą siebie w ulewie snu / (…) aż nie zatrzyma nas zgodnie z biegiem kół / ten co pilnie odlicza / naszą teraźniejszość od przyszłości (Ten co odlicza)
Powikłane od lęku, w mrok pierzchające ogrody stanowią esencję bytu i niebytu. Są jednocześnie ratunkiem i rozpaczą, gdyż Wierzę że ten świat umykający / nadal jest jak las w słońcu / łowny / i że potrafię w nim odnaleźć (choćby tylko we śnie) / mój wędrujący za mną / dziecięcy płaszcz – w jodełkę (Płaszcz w jodełkę)

Świat domagał się ujrzenia i takim rozpoznaje go podmiot wierszy. Za pomocą zmysłów odbiera bodźce: widzi, słyszy, dotyka, smakuje, czuje. Wydawać by się mogło, że to najpewniejsze mierniki. Ale nie, percepcja obarczona jest „błędem”, zostaje zdeformowana, staje się rodzajem iluzji. To jedynie prawda okamgnienia. A skoro tak, skoro nie można zaufać zmysłom, skoro w dłoniach ważymy nadmiar istnienia, ale w oczach zadomowiły się okruchy nocy, to musimy znaleźć swój własny sposób na opis naszego czucia-myślenia, naszego przeżywania, w którym dodatkowo spłata się tu i teraz z tam i wtedy. Połączenie tych różnych przestrzeni jako jedynej dostępnej nam „prawdy” można porównać właśnie do łączenia wątku z osnową, do tkania. Zachodzi tylko pytanie, jak tę materię, utkaną na poziomie percepcji-wzruszeń, zapętlenia czasów przełożyć na tekst? Czy w ogóle jest to możliwe?

(…) Liść z klonu i dłoń
same się sobie znienacka w moich oczach przyglądnęły
dziwiąc się że tak im do siebie kształtem blisko
a jednocześnie daleko:
od drzewa szumiącego – do liter milczących (Znienacka)

Możliwe, ale obarczone „odległością”. Zadania zbliżenia (czytaj: przekładu z języka zmysłów/wrażeń na język słów) podejmuje się tkacz – tłumacz (czytaj: poeta), trzymający w ręku nić światła (czy parafrazując: świat(ł)a). W szczegółach wygląda to tak:

Zagarnął czas ogrodu przeszły i teraźniejszy
aby zapętlone wiatrem motyle, osty, szerszenie
przerzucić na szeleszczące płótno papieru
a ich rozbieganą wspólnotę głosową
powierzyć własnej piszącej dłoni
i ciszy wiecznego pióra
w którego atramentową moc żarliwie wierzył

Po tym bezkrwawym przekładzie
ze stanu ogrodowego na stan wierszowy
długo boleśnie przeżywał (jak to bywa u tłumaczy)
ziemiste wędrówki mrówek
z przeoczonych przez siebie mrowisk (Tłumacz zieleni)

I nic już nie można dodać, bo kolejny przekład, tym razem sensu zamkniętego w trafnych poetyckich metaforach na próbę wyjaśnień „prozą”, byłby nie dość że trywializowaniem, to jeszcze zabiegiem całkowicie zbędnym. Bowiem poezja Latawiec, mimo skondensowania środków poetyckich, jest czytelna. Czytelna w takim zakresie, w jakim podążamy za myślącym i czującym podmiotem lirycznym, bowiem jego kreacja świata jest ekwiwalentem jego wrażliwości.

Zagadnieniom tworzenia poświęca Poetka wiele wierszy w tomie, z których najważniejsze to Tym od słów, Otwarta Biblia, Z liter i ziaren, Gdy oko rozumie i uszy słyszą, Ptaki nieloty II, To co szeleści, W bezświetlu życia, Martwa natura krawiecka Kiejstuta Bereźnickiego. Utworami tymi wpisuje się w toczący się od wieków (i nigdy nie mający szans na zakończenie) dialog na temat celu i możliwości tworzenia, zadań artysty itp. Możliwe, że właśnie w tej chwili Prędko przerzuciła do pamięci / zbiegłą z blasku stronicę jeziora / by nie umarła jak prześwietlona klisza / lub zagubiony e-mail (To co szeleści).

W mrok pierzchają ogrody, w dłoniach nadmiar istnienia – trzeba zatrzymać tę chwilę, bo z tu i teraz przejdzie w okamgnieniu do pamięci. A Pamięć jak korzeń wolno traci oddech / i łapczywie łowiąc tlen w zieleniach / gubi czas / ale nigdy nie zagnieździ skowronka po raz drugi / w tym samym gnieździe / i nie wydzwoni z wieży / tej samej godziny / bo wtedy całe mijanie / byłoby jedynie pędzącym za innymi snami / lotnym snem / bez biografii (Heraklit). To inny obraz motywu panta rhei – chcę nim „podsumować” moje tłumaczenie (się) z lektury Pierzchających ogrodów Bogusławy Latawiec. Celowo pominęłam tu wątek związków poezji Autorki z twórczością Przybosia czy Leśmiana, o których ona sama również się wypowiadała. I równie celowo chcę zakończyć ten tekst kolejną refleksją Piotra Śliwińskiego z cytowanej już książki.

Czytanie wierszy to jedyna forma istotnego kontaktu z poezją. Weryfikuje hierarchie, pogramy, dominujące trendy, mapy i metodologie, obala pomniki (poetyckie i krytyczne), w ogólności – jest przeciw pomnikom. Liczy się intensywność zadzierzgniętego związku z tekstem, ilość pracy, którą trzeba włożyć w lekturę utworu, poziom ryzyka, jaki temu towarzyszy, ekstatyczne przeczucie, że miedzy słowem a czytelnikiem stanie się coś naprawdę. Wszystko to są bodaj najważniejsze miary wartości poetyckiej, najhojniejsze nagrody i najlepsze z możliwych porażek.

Tak. Potwierdzam. Miedzy słowami Poetki a mną jako czytelnikiem stało się COŚ naprawdę.

Bogusława Latawiec „Pierzchające ogrody”, Wydawnictwo FORMA, Szczecin- Bezrzecze 2018, str. 64

Anna Krasuska

 

Przeczytaj też w ‘porcie literackim’ recenzje wcześniejszych tomów poetyckich B. Latawiec: Ciemnia (2012) – autorstwa Jolanty Szwarc oraz Zmowy (2015) pióra Leszka Żulińskiego