Jeszcze raz usłyszeć…

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: piątek, 30, listopad 2018 Drukuj E-mail

Jerzy Żelazny

Trzy lata temu miałem ogromną chęć pojechać do Warszawy na przedstawienie Kordiana Juliusza Słowackiego w inscenizacji Jana Englerta. Tym przedstawieniem Teatr Narodowy uczcił swoją 250 rocznicę powstania. Chciałem wrócić do tradycji swych wyjazdów do stolicy, których głównym celem było pójście do teatru. Podczas takiego wyjazdu, jeśli do była niedziela, potrafiłem „zaliczyć” trzy spektakle w trzech różnych teatrach – przedstawienie przed południem, popołudniowe i wieczorne. Takie ekstrawagancje fundowałem sobie latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku, rzadziej w osiemdziesiątych. Trzy lata temu zrezygnowałem z wyjazdu, bo to jednak nie te lata na takie podróże. Oczywiście żałuję, że wówczas zabrakło mi determinacji.

Inscenizacje Kordiana należą do tradycji warszawskiej sceny narodowej. Wszak dwustulecie polskiego teatru też w Narodowym uczczono przedstawieniem tego dramatu w inscenizacji Kazimierza Dejmka. I pierwsze powojenne przedstawienie Kordiana miało miejsce również w Tatrze Narodowym w reżyserii Erwina Axera. Był to rok 1956.

Polski dramat romantyczny powrócił na sceny teatralne po październikowym przełomie w owym roku, a właściwie już w trakcie tak zwanej „odwilży” poprzedzającej przełom październikowy. W listopadzie 1955 roku w warszawskim Teatrze Polskim Aleksander Bardini przygotował przedstawienie Dziadów Mickiewicza, natomiast w kwietniu 1956 roku odbyła się premiera Kordiana. W tym samym roku w Krakowie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego zrealizował przedstawienie tego dramat Bronisław Dąbrowski.

Tak się złożyło, że byłem na warszawskim przedstawieniu w 1956 roku. Pierwszy raz w życiu oglądałem na scenie ten słynny dramat Słowackiego. Bo wcześniej byłem za młody, by go oglądać, a poza tym Kordiana nie wystawiano; w czasach stalinowskich nie zezwalano na sceniczne realizacje literatury romantycznej – najważniejsze jej dzieła obnażały carskie samodzierżawie, ukazywały prześladowania polskich patriotów podejmujących walkę na rzec zrzucenia carskiego jarzma. Łatwo było kojarzyć przesłanie ideowe tych dzieł ze współczesnością. Nic więc dziwnego, że władza zależna od sowieckiego reżimu nie zezwalała na inscenizacje romantycznego dramatu. Dopiero po roku 1956, gdy nastąpiło złagodzenie cenzury, dramat romantyczny wrócił na sceny polskie, a więc również dzieło Juliusza Słowackiego.

Byłem w tym czasie studentem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, często z różnych powodów jeździłem do Warszawy i w czasie jednego z takich pobytów ( o ile mnie pamięć nie myli, był to zjazd naukowych kół młodych polonistów) wybrałem się wraz ze znajomymi na przedstawienie Kordiana w Teatrze Narodowym. To jedno z tych przeżyć artystycznych, które się pamięta długo - spektakl ten należał do wybitniejszych inscenizacji tego dramatu. Szczególnie utkwił mi w pamięci Jan Kurnakowicz w roli księcia Konstantego. Dzisiaj to legendarna kreacja tej postaci dramatu.

Postać samego Kordiana kreował Tadeusz Łomnicki, można rzec początkujący wówczas aktor, chociaż już znany z filmu Andrzeja Wajdy Pokolenie. To właśnie jego kreację postaci Kordiana pamiętam najbardziej, szczególnie scenę z II aktu, monolog Kordiana na szczycie Mont Blanc, kluczowa scena dramatu.
Rozpoczyna się ten monolog słowami:
Tu szczyt… lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną…
I dalsze słowa:
O gdyby tak się wedrzeć na umysłów górę,
Gdyby stanąć na ludzkich myśli piramidzie,
I przebić przesądów chmurę,
I być najwyższą myślą wcieloną…
Jakże aktualnie brzmią te słowa, możne je odnieść do dzisiejszych zdarzeń… Wtedy słowa Łomnickiego wyzwalały entuzjazm, nadzieję, odnosiły się bowiem wprost do myśli, odczuć, pragnień ówczesnych widzów.

Potem następował finał tej sceny. Padały słowa:
Pomyśleć tak – i nie chcieć? O hańbo! o wstydzie!
Nieście mnie, chmury! nieście, wiatry !nieście, ptacy!
Siadaj w chmurę – niosęć… Oto Polska – działaj teraz!...
I jak to w dramacie romantycznym: Kordian ze skał Mont Blanc w sposób cudowny zostaje przeniesiony do Polski, by podjąć czyn.
A jak to było na scenie? Tadeusz Łomnicki schodząc z Mont Blanc, zrzucał z siebie romantyczny płaszcz, podchodził do rampy oddzielającej go od widowni i wołał:
Polacy!!!
Dreszczem przejmowało to jedno słowo, dreszczem wstydu. Bo w tym okrzyku brzmiało: co się z wami stało, gdzie wasze ideały, marzenia? Gdzie wasz bunt? To był samotny bohater, wiedział, że przywódcy nie kwapią się, by stanąć na czele buntu, podjąć walkę, są oportunistami, a część jemu współczesnych młodych czyni tylko gesty patriotyczne, niezdolna jest do podjęcia czynu. A lud stoi z boku, czeka na widowisko, by klaskać podczas koronacji „nowego cara” i w gruncie rzeczy jest obojętny na losy Ojczyzny.

Krzyk Łomnickiego w kierunku widowni był protestem przeciwko małym ambicjom i wielkiego strachu Polaków czasów stalinowskich, oskarżeniem za godzenie się części społeczeństwa na niewolę narzuconą nam przez obcych. Łomnicki nie kreował Kordiana z czasów powstania listopadowego, lecz był bohaterem tamtych czasów, wyrazicielem częściowego przebudzenia narodu wydobywającego się z ponurych czasów stalinowskich.

Nie widziałem Kordiana w inscenizacji Jana Englerta, chociaż odbyło się już ponad pięćdziesiąt przedstawień, dramat ten jeszcze w tym roku, jak wyczytałem w programach Teatru Narodowego, z okazji 100 rocznicy odzyskania niepodległości pojawił się na scenie. Z doniesień prasowych wiem, że jest to przedstawienie zrealizowane z rozmachem. I ciekawi mnie, jak zostało zinterpretowane to zawołanie Kordiana Polacy!!!, gdy schodzi z góry Mont Blanc i staje przed swymi rodakami? Czy ma to odniesienie do najnowszych wydarzeń w kraju, czy obecnie widzów też przeszywa podobny dreszcz jak sześćdziesiąt lat temu? Jan Englert w trakcie pracy nad inscenizacją Kordiana mówił, że zdaje sobie sprawę, że „inscenizuje polskie piekło i polskie niebo”. I że „Dramat Słowackiego czytany przez absurd wydaje się niezwykle współczesny”.
Być może, gdyby aktor kreujący Kordiana ( w przedstawieniu Englerta tę postać odtwarza aż trzech aktorów) podszedł do rampy, czyli jak najbliżej widowni i rzucił tonem oskarżycielskim POLACY, zapewne w okrzyku tym ludzie odczytaliby: kogo wybraliście, czemu postąpiliście tak nierozważnie, czyż nie prowadzą nas w przepaść?!

Czy taki sens można odczytać w tym słowie w obecnym przedstawieniu w Teatrze Narodowym? Nie wiem, nie byłem na spektaklu, czego oczywiście żałuję, ale ten żal mi tylko pozostał – chciałbym jeszcze raz zobaczyć Tadeusza Łomnickiego podchodzącego do rampy scenicznej i wołającego przejmująco - POLACY! Cóż, Tadeusz Łomnicki od dawna już nie żyje, zmarł 22 lutego 1992 roku podczas próby w Teatrze Nowym w Poznaniu, gdzie przygotowywał się do zagrania Króla Leara Szekspira. Podobno jego ostatnie słowa były słowami króla Leara: „Więc jakieś życie świta przede mną? Dalej łapmy je, pędźmy za nim, biegiem, biegiem!”. Dzisiaj by można je zinterpretować na różny sposób.

To słowo „Polacy” z Kordiana, pełne wyrzutu, bólu i złości doskonale sobie wyobrażam w dzisiejszym czasie.

Jerzy Żelazny

 

Przeczytaj też u nas inne teksty J. Żelaznego, a także recenzje jego książek: Duchy polanowskich wzgórz (2006), Ptaki Świętej Góry (2010), Za wcześnie do nieba (2010), 19 bułeczek (2011), Fatałaszki (2013), Tango we mgle (2014), Kichający słoń (2018), Trzynasta (2018)