Prowincja

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: poniedziałek, 08, październik 2018 Drukuj E-mail

Marian L. Bednarek

Czy prowincja musi być prowincjonalna? Już mam tego dość. Tylko sam ze sobą mogę sobie pogadać. Ale czasem trzeba z kimś wymienić słowo gotującej się wody, wejść w ferment, podzielić się fermentem, stworzyć ferment, ogarnąć ferment w formie. Ciągle to u mnie powraca. Sprzedać dom, wyjechać stąd, bo kołtuneria nigdy się nie zmieni, dulszczyzna nigdy się nie zmieni. To cecha małych miasteczek i różnych grajdołków. Pytanie tylko, co nie jest grajdołkiem? Te miejsca ładnie tylko wyglądają na płótnach malarskich i na filmie, ale przywiązany łańcuchem, warczący pies przy budzie nie jest szczytem jakiegokolwiek rozwoju i czymś budzącym zazdrość i podziw.

Jest 4 września 2018 roku. Dla mnie to nie jest data. Dla mnie to jest kolejny krok przed spakowaniem się. Lipa za oknem coś do mnie szepcze, ale przestałem już ją rozumieć, bo ktoś wciska mi gorszą lipę. Niech gadają ze sobą te drzewa, przynajmniej one nie muszą nikogo udawać i mordą o podwójnym obliczu uśmiechać się do bliźnich. Największe awangardy wśród lip, brzózek, wierzb rosną i dzieją się nam pod nosem, ale my nie możemy wejść na to widowisko, bo za wysoki płot i czujne straże. A wszystkie miejsca, jak zwykle, wyprzedane. No to w resentymencie ukojeni topimy sobie Marzannę.

I tak pogrzeb za pogrzebem, pogrzeb za pogrzebem, aż zacząłem jeździć palcem po globusie i gładzić go jak arbuz jakiś, chleb, piłkę nożną, w którą zawsze lubiłem grać. Pomalowana w różne kolorowe wzory państw kopnęła mnie w wyobraźnię aż w głowie mi się zaiskrzyło. No to kopnięty wyruszę gdzieś, bo zawsze byłem kopnięty. Na pewno gdzieś wyruszę. Zacznę od naprawy klamki przy drzwiach, bo odleciała gdzieś śrubka.

Naprawiłem drzwi i wróciłem do pisania. Pomyślałem że ta podwójna moralność, pruderia i obłuda kryje się też w języku, zwłaszcza w dzisiejszym angielskim, wszechobecnym. Jednak do samego języka nic nie mam, bo sam się go uczę. Ale ta cała kołtuneria, to filisterstwo drobnomieszczańskie wyłazi właśnie w tym Tandetnym Pseudoamatorskim Teatrzyku, gdzie każdy sklepik, kwiaciarnię, kawiarnię muszą po angielsku nazwać. A polskiego języka nie wypada używać kołtunie jeden? Bo co? Bo polski to tylko do składania donosów i mięsistego przeklinania się nadaje? Tak to właśnie dulszczyzna ciągle w nas żyje. Bo wstydzą się ci obywatele być sobą, wstydzą się własnego zdania. Najlepiej mieć czyjeś zdanie, a zwłaszcza  a n g e l s k e. Najlepiej małpować jak to historia pokazuje i cały czas fotki sobie strzelać i uprawiać megalanserkę. Zapolska nawet nie wie, ale ciągle się pisze druga część jej dzieła. Sama się pisze.

Jeśli pojadę gdzieś na inną prowincję, to dam znać jak tam jest. Jeśli zacznę się wściekać że mi gałęzie włażą do włosów i kłują, to nic się nie stanie, bo to atawizm bardzo uniwersalny i wszędzie będę to tak samo nienawidził, gdyż trzeba umieć odróżniać naturę od pozury.

[4.09.2018]


Marian Lech Bednarek


Przeczytaj też inne utwory M. L. Bednarka w działach „felietony” i "proza", a także w "porcie literackim" recenzje jego książek: zbioru próz Sianoskręt (2012) – pióra Agnieszki Narloch oraz tomu wierszy Rozmowa z ptakiem (2014) – pióra Jolanty Szwarc