„My, chmury” Bogdana Jaremina

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: środa, 04, lipiec 2018 Drukuj E-mail

Jolanta Szwarc

ZACZERPNĄĆ Z CUDZEGO SERCA

można bez uszczerbku dla jego właściciela, kiedy serce zamienia się w czarne strużki liter na białym tle. Można nabierać i nabierać, ale wszystkiego nie unieść. „Wszystko /…/ udaje, że niczego nie pomija, / że skupia obejmuje, zawiera i ma. / A tymczasem jest tylko / strzępkiem zawieruchy.”
Dlatego skupię się na strzępkach zawartych w tomiku wierszy Bogdana Jaremina „My, chmury”. Tomiku podzielonym na sześć części, z których każda poprzedzona jest mottem, a wszystkie dwiema krótkimi prozami poetyckimi „Chmura” i „My, chmury” wprowadzającymi nas w wiersze. Relacje ludzi i chmur są nie do przecenienia. Spersonifikowane chmury stawiają nam pytanie – kim jesteście dla siebie samych? Podobno kochacie ulewę i burzę, ale chronicie się przed nimi. Nie ufacie żadnej z nas do końca. Czy słusznie? Obserwujcie, obserwujcie chmury, przeglądajcie się w nas. Mówimy więcej, niż się wam zdaje.

Może to prawda, poeta pamięta chmury nad głową. Pamięta dzieciństwo pamięcią niewierną. Przywoływane wspomnienia są jak zawsze zafałszowane – co żyło raz, żyje nadal; wywołane rośnie / płowieje, odchodzi na drugi krąg istnienia, powraca jak ciotka Hala, która smażyła powidła na pewno w miedzianym kotle. A teraz miesza się zapach powideł z gorzkim cyjankiem pamięci przesiedlonych, a właściwie wysiedlonych. Wędrowna chmara chmur: Iwan, Maryjka, Stepan, Sofia, Anna, / Michał, Jan, Lubomira, Laryssa, greko- i rzymskokatolicki rój dusz / uniwersum, paramenty, cymelia – z ciebie, przez ciebie z tobą płyniemy.
Cała grupa społeczna wyrwana ze swojego środowiska płynie w nieznane, unosząc z sobą wykształcone i nabywane przez lata wartości, a była to wiedza praktyczna zdobywana przez uczestnictwo w różnego rodzaju obrzędach, zwyczajach i obyczajach, czyli cała wypracowana przez pokolenia tradycja. Teraz chmury przeganiane wiatrem historii pragną zatrzymania gdzieś na gościnnej ziemi. Może być Rajskie. Tam kołyszą się nad ogrodami senne / obłoki klasztornych kornetów Anieli, Agnieszki / nadciąga burzowa, popędliwa ścierka kucharki Marty /…/ modły śliw, bym nie doznał gradu, wojny, moru / ni złego. Był raj w Rajskiem.

Jednak przyroda ostrzega, zło zbliża się do Rajskiego. Ach straszne sny obłoków w Rajskiem / widzą nadchodzące, lecz niezdolne pocieszyć / uciszyć /…/ poronią na progu żniw martwą wieś / przedwczesny płód wojny, słomiany wiecheć, ogień, popiół, / żar, po-żar, poożaaar. Kto przetrwał pożogę, musi obliczyć, ile uniesie, pomyśleć, co zabierze na drogę i ruszyć dalej. Sierpień jest tobołkiem – zapisze poeta. W bydlęcym wagonie miną Mazury, by chłodno, oschle, nieufnym deszczem, bez szczególnych pozdrowień zagościć w pustkach Warmii.

Ciężkie to były czasy. Ojciec osiemnaście miesięcy spędził w Centralnym Obozie Pracy w Jaworznie. Wtedy wsadzano ot tak, bez wyroku. Powodem mogło być pochodzenie. Często kierowano tam przesiedlonych Łemków i Ukraińców. Osadzono tam między innymi dwudziestu trzech księży greckokatolickich, wśród nich Jana Jaremina, któremu później jego syn Bogdan poświęcił wiersz „mój ojciec paroch, proch”. Jest też wiersz dla cierpliwej mamy i parę słów o wędrującym z nimi poecie. Zapisze on – ja, nomadyczna chmura, niebokrążca, urodziłem się w czepku /…/ ucząc się śmiertelności, zajmując zwykłymi rzeczami / wód i ziemi, które przetrwają wiatr.

„Trzymaj się ziemi, chmuro” to druga część poetyckiej opowieści o zmaganiach chłopca z nową, nieznaną rzeczywistością. Osiadł w Górowie – szary niemowa z ostatniej ławki, żałosna postura / gorszy sort, ledwie przeszedł z pierwszej do drugiej klasy. Barierą okazuje się język, chociaż już jakiś czas szli po kamieniach Kochanowskiego, Mickiewicza, Tuwima. Teraz jeszcze chmury chowają się za plecy horyzontu / skąd nie są wzywane do odpowiedzi w obcym polskim języku. Sprzymierzeńcem w okiełznaniu języka stały się książki. Słowa pobudzały wyobraźnię chłopca, kiedy czytał o Indianach – Wielka Chmura dyrektorka szkoły zaszła mnie znienacka / - kiedy w końcu zmądrzejesz gapo? – tropisz cudze, a zostawiasz własne… / wtedy usłyszałem tętent bizonów, była duża przerwa. Karol May dawał chwile oddechu, zapomnienia o wspomnieniach. Można utknąć w wątkach odysei – cóż może pojąć wygnaniec prócz przytulenia wierszy?
Poezja nie potrzebuje jak gleba życiodajnego deszczu, raz zrodzony wiersz nie więdnie, wrasta w czytelnika, a on śni. Wrastam w pień, w czarnoleska koronę / w białe, wysokie frazy chmur, budzę się, szum słownika / liści wycieka ze mnie język, na korze lepki, gęsty sok mowy / pamięć / słowo / ukorzenienie.

Jakie to ważne, żeby poczuć się u siebie, otworzyć ręce i przygarnąć tu i teraz. Nie pielęgnować żalu, bo kto poznał wybaczenie, rozbiera płot, zdrowieje. Zaczyna żyć normalnie, dojrzewać do miłości, z ukochanym lub ukochaną płynąć statkiem do ujścia i nie myśleć o wychodzeniu na brzeg. To chyba największa sztuka nauczyć się kochać i pilnować miłości, żeby nie wymknęła się do końca naszych dni. Deszcz nie wie, że umiera, deszcz świętuje zasiew / wierzy, że i w nas poruszy się miłość, boski płód ziemi.

Co rozdział przesuwamy się w czasie. Bohater wierszy coraz więcej nabiera doświadczeń, można to wyczytać z motta do czwartego rozdziału.

my, chmury, z chmur poczęte
rozwiane wiatrem, wniebowzięte
złączone chwilą, upadkiem zajęte
strącone, szare, zawzięte
ziemi zwrócone, brudne i święte

Zapatrzony w ulotne chmury niesione wiatrem zauważył ich bliskie pokrewieństwo z człowiekiem. Widział, jak dwie chmurki zbliżają się do siebie, płyną razem, wydawałoby się nierozdzielne. To jednak tylko złudzenie i kuli się miłość / serce jest gniazdem / po odlocie. Nie ma zapomnienia. Chmura utrwaliła się w gardle, w kaszlu, w pięści i w sercu. Wtedy pojawia się nadzieja, że w końcu nadejdzie kipiel światła i zostanie wszystko zważone i policzone. Tak przepowiadają ogniste litery na ścianie pałacu Baltazara. Czasami nagle przychodzi zwątpienie. Nie chce się wędrować dalej, jak chmury chwytamy się góry, by się zatrzymać, obejrzeć w przeszłość i pomyśleć o przyszłości. Taka przerwa w podróży. Osąd tego, co było i będzie, a była piękna wiosna, lato, jesień pełna grzybów, teraz czekamy na grudzień, przejście w odmienny stan, w głęboki sen lodu / my, pomylone duszyczki materii.

Chmury krążą wokół ziemi, oglądają ją ze wszystkich stron. Na pewno widzą to, co zauważył podmiot liryczny – przyjmuję domniemanie / niewinności, ale nie lubię tych / którzy się podszywają pod prawdę chmur / jak dym ze śmieci, plastyków, opon / palonych przez sąsiada. Potrafi też krytycznie spojrzeć na siebie, wyznając, że przejrzystość nie jest także moją mocną stroną.
Chmury namawiają do życia bez lęku, w zgodzie z nimi i myślę, że z całą przyrodą. Namawiają – kładź jak my / łagodne, chłodne dłonie / na czole świata. Wtedy przez myśl nam nie przejdzie, żeby nasze białe siostry stały się bandażami osłaniającymi rany ziemi.

Pewnie, że dobrze by było dogadać się z przyrodą. Poznać jej języki. Jak to zrobić, kiedy my, chmury stąpające po ziemi nie ogarniamy języków chmur podobnych budową do nas. Śmiało mogę powiedzieć, że nie zawsze potrafię się dogadać po polsku. Podobnie jak teraz próbuję przełożyć język poetycki Bogdana Jaremina na język prozy i napotykam na trudności. Chciałabym z jego wierszy wyssać wszystkie treści i skrupulatnie je tu opisać, ale jest to niemożliwe. Poezja Jaremina jest tak skondensowana, że zamieniona w prozę nie dość, że objętościowo wielokrotnie przerosłaby tomik, ale co najważniejsze straciłaby ukryte piękno. Obnażenie poezji tylko może jej zaszkodzić.
Niech autor gra na znaczeniu słów, a czytelnik przeczyta na głos raz, drugi i trzeci, i opowie o tym, co przeczytał, nie roniąc niczego. Sądzę, że będzie to trudne.

                                                          Joannie
odsuń się chmuro! – co właściwie chciałaś zobaczyć?
- człowieku, jak oślepniesz, to zobaczysz
że nadal nie widzisz, czego nie widziałeś
że zobaczysz, czego nie miałeś widzieć
zobaczysz, że zaniewidziałeś, to jest
nie zobaczysz, że nie widzisz
ale jesteś widziany, patrz nim
oślepniesz, tak po prostu
na Boga!

Patrzę, patrzę i nie widzę. To znaczy widzę czubek własnego nosa i wydaje się, że mogę być sama, ale to nieprawda, chmury są społeczeństwem. Tylko razem mogą zdziałać coś dobrego… no, może nie zawsze.

Dwa tysiące lat temu była taka chmura, która czterdzieści dni rozmyślała na pustyni nad duchowością i śmiertelnością. Byli tacy, którzy czekali na jej porażkę i co – i spadłem na was jak deszcz. I co? I nic.
Dumny, że jestem człowiekiem – ironicznie zapisze poeta, bo nie możemy sobie poradzić ze złem, stajemy się nim obezwładnieni, bezradnie rozkładamy ręce, dając mu przyzwolenie.
Nie przestawaj z handlarzami chmur /…/ obcując z nimi w chmurę się przemieniasz, / stajesz się czernią, mgłą zimną, cieniem / ze sznurem na szyi, w deszczu srebrników.
My, chmury mamy tendencję do dawania recept na życie. Pragniemy uzdrawiać przyrodę. Poeta ostrzega – niech nikt nie ośmiela się / mówić im, jak żyć.

Lepiej zajmijmy się sobą. Nauczmy się na nowo solidarności, nie dajmy się zwieść fałszywym prognozom pogody. Nic się jeszcze nie dzieje, ale stan wody wysoki, w szynach są niebezpieczne szczeliny. Nie wiadomo, dlaczego ich nie spawamy. Wychodzimy? Pytam za poetą. Skąd – dokąd, w którą stronę się udać, by schronić się przed burzą. Czuję łamanie w kościach, chociaż nikt nie mówi jeszcze prawdy o niepogodzie. Niby wolność, powinniśmy wiedzieć, skąd wieje wiatr i jakie zniszczenia po sobie zostawią ostre jego zawirowania. Zanosimy do góry mnóstwo sprzecznych próśb. Komu dogodzą długoterminowe prognozy i która się sprawdzi?

Człowieka nie powstrzyma przyroda. Zdziwione chmury patrzyły na miniony wiek, na płonące stulecie praw / Warszawę, Rotterdam, Londyn, nad Hiroszimą strwożone widziały grzyb atomowy 6 sierpnia 1945 roku o ósmej piętnaście. Od atolu Mururoa trzymały się z daleka, bo nie lubiły testów broni jądrowej. Bały się. Ludzie też boją się ludzi. Nie lubimy obcych, nie lubimy, kiedy stoją pod drzwiami i proszą. Nie wpuszczajmy, ale liczmy się z tym, że wiatr historii może powiać w inną stronę i to my będziemy całować klamki. Tymczasem hołdujemy zasadzie – „Wolnoć Tomku w swoim domku”, co tam sąsiedzi. Jak im się nie podoba, to niech się wyprowadzą. Niech od nas niczego nie żądają, bo nie damy im ani guzika.

Jeszcze jedno jest ważne. Nie przerywajmy łączności z chmurami, które odeszły. Poeta ma rację. Jego bohater mówi – moja matka chmura, mój ojciec obłok / od czasu do czasu upominają deszczem / dzwonią stamtąd, gdzie kres / - nie spiesz się, zaczekamy, dbaj o Rajskie ogrody / rośnij, osłoń ziemię płaszczem serca / nie odkładaj słuchawki, nie rozłączaj się, synu. Bądźmy z nimi w kontakcie. Podróżujmy jak chmury bez biletu. Bilety to wasz wymysł – powiedzą, może coś wymyślisz lepszego, w końcu odpowiadasz za wspólne drzewo dobra, a prognozy są burzowe / zanosi się na wielkie sprzątanie / chmury zawsze odpowiadają na wezwanie wiatru.

Ciągle mi coś przerywa myślenie. Nie mam żadnej posiadłości na zacisznym Kociewiu, tylko miasto ciągle szumiące nad Wartą. Warta – trzecia co do długości po Wiśle i Odrze rzeka w Polsce. Piszę to, myśląc o omawianej mokrej poezji. Autor często w swoich utworach wykorzystuje symbolikę wody, bo przecież jest to pramateria, z której wyłoniły się życie i świat.

Woda potrzebna jest do życia, jej brak niesie ze sobą umieranie zarówno przyrody, jak i człowieka, który jest jej częścią. Zatem woda ma znaczenie zbawienne, ale może też niszczyć, gdy jest powodzią czy potopem. Spadający z góry deszcz zapładnia ziemię, która jest rodzaju żeńskiego, jednak nadmiar deszczu może być karą. Woda pojawia się rytuałach oczyszczających, choćby w sakramencie chrztu z elementem egzorcyzmu.

Rzeka może też być symbolicznym oddzieleniem świata śmiertelników i zaświatów. Woda stojąca – bagna, stawy, kałuże – wiąże się ze złymi mocami i chorobami. Co innego symbolizuje studnia. Ważny jest kierunek ruchu wody. Czy wypływa w górę jak ze studni, czy spada deszczem w dół.
W Piśmie Świętym jest zapowiedź – „[Mesjasz] zstąpi jak deszcz na runo i jak krople na ziemię kapiące” (Ps 72,6). Boży gniew objawia się, gdy „deszcz nie pada, gdy niebo jest zamknięte” (2Kr 6,26).

Myślę, że powinnam zdążać do końca, który będzie ogromną pochwałą pomysłowości poety, umiejętności stosowania przez niego różnych środków językowych, jak i formy graficznej wierszy przypominających płynące chmury, czy grzyby atomowe.
Autorowi serdecznie gratuluję świetnej poezji, a potencjalnym czytelnikom życzę wspaniałej intelektualnej przygody z jej odczytywaniem i odkrywaniem ukrytych symboli i znaczeń.

Bogdan Jaremin „My, chmury”, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2018, str. 80

Jolanta Szwarc



Przeczytaj też w dziale ‘eseje i szkice’ „Zapiski miłośnika ogrodów” B. Jaremina, jego wiersze w dziale ‘poezja’, a także recenzje zbiorów Treny lipca (2013) oraz Pracownia czasu (2015)