Dno kałuży

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: wtorek, 03, lipiec 2018 Drukuj E-mail

Jerzy Żelazny

W lipcu, a dokładnie 2 lipca, przypadła 95. rocznica urodzin Wisławy Szymborskiej. Nie jest to rocznica, którą się zazwyczaj obchodzi, za pięć lat będzie setna, czyli zapewne wtedy skoncentrują się wszelkie działania upamiętniające i popularyzujące twórczość noblistki. Wątpliwe, czy w tym terminie będę w stanie cokolwiek napisać, więc śpieszę już teraz.
I najpierw refleksja - zdarza się, że jakiś tekst literacki, wiersz, jedna strofa, urywek prozy, jedno zdanie albo obraz stworzony z płótna i farb, sekwencja filmu, wyzwalają w nas wspomnienia przeżytych zdarzeń, żałosnych, ponurych lub rozśpiewanych radością. Albo zapach łąki, pobłyskiwanie jeziora, gdy mknie po nim wiatr, wpada w las i tam schwytany przez gałęzie krzewów i drzew, rozbrzmiewa szelestem, a potem cichnie. Albo rozbudza w nas wspomnienie nieba, na którym rozsiane gwiazdy natrętnie świadczą o nieskończoności, albo butwiejące chwasty każą pamiętać o przemijaniu, o rozkładzie. Takim impulsem wspomnień stał się dla mnie wiersz Kałuża Wisławy Szymborskiej.

Wyzwala ten wiersz i ożywia moje lęki z dzieciństwa. Znajduje się w jednym z ważniejszych tomików poetki pod tytułem Chwila. Mam go zawsze pod ręką i dość często otwieram – niewielka to książka, zaledwie pięćdziesiąt stron, dwadzieścia trzy wiersze, więc cienki jak zwykle tomiki z wierszami; mniemam, że one powinny być cienkie, by wiersze w nich się nie dusiły wzajemnie, miały swobodę, przestrzeń, mogły z łatwością zerwać się ze stron, ulecieć, poszybować w odczucia piękna czytającego. Czytelnik nie powinien być zniechęcany nadmiarem utworów, niedosyt wywołuje chęć poznania więcej… Ten mój ulubiony tomik ukazał się w 2002 roku, a więc upłynęło już sporo lat, wiele od tamtego czasu wydano utworów Szymborskiej, wiele napisano o jej twórczości. Tomik ten ukazał się po blisko dziesięcioletnim milczeniu poetki i znalazł się rok później w finale nagrody literackiej Nike.

Rekwizytami wierszy są rzeczy i zdarzenia czerpane z życia codziennego, oczywiście z wyjątkiem Fotografii z 11 września (wiersz o ataku na WCT w Nowym Jorku), ale niech nas nie zwodzi banalność rzeczy i zdarzeń, bo to traktat filozoficzny skłaniający do refleksji o życiu. Te wiersze są jakby pisane dla mnie, wspaniale uzewnętrzniają to, co w mej duszy gra.
Ale dosyć uwag ogólnych, nie zamierzam tu pisać o tomiku Chwila, bo wiele już o tych wierszach napisali inni. Chcę tylko podzielić się przeżyciami, który wzbudził we mnie wiersz Kałuża.

Dobrze z dzieciństwa pamiętam ten lęk.
Omijałam kałuże,
zwłaszcza te świeże, po deszczu.
Któraś z nich przecież mogła nie mieć dna,
choć wyglądała jak inne.
A ja na zawsze zatrzaśnięta – gdzie –
z niedoniesionym na powierzchnie krzykiem.

Nie bałem się kałuż, wprost przeciwnie, uwielbiałem w nie wchodzić „zwłaszcza te świeże, po deszczu”. Latem ściągało się buty, by na bosaka w nich się taplać, mierzyć ich głębokość, mętna woda sięgała do kostek, do połowy łydek, zetknąć się z ich tajemnicą. Jakaś mogła tkwić tajemnica w kałuży? W dzieciństwie jednak każdy przedmiot - kamień polny, kołek od płotu, kwiat kaczeńca wychylający się z łąki, smuga dymu nad domem albo jaskółka, gdy frunie nad polem - mają tyle tajemnic, ile ciekawości, fantazji w dziecięcej głowie. Nie omijałem kałuż późną jesienią, brud¬nych kałuż, pochłaniających złociste liście klonów, resztki zieleniącego się ziela albo tych wiosennych, powstałych z topniejących śniegów. Często taka kałuża zamarza, ileż wtedy wyzwala radości! Można się na niej ślizgać, przeżyć emocje ruchu, pokonywania niewielkiej przestrzeni w inny sposób niż chodzenie. Dlaczego ruch sprawia nam tyle radości? Z powodu nieco odmiennego pokonywania przestrzeni od codziennego, w którym realizuje się nasz trud? Bieganie, tańczenie, wirowanie na karuzeli, są przesiąknięte radością. Przemieszczanie się przy pomocy urządzeń technicznych jest równie przyjemne i radosne, byle nie przemieniało się w konieczność. Czyż można z tego wy¬ciągnąć wniosek, jak to zrobił Toynbee, że „cywilizacja to ruch, to podróż, a nie przy¬stań" ?

Dodatkową emocją ślizgania się po zamarzniętej kałuży jest możliwość załamania się lodu, ta loteria - wytrzyma czy pęk¬nie? Niebezpieczeństwo wchodzenia na pokrytą lodem kałużę nie jest wielkie, zbyt często obcowałem z kałużami, by się obawiać, że pod lodem albo pod lustrem wody, które czasem zbierało z nieba obłoki, czyha głębia.
Unurzany w błocie, w przemoczonych butach, a woda przez ich nieszczelność przenikała do wnętrza, ziębiła stopy, studząc rozgorączkowane dzieciństwo, wracałem do domu. Od matki za te przemoczone buty, skarpety, które pracowicie robiła mi na drutach z owczej wełny, dostawałem reprymendę, długą, krzykliwą, nieprzyjemną. A ojciec, gdy akurat zdarzyło mu się być w domu, milczał uśmiechając się zagadkowo, z jakimś żalem. Czasem szturchał mnie przyjaźnie w bok, jakby chciał złagodzić to naburmuszenie matki, mówił: - Cóż, chłopak.
Matka milkła, a ojciec pogrążał się w zamyśleniu, których oznaki w oczach zasnuwał mu dym z fajki, a pykał raz po razie, jakby w zapamiętaniu.

Moje strachy dzieciństwa gnieździły się gdzie indziej - w ciemności. Nie w każdej ciemności. Miałem tylko jedną przestrzeń ciemności, którą prze¬bywałem z trudem, gdyż czyhał w niej strach. Inne przestrzenie wypełnione ciemnością były przyjazne, nawet czułe. Tylko ta jedna miała moc wywoływania w wyobraźni zagadkowych stworów, bezkształtnych, ale złośliwych, nawet groźnych. Ich fizyczność była uformowana mało konkretnie, ale mógł taki stwór capnąć za nogę, przewrócić, przydusić albo wciągnąć w ciemność bez końca. I już nigdy nie potrafiłbym się z niej wyzwolić, trwałbym zawieszony w jakimś bezczasie.

Miałem w dzieciństwie swój pokój na strychu domostwa, na którym wiatr wyzwalał skrzypienie krokwi i wiązarów, łopotał pod okapem, huczał w kominie. Szedłem do tego pokoju schodami, znajdującymi się w specjalnej przybudówce, do której wchodziło się z dworu, potem trzeba było przejść kawałek po pustym strychu do drzwi pokoiku usytuowanego w szczycie domu. Szedłem w ciemności, czasem odprowadzała mnie matka, przyświecając naftową latarnią, ale najczęściej pokonywałem tę ciemność sam, idąc po omacku. Nie pozwalano zabierać z sobą naftowej latarni, bo - bano się - mógłbym zaprószyć ogień. I te schody skrzypiące niby potępieńcy na dnie ciemności; ta niewielka przestrzeń strychu była trudna do przebycia. Zdawało mi się, że jest bez początku i bez końca, że mnie wchłonie, pozostanę w niej na zawsze uwięziony w jakimś niebycie, skąd nawet mój krzyk nie będzie słyszalny. Te kilkanaście kroków od schodów do drzwi pokoju mogłem przejść w ciągu paru sekund, dla mnie jednak ten czas wydłużał się nieprawdopodobnie, szedłem ostrożnie stąpając po zakurzonej podłodze strychu, pachnącej starzyzną, harcowały po nim myszy, jednak nie one były straszne, lecz to nieuchwytne, nienamacalne, ale istniejące, w co wierzyłem bez żadnych wahań.

Gdy dotarłem do drzwi pokoju, otwierałem je niezbyt szeroko, by przez ledwie uchylone wsunąć się do wnętrza izby, zatrzaskiwałem je natychmiast, ale mimo tej ostrożności strach wlókł się za mną, wskakiwałem pod pierzynę, otulałem się nią szczelnie, nakrywając nawet głowę. I dopiero wtedy czułem się bezpieczny - łóżko, poduszki, pierzyna, sprawiały, ze strach przemijał, oswajało go ciepło, czuła miękkość pościeli. Po chwili wychylałem głowę, patrzałem w ciemność, którą mąciła poświata bezszelestnie płynąca przez okno, jeśli wieczór był pogodny, gwiaździsty, księżycowy. Dotyk ciemności stawał się przyjazny, nie wzbudzał lęku.

Nie bałem się innych ciemności, tylko tej na strychu - zakurzonej, wypełnionej przeciągami, chrobotem myszy i skrzypieniem belek pod dachem. Lubiłem wchodzić w ciemny wieczór, wałęsać się po podwórzu, wyjść w pole, słuchać, jak ciemność wespół z letnim powiewem potykają się o zboże, o przydrożne chwasty, jak na wygaszonych kwiatach maków kołyszą się ćmy, by frunąć w noc. To miła ciemność, pachnąca niedalekim lasem, lubiłem ją.

Dzisiaj żadna ciemność nie napełnia mnie lękiem. Nie lubię jednak spać w pokoju, gdy są otwarte drzwi. Gdy z jakiegoś powodu, przez nieuwagę, są niezamknięte, budzę się w nocy i zdaje mi się – a nie jest to sen - że coś wsuwa się do pokoju, coś, co nie ma kształtu, zapachu, jest niesłyszalne, ale istnieje. I nie mogę odgadnąć, czy jest mi przyjazne, czy stanowi zagrożenie. Wstaję więc, zamykam drzwi, lęk przemija.
Na zakończenie więc optymistyczna, wręcz uspokajająca pointa owego wiersza:

Dopiero później przyszło zrozumienie:
nie wszystkie złe przygody,
mieszczą się w regułach świata
i nawet gdyby chciały,
nie mogą się zdarzyć.

Oczywiście, to na pewno pocieszająca konstatacja.

Jerzy Żelazny

 

Przeczytaj też u nas inne teksty J. Żelaznego, a także - w "porcie literackim" - recenzje jego książek: Duchy polanowskich wzgórz (2006), Ptaki Świętej Góry (2010), Za wcześnie do nieba (2010), 19 bułeczek (2011), Fatałaszki (2013), Tango we mgle (2014)