Trzej przyjaciele z boiska…

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: poniedziałek, 11, czerwiec 2018 Drukuj E-mail

Jerzy Żelazny

… skrzydłowy, bramkarz i łącznik, żyć bez siebie nie mogą, dziarscy i nierozłączni – brzmią dalsze słowa refrenu tej popularnej starej piosenki, powstałej w latach pięćdziesiątych, śpiewanej przez Andrzeja Boguckiego i chór Czejanda. Mało kto dziś pamięta ów chór rewelersów. Zdobył dużą popularność, śpiewał bowiem obok piosenek zwanych masowymi, czyli o charakterze propagandowym, również kolędy "Cichą noc" na przykład, "Czerwone maki na Monte Cassino", pieśni partyzanckie, nie był więc całkowicie zaprzedany ówczesnej propagandzie.
Dzisiaj można go posłuchać na Youtube, piosenkę o trzech przyjaciołach z boiska też. Pamiętam ją, czasem nawet sobie zanucę. A przypomniałem sobie o niej, gdy coraz głośniej o polskich piłkarzach, którzy wybierają się na Mundial do Rosji i według 12% Polaków mają szansę zostać mistrzami świata. Tylu mamy w kraju optymistów? Nie czynię żadnych kalkulacji – fajnie by było, gdyby zdobyli, ale jeśli nie wyjdą nawet z grupy, też się przecież nic nie stanie. No, będą rozczarowani.

Piosenka ta poniekąd spowodowała moje zainteresowanie się piłką nożną, a przynajmniej sprawiła, że zacząłem traktować grę przychylniej. W pewnym okresie życia miałem kolegów, którzy byli, w przeciwieństwie do mnie, fanami futbolu, udatnie też śpiewali na dwa głosy ową piosenkę. Ja też ją znałem, gdyż w tamtych czasach tak często można ją było usłyszeć w radiu, że siłą rzeczy zapamiętałem tę dość prostą w istocie melodię, a zwłaszcza jej refren. Słowa również.
Przyłączyłem do nich i śpiewaliśmy we trzech, niby przyjaciele z boiska, za co nagradzano nas oklaskami. Byliśmy z różnych stron, to pasowało do słów: Jeden jest rodem z miasta Warszawy, drugi rodem z miasta Chorzowa, no a trzeci… To się zgadzało – jeden był warszawiakiem, drugi wprawdzie nie z Chorzowa, ale Ślązak, tylko ja nie byłem z Krakowa. Nie będę wyjaśniał, w jakiej sytuacji się wtedy znajdowałem – powiem jedynie, że dość przykrej, i ta piosenka bywała lekką osłodą.
Zaiste, na boisku kopałem piłkę raz w życiu jako oldboy, dla zabawy. Udało mi się zdobyć nawet bramkę, ale podczas strzelania rzutów karnych. To moje jedyne i najważniejsze osiągnięcie piłkarskie.

Kibicem piłki nożnej bywam rzadko. Ot, jeśli się zdarza grać reprezentacji Polski w jakimś ważnym turnieju międzynarodowym, to owszem, oglądam. Cieszę się, gdy Polacy wygrywają, denerwuję, gdy idzie im słabo, ale nie rozpaczam, jeśli przegrają. To tylko piłka, zabawa, ktoś musiał przegrać - tłumaczę sobie. I nie przeklinam, telewizora też nie wyrzucam przez okno, pocieszam się – są państwa bogatsze, potężniejsze, a ich reprezentacje piłkarskie też dostają lanie. Takie Stany Zjednoczone na przykład.
Wyznam, że nie marzę, by usiąść na którymś z tych pięknych stadionów i śpiewać „Polska, biało-czerwoni!” A że inni śpiewają, to fajnie, niech się cieszą. Przecież piłkę nożną, oczywiście również inne sporty, wymyślono po to między innymi, by dać upust emocjom. Pod tym względem Mundial spełni swą rolę –będzie zabawą dla milionów. Mnie wystarczy telewizor.

Stadiony sportowe wywołują u mnie wspomnienia raczej smętne. W młodości, gdy byłem licealistą, ganiano nas na pokazy gimnastyczne. One się jeszcze tlą w mej pamięci. Poeta Bohdan Drozdowski w 1955 roku pisał w wierszu „Pokaz gimnastyczny”:
Dziesięć tysięcy ludzi
jeden ruch
jedna myśl
jedno olbrzymie ciało
poezja
muzyka
rytm
(…)
Patrz
dziesięć tysięcy ludzi
i ani jednej twarzy
Dęta orkiestra
stopiła je w siną plamę
I cóż z tego że
tworzą gwiazdy i prostokąty
Żaden z nich nie istnieje

Liczyły się masy, wszak była „jednostka bzdurą” – jak zapewniał sztandarowy poeta tamtych czasów. Ten wiersz Drozdowskiego był upominaniem się o jednostkę, zapowiadał przełom, zwany Październikiem 56.

Mówiąc na marginesie - wiersz Drozdowskiego ukazał się w krakowskim „Życiu Literackim” w niezłym towarzystwie. W tym samym numerze wiersze prezentowali Jerzy Harasymowicz, Miron Białoszewski, Zbigniew Herbert i Stanisław Czycz. To zbiorowe wystąpienie nazwano „prapremierą pięciu poetów”. Było ono zdecydowanym zerwaniem z socrealizmem, doktryną obowiązującą i krępującą twórczość nie tylko literacką, publikacja wierszy pięciu poetów była zapowiedzią odwilży w kulturze. Prezentowali poetów wybitni w owym czasie krytycy - Jan Błoński, Artur Sandauer, Ludwik Flaszen oraz znani poeci Mieczysław Jastrun i Julian Przyboś.
Dodać trzeba – po przemianach ustrojowych w Polsce wyszły na jaw skazy na życiu Drozdowskiego, teraz się mówi o „prapremierze czterech poetów”, wygumkowany został ten od „Pokazu gimnastycznego”. Historia dla poetów bywa okrutna, sportowcy miewają lżej.

A owe pokazy gimnastyczne znam z własnych doświadczeń. Zanim - no, może nie dziesięć tysięcy, poeta przesadził, ale może setka, dwie – młodych ludzi osiągnęło zgodność rytmu w tworzeniu gwiazd, kwadratów, kół, gołębi pokoju, by ostatecznie z żywych ciał powstało ważne hasło, trzeba było przez wiele godzin ćwiczyć, pocić się, marnować czas, który można było spożytkować lepiej. To nie jest, wierzcie, wspomnienie przyjemne. Oglądało się też nudne spartakiady lekkoatletyczne albo uczestniczyło w „masówkach”, na których obecność była obowiązkowa, trzeba było wznosić okrzyki na cześć wodzów rewolucji, hasła zagrzewające do walki „o lepsze jutro”. Z tego powodu tamte stadiony wspominam niechętnie. Telewizja podobne pokazy emituje z Korei Północnej - zaiste, są imponujące! Patrzę ze zniecierpliwieniem, wiem bowiem, ile to wymaga trudu, by osiągnąć tak perfekcyjnie przygotowane układy, a tam tworzą je na pewno tysiące.

Na mecze piłkarskie nie chodziłem, nie pasjonował mnie futbol. W chłopięcych latach nie kopaliśmy piłki, najwyżej blaszaną puszkę po konserwie, które po wojnie otrzymywało się z UNRY ( organizacji międzynarodowej pomagającej ludności krajów dotkniętych wojną). Graliśmy szmacianką w dwa ognie. Jedna z nauczycielek zdobyła piłeczkę do palanta, graliśmy więc w palanta. Kije do odbijania piłeczki wystrugaliśmy sobie sami.
W tamtym czasie słowo palant jeszcze nie było określeniem głupka, mężczyzny naiwnego, bezmyślnego. Kiedy kierownik przywiózł piłkę do siatkówki, to było święto w tej wiejskiej szkole. Nikt piłki nie kopał, zbyt była cenna, nauczycielka od polskiego lubiła siatkówkę, nauczyła nas tej gry. W szkole średniej preferowano gry zbiorowe - siatkówkę, koszykówkę, szczypiorniaka. Nauczyciele, wykształceni jeszcze przed wojną, piłkę nożną uważali za grę ordynarną, plebejską, niegodną uwagi inteligenta. Naszego wuefistę, gdy ktoś kopnął piłkę od siatkówki, trafiał szlag, a do nożnej piłek nie było. Ta pogarda dla futbolu z czasów licealnych pozostała u mnie na długo.

Jak wspomniałem, najpierw piłkę nożną w mojej świadomości ociepliły piosenki. Przy melodii "Trzej przyjaciele z boiska" tańczyło się walczyka ( w tamtym czasie tańczenie walczyka nie było obciachem, trzeba było umieć) na wieczorkach tanecznych, grano tę piosenkę w lokalach, a na pewno na festynach. Później wielką popularność osiągnęła piosenka Marii Koterbskiej „Bo mój chłopiec piłkę kopie”. Można ją było w radio usłyszeć niemal codziennie. Nucono tę melodię przy kielichu, a paniom dzięki niej łatwiej było znosić wycieczki swoich mężczyzn na stadiony. Pod wpływem tych i innych piosenek piłka nożna stała się mniej obca. Jednakże nie na tyle, by iść na stadion i w wrzeszczącym tłumie oglądać mecz, co to, to nie. Nie interesowały mnie transmisje radiowe, nawet słynny mecz pomiędzy Polską a ZSRR z 1957 roku, wygrany przez Polaków, a to było czymś niebywałym – pokonać państwo przodujące w budowie socjalizmu, dokopać Ruskom, to wydarzenie nie tylko sportowe, ale i polityczne. Gerarda Cieślika, strzelca dwóch bramek w tym meczu, kibice nosili na rękach. I to zdarzenie nie przekonało mnie do piłki nożnej.

Telewizja w moich zainteresowaniach piłką dokonała przełomu, chociaż nie od razu – dopiero podczas Olimpiady w 1972 roku, gdy polska drużyna piłkarska zdobyła złoty medal. 17 października 1973 słynny mecz na Wembley, gdzie Polacy, remisując z Brytyjczykami, dzięki czemu zakwalifikowali się do rozgrywek finałowych MŚ, oglądałem w Mielnie w gronie przyjaciół. Coś śpiewaliśmy, ale nie pamiętam co. Wtedy poczułem smak pasjonowania się piłką nożną. Potem już poleciało – Mistrzostwa Świata w 1974 roku i trzecie miejsce Polaków utwierdziły mnie, że rozgrywki piłkarskie bywają pasjonujące.
Towarzyszyła tym mistrzostwom piosenka Maryli Rodowicz, pamiętam ten fragment: „Futbol, futbol, futbol, w to dzisiaj gra cały świat”. I kolejny Mundial w ponurym 1982 roku, również trzecie miejsce Polaków, rozświetlał nam życie w stanie wojennym - jak nie oglądać, jak nie pamiętać piosenki Bogdana Łazuki „Entliczek, pętliczek, co zrobi Piechniczek, tego nie wie nikt”...

Były to niestety ostatnie futbolowe sukcesy Polaków na MŚ, potem długo nic. Czy zapamiętaliśmy piosenkę zespołu gospodyń „Koko, koko, euro spoko”... z Euro 2012? Przełom przyniosło Euro 2016 i dobry wynik polskiej drużyny już pod wodzą Adama Nawałki, gdy Polacy otarli się o finał. Przegrali ćwierć finał z przyszłym mistrzem Europy, Portugalią, w rzutach karnych; nieudany strzał Błaszczykowskiego to ogromny zawód.
Jak będzie w tym roku na Mundialu – o to pytanie otwarte. Nadzieje są wielkie, ale przede wszystkim nadzieja na przeżycie wielkich emocji. One już się zaczęły, na razie zgrozę budzi bark Kamila Glika.

Jerzy Żelazny


Przeczytaj też u nas inne teksty J. Żelaznego, a także - w "porcie literackim" - recenzje jego książek: Duchy polanowskich wzgórz (2006), Ptaki Świętej Góry (2010), Za wcześnie do nieba (2010), 19 bułeczek (2011), Fatałaszki (2013), Tango we mgle (2014)