„Z niczego w nic” Krzysztofa Olszewskiego

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: piątek, 08, czerwiec 2018 Drukuj E-mail

Jerzy Żelazny

Z INNEGO WYMIARU

Takie skojarzenie mi się narzuca i męczy – ta książka jest ode mnie odległa aż poza horyzont, jakby wyłoniła się z innego wymiaru. Jest odległa fizycznie, gdyż powstała prawie na przeciwległym krańcu Polski, niby w tym samym kraju, ale jednak w nieco odmiennych kręgach kulturowych, ja przyspawany do kresów ( prawie ) zachodnich, on, autor, do wschodnich; odległa, gdyż ja i jej autor poruszamy się na dwu przeciwstawnych biegunach życia – ja schodzę z tego padołu powoli, z namysłem, ale nieuchronnie, na pewno z żalem, natomiast autor opowiadań Z niczego w nic, dwudziestoczterolatek, Krzysztof Olszewski, białostoczanin, dopiero co pokonał linię startu – takie myśli zaczęły mnie nękać, gdy przysłano mi książkę z propozycją, bym ją przeczytał i próbował coś na jej temat napisać.

Próbuję zatem - Krzysztof Olszewski przekraczając linię startu literackiego, natychmiast nabiera rozpędu, i już na tej drodze poczyna sobie śmiało, buńczucznie, chociaż starannie waży słowa. gospodaruje w nich niby doświadczony gospodarz. Kocha słowo, docenia, lubuje się w bogactwie brzmień i znaczeń, robi ze słów wyborny użytek, zwłaszcza metaforyka bywa śmiała i przecudnej urody. Ot, taki fragmencik z pierwszego opowiadania „Chrzest”: Pies czujnie pilnuje domostwa. Patrzy na mnie. Szczerzy się. Może w uśmiechu, może z obrzydzenia. A może to mój skundlony los właśnie mi się przygląda. Obraz psa przy budzie uzyskuje wymiar metafizyczny, zachęca do zastanowienia. Albo zdanie z tego samego opowiadania: Widzę pod skórą każdy węzełek mięśni napiętych jak groźba. Akapit z opowiadania „Poświętnik” też zwrócił moją uwagę swym dynamizmem W korony drzew uderzył z wrzaskiem wiatr, a potem rozświetliło się wszystko zimnym światłem błyskawicy i na lesie położył się grzmot.
Cytaty można mnożyć, ciekawych jest bezlik; zastanawiają zwłaszcza epitety, których znaczenie zostaje nierzadko rozszerzone albo wręcz odwrócone, nadając słowu innej barwy, zostaje zdynamizowane, przykuwa uwagę, zastanawia.

Czas, w jakim toczy się akcja opowiadań, jest nieokreślony, a krajobraz wiejski, można by rzec, że sielski, gdyby nie był nasączony trudem bytowania, pełno w nim postaci zbłąkanych, może pokutujących za grzechy doczesności, wykluczonych, onirycznych; trudno znaleźć atrybuty współczesności, przeciwnie – jedna z postaci opowiadania „Ja Pan, Bóg twój” powiada …wepchnął do ust drewnianą łyżkę pełną żółtej, dymiącej masy. Kto dziś jada drewnianymi łyżkami - można się uśmiechnąć.

A gdyby ktoś zechciał szukać w opowiadaniach Olszewskiego czasów nam bliskich, przestrzeni znanych, to znajdzie kiosk z gazetami, maturzystki, budkę z lodami, a przed nią kolejka kupujących, ale to pozór – rzeczywistość zostanie wymieszana z nierzeczywistością. I krajobraz jakiś dziwny – płyną zagadkowe rzeki, przestrzeń nasycona upałem, brakuje wody albo jest jej nadmiar, postaci poruszają się w łachmanach, chodzą boso, nawet rżysko nie kłuje w pięty dziewcząt biegających po nim jak ;po klepisku na wieczorynce; pojawia się, mężczyzna charyzmatyczny, który przypomina podlaskiego proroka Ilię - jednym słowem rzeczywistość jawi się jako nierzeczywistość, jest zagadkowa, nabrzmiała pełnią tajemnic. Jest to dążność do stworzenia przestrzeni archetypicznej, by na tym tle pytać Czy Bóg i miłość to to samo? To ważne pytanie, a jest ich więcej. O naturę miłości padnie kilka innych. Że te sprawy autora opowiadań mocno obchodzą i co rusz do tej kwestii powraca, zasygnalizował na stronie tytułowej książki cytatem z Kroniki miłosnych wypadków T. Konwickiego, mówiący, że miłość, to straszny węzeł zaciśnięty na szyjach partnerów. Poszukiwanie sensu miłości, splecenia duchowej z fizyczną w jedność, by odnaleźć w niej nową jakość, unika w tej kwestii banałów.

Wspomnieć trzeba o dziwnych kolędniczkach, kobiety przebrane za Matki Święte, które odwiedzają samotnego człowieka, by mu zaśpiewać pieśń nabożną, a wdzięczność za pieśń każe samotnikowi dać banknot, datek dużej wartości, pewnie na wspomożenie osoby chorej, potem zabraknie mu pieniędzy na to, by się znaleźć w towarzystwie jemu podobnych. Ten datek ustrzeże go od grzechu i zapowiada początek podniesienia się z upadku. Odniesień religijnych jest w tej książce sporo, wyczuwa się dążność do spotkania z absolutem.

Opowiadania są pisane w pierwszej osobie, z tym że narratorem raz jest mężczyzna, innym razem kobieta; w jednym i w drugim wypadku autor radzi sobie doskonale. Poszukiwania literackie powodują możliwość odczytania różnorakich interpretacji opowiadań, ale czasem ich sens zostaje zaciemniony, staje się niejasny.

Debiutancką książkę Krzysztofa Olszewskiego, studenta filologii polskiej Uniwersytetu w Białymstoku, wydało Towarzystwo Działań Twórczych „Talent” w Białymstoku w ubiegłym roku jako tom pierwszy Podlaskich Prezentacji Prozatorskich. Publikację sfinansowano przy wsparciu budżetu Miasta Białystok. To niewielka książka, zamieszczono w niej zaledwie 7 krótkich opowiadań, ich autor to, jak napisano na okładce Podlasianin szukający w literaturze kraju i świata takiego języka, który potrafi przemienić codzienność w nie(zwykłą)rzeczywistość. Myślę, że jest to udana próba poszukiwania własnego oryginalnego języka literackiego, a ten wysiłek rokuje sukces literacki. Sądzę, że Krzysztof Olszewski i w przyszłości nie zawiedzie swoich Czytelników.

Krzysztof Olszewski „Z niczego w nic”, Towarzystwo Działań Twórczych TALENT, Białystok 2017, str. 72

Jerzy Żelazny