Okrucieństwo czasu

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: wtorek, 06, luty 2018 Drukuj E-mail

Jerzy Żelazny

Bywa, że rozglądam się wokół siebie ze zdziwieniem, a nawet z przerażeniem - dostrzegam bowiem wokół siebie coraz większą pustkę; nie ma już tych, którzy byli moimi bliskimi, przyjaciółmi czy tylko znajomymi – odeszli, została po nich pustka, pochłonął czas, a jest bezlitosny, nad nikim się nie lituje, nikomu nie przebacza.
Gdy się ma tyle lat, ile ja mam, to ta pustka stale się poszerza, zastraszająco szybko się powiększa, jest zachłanna i nie do przebłagania. I nawiedza mnie pytanie w istocie dramatyczne, ale tchnące niepojętą łaską - co sprawiło, że wciąż trwam na posterunku człowieczym, komu zależy na tym, aby tu być? Chodzi o to bycie, o które pytał Hamlet, a trwa owo pytanie przez wieki i nikt nie znajduje odpowiedzi; powtarzane jest ono bez ustanku, tysiąckrotnie, powielane miliony razy, nie sposób zliczyć, wyobrazić sobie tej mnogości. Bo to pytanie jest nierozerwalne z naszą egzystencją, z trwaniem mimo ustawicznych zagrożeń nieszczęśliwym zdarzeniem. I jak to pojąć - kto sprawia, że ja trwam, a mój brat, bliski mi przyjaciel wędruje już tylko w mojej pamięci, w pamięci swych bliskich, przyjaciół, czasem wspomni też ktoś znajomy.

Kilka lat temu opublikowałem w jednym z periodyków opowiadanie, w którym opisałem sen - w nim zjawiają się moi dawni partnerzy brydżowi. Przyszli, by wyrazić pretensję, że ja wciąż istnieję, a oni odeszli w nicość, a stamtąd mogą tylko wniknąć w mój sen. Rzecz oparta jest na zdarzeniu autentycznym – wszyscy ci, z którymi przez pewien okres spotykałem się, by zabawić się grą w brydża, odeszli, jedni wcześniej, inni nieco później. W opowiadaniu jest nieco inaczej niż było w rzeczywistości, ale tak bywa zawsze albo najczęściej – trudno jest przetransponować zdarzenie rzeczywiste w utwór literacki, dosłownie się nie da, musi zaistnieć eliminacja szczegółów, ich celowy dobór, kolejność, dynamika.

Wyraziłem to gdzieś – życie sprawia wrażenie, że jest nieudolnym naśladowaniem literatury, zdarzeń, które zostały przedstawione w sztuce. Bo literatura, sztuka są doskonalsze niż życie, wyrazistsze, lepiej skomponowane, nie tak chaotyczne, i nie ma w nich tak wielu zdarzeń przypadkowych, nieplanowanych. Nie da się jednak ukształtować życia własnego jak fabuły literackiej - pominąć złe lub tylko przykre zdarzenia, choroby, czyhające nieszczęścia, nietrafne wybory, błądzenie… Tylko że taka fabuła byłaby nieciekawa, nudna i nieprawdziwa. A życie, czy ono też nie byłoby nudne i szare bez ekscytacji unikaniem albo przezwyciężaniem złych przypadków, klęsk? Po opublikowaniu opowiadania o brydżystach niepokojących mnie podczas snu, już się w moich snach nie pojawili, przynajmniej do teraz. Czyżby opisanie ich przedwczesnej śmierci - wszyscy młodsi ode mnie – było spłaceniem „długu”, jakobym u nich zaciągnął, żyjąc dłużej, więc nie zjawiają się w snach?

Czasem liczę, ilu moich znajomych, młodszych ode mnie, już dawno nie ma. Bo mniej żal tych starszych, ich odejście jest zrozumiałe, naturalne, chociaż również bolesne, gdy był to ktoś mi bliski. A czasem to odejście dziwi, jest zaskakujące – zdziwiła mnie śmierć Miłosza, Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, a najbardziej Andrzeja Wajdy - wszyscy odeszli przecież w sędziwym wieku. Tak się przyzwyczaiłem do ich obecności w życiu literackim, w sztuce filmowej, że zdawało mi się, że będą trwać wiecznie na posterunku poetyckim. To jasne, będzie trwał ich dorobek twórczy, ten tak szybko a może nigdy nie zejdzie na margines pamięci. Kto to zresztą wie, kto jest w stanie przewidzieć? Czasem napada mnie myśl niepokojąca, że być może nadejdą czasy, w których poezja, proza artystyczna, a nawet film, nie będą ludziom potrzebne, staną się zbędne, zniknie książka, zastąpi ją internet, hejty, lakoniczne wpisy, memy, fejki, krótkie filmiki, zdjęcia, obrazki. Nie są to myśli jednak poważne, to raczej strachy wyobraźni, przecież poezja jest wieczna. Ta poezja zawarta w wierszu, w prozie, w dziele filmowym, w obrazie wiszącym w galerii albo w domu.

Lubię oglądać się wstecz, ale bez nadmiernej tęsknoty za przeszłością. Nie zachwyca mnie mit Fausta. Gdyby się spełniał, byłby przekleństwem, nawet okrucieństwem. Życia nie można powtórzyć. I bardzo dobrze, że nie można. Czy „Faust” jest dziełem starca, jego chęcią powrotu do młodości? I tak, i nie – Goethe zaczął go tworzyć mając lat dwadzieścia cztery. Na długie lata zaniechał pisania, zasadniczą część, zwaną pierwszą, rozpoczął mając lat czterdzieści pięć, czyli można powiedzieć, że w sile wieku. Czy w tym wieku marzy się o powrocie do młodości? Może w czasach Goethego, gdy ludzie żyli krócej? O autorze „Cierpień młodego Wertera” tego nie można powiedzieć, zmarł w wieku lat osiemdziesięciu czterech. To prawda ostatnią część, najdłuższą, dość skomplikowaną, alegoryczną, o symbolice ciemnej, trudnej, Goethe zaczął pisać po ukończeniu osiemdziesięciu lat i pisał ją do śmierci (1833). Jako starzec dzieli się wiedzą, doświadczeniem, nie ma już w nim tęsknoty za młodością, jako czasem radości i przeżywanych przyjemności, ważniejsze jest służenie ludziom swą wiedzą.

Trudno mi sobie wyobrazić swą młodość przeżywaną obecnie. Ona należy do innych czasów. Sądzę, że nie miałbym mniej kłopotów niż kiedyś. A czy życie byłoby barwniejsze? Pewnie tak, zważywszy na zmiany, które nastąpiły w trakcie mego życia, ten zdumiewający postęp w nauce, w informatyce. Jednakże wątpię, czy w sferze odczuć, indywidualnych przeżyć, byłyby przyjemniejsze. Każdy czas niesie i radości, i smutki, a siła ich przeżywania zależy od umiejętności zaangażowania się w korzystanie z urody świata, od umiejętności jej dostrzegania. Nie, nie chciałbym teraz być młodym. Tamte lata, chociaż ubogie, nieprzyjazne, drętwe, pełne bzdurnych zdarzeń i idei, a jednak wspomina się je chętnie. Bo chętnie i przyjemnie wspomina się własną młodość. Bo z nią zawsze jest związana radość przeżywania świata, nadzieje na spełnienie szczytnych planów, marzeń - bywa, że nierealnych. Młodość ma swe kłopoty, smutki, bóle duszy, które trwają w pamięci, bywają przykrym wspomnieniem. Nie tylko więc z przeszłości wracają i radują wyobraźnię same blaski, chwile przyjemne, ale również dręczą smutki, niespełnione miłości i marzenia, przyjemności i szczęśliwe chwile, które nas ominęły, a pozostał żal.

Często sięgam po tomiki wierszy Wisławy Szymborskiej, zwłaszcza po ten mój ulubiony pod tytułem „Chwila”. To proste wiersze w swej konstrukcji, metaforyce, a jakże piękne, pełne zadumy metafizycznej albo tylko takich z pozoru zwyczajnych refleksji, ale poruszających w duszy odczucia, które doznaję, słuchając Walca A-Dur Chopina albo „Legendy” Henryka Wieniawskiego. Wystarczy przeczytanie jednego wiersza, by doznać olśnienia. Zwłaszcza ten otwierający tomik zatytułowany właśnie „Chwila”:
Idę stokiem pagórka zazielenionego.
Trawa. Kwiatuszki w trawie
jak na obrazku dla dzieci.
Niebo zamglone, już błękitniejące.
Widok na inne wzgórza rozlega się w ciszy.
I ostania strofa, zaledwie trzywersowa, ale jakże wspaniale pointuje ten spacer poranny w górach, jest klamrą spinającą wszystkie wiersze tego tomiku:
Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila.
Jedna z tych ziemskich chwil
proszonych, żeby trwały.
Oczywiście jest to przypomnienie słów, które miał wyrzec Faust do mijającej chwili: Trwaj! Jesteś tak piękna! Słowa te miały kończyć przygodę powrotu do uroków młodości, dlatego Faust zwleka z ich powiedzeniem. Padają w momencie, gdy mu się udaje dokonać wielkiego dzieła dla dobra ludzkości. Nie każdemu jest dana taka chwila, bardziej ona jest literackim marzeniem, niż zdarza się w rzeczywistości.
Tak myślę – życie składa się z chwil. Tych dobrych, szczęśliwych, pięknych i tych bolesnych, paskudnych. I tak to już jest. Szukam tych dobrych chwil, pięknych, staram się je dostrzec, bo często trudno je zauważyć, trudno uznać, że są piękne…
Ale się zdarzają. I one łagodzą pustkę, która wciąż wokół mnie narasta, poszerza się, jest coraz bardziej zachłanna i bezwzględna.

„ Okrucieństwo czasu” – tak zatytułował jedną ze swych powieści Jan Drzeżdżon, poeta i pisarz piszący również w języku kaszubskim, a „pożyczyłem” go, by zatytułować niniejszy felieton, bo wyraża moje, czasami, przerażenie niknącym czasem, a o tym jest ta powieść. A Jan Drzeżdżon, prozaik wysokiego lotu, odszedł przedwcześnie, gdyby żył, w ubiegłym roku skończyłby osiemdziesiąt lat, a powędrował gdzieś tam w wieku 55 lat. Cóż, trudno przebłagać los.

Jerzy Żelazny


Przeczytaj też u nas inne teksty J. Żelaznego, a także - w "porcie literackim" - recenzje jego książek: Duchy polanowskich wzgórz (2006), Ptaki Świętej Góry (2010), Za wcześnie do nieba (2010), 19 bułeczek (2011), Fatałaszki (2013), Tango we mgle (2014)