Notatki na marginesach (7)

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: wtorek, 05, grudzień 2017 Drukuj E-mail

Bartosz Suwiński

NOTATKI O WIERSZACH JULIUSZA GABRYELA

1.
Niepokój – pierwsze słowo, jakie przychodzi na myśl przy zetknięciu z wierszami Juliusza Gabryela. Celowo piszę o zetknięciu, a nie o lekturze. Zetknąć się z czymś, zbliżyć, organicznie poczuć. Tak, trzeba tym wierszom pozwolić wejść w skórę. Trzeba być jak pudło rezonansowe, które oddaje dźwięk każdego strojenia. A w przypadku wierszy Gabryela, raczej rozstrojenia. Jesteśmy w okolicach 2002 roku, nad tomem otwarcia: Hemoglobina*. Wiersze są rozkojarzone, gubią wątki, zamazują ścieżki. Błądzą po omacku. Biegają po kilku piętrach i poziomach na raz. Dotykają sedna wrażliwości, a w zasadzie opowiadają o pognębionej wrażliwości, której zwidziała się rzeczywistość. Albo przyśniła. Wrażenie twardej halucynacji wkrada się już od pierwszych kartek debiutanckiej książki. Oniryczne pasma prowadzą nas w rejony niepodległe racjonalnym pobudkom. W zasadzie ta poezja opisuje świat osoby czującej bardziej, dla której rzeczywistość jest o niebo bardziej skomplikowana i dojmująca niż w przypadku osoby zdrowej. Bohater tych wierszy cierpi na szaleństwo.

Chciałoby się powiedzieć, że ma szalej w oczach. Przyjmuje świat w rozproszonych głosach, nakładających się na siebie obrazach, na stykach wizji, które balansują między prawdą a zmyśleniem. Bohater tych wierszy cały czas próbuje istnieć lepiej. Bliżej określonych norm, poprawniej. Jego zmagania są przejmujące, a próba nadania rzeczywistości określonej formy, nie złożonej z przywidzeń i pozorów, dramatyczna. Dlatego dwudziestotrzyletni (wtedy!) poeta może powiedzieć: „wiem, że to co było zostawia głębokie blizny, / z biegiem czasu coraz głębsze, zakrzywione zwierciadła, / od urodzenia mieliśmy zapomnieć” [H, 9]. Mamy wrażenie, jakby mówiła do nas recydywa psychicznych zaburzeń. Gabryel przekonuje, ze każdy z nas nosi w sobie swoją celę, która dla pewnej części może stać się więzieniem. Czytamy w wierszu Zmartwychwstał i jest głodny:

Przeprowadzam niewidomego
na drugą stronę ulicy
jak na drugą stronę rzeki
czy to niewidomy przeprowadza mnie
z drugiej strony rzeki
na drugą stronę ulicy?

kiedy fale zaczną nas kołysać
staniemy się jedną z nich
nie będzie nas osobno
[H, 10]

Obecność może w tym świecie przerażać, ale nie musi. Rzeczywistość bodźcuje bohatera tych wierszy, cały czas nadwątlając jego kruchą konstytucję. Stale próbuje się wydostać z wewnętrznej pomroki na jasne, przepastne miejsca widokowe, gdzie świat nie zjawi się jak widmo, tylko jako spodziewany gość, na wizytę którego czekamy z utęsknieniem. Jakoś trzeba się przeciskać, by wyjść na swoje. W ciele mieszka wielu:

wypełnia się

rzeki dymu w ciasnych korytarzach powietrza
zalewają balkon dłoni skąd pije się wiatr

pomóżcie mi proszę

głowa oddychająca we mnie
upada bez czucia
[H, 14]

To jest poezja o tym, że bardzo łatwo może się nam rozszczelnić obraz, nazywany przez nas rzeczywistością, a to, co pojawi się w jego miejsce, będzie podobne, ale wydane ciemnym wodom wyobraźni, na powierzchni których pojawią się twarze, zakrywające całe lustra. Są to wiersze o człowieku, którego świat przybiera postać grząskiego bagna, gdzie każdy krok waży, a zarazem może pociągnąć w głąb otchłani. To również poezja o tym, że to, co nie mieści się w normach, budzi strach i lęk, choć tak naprawdę nie wiemy, kto żyje bardziej, mocniej, pełniej. Wersy o tym, że poczucie sprawstwa jest bardzo budujące, a maligna wyobraźni powoduje, że człowiek traci rezon i wydany jest przypadkowym hologramom, które imitują ludzkie twarze. To w końcu literatura dająca świadectwo osoby, której każda chwila jest gęsta jak zamarznięty inkaust. Mówiąca o tym, że czasami ilość rzeczy, które zjawiają się nieproszone, znikąd, głowa nie jest w stanie przepracować i ich uporządkować, poskładać w logiczne ciągi i wkrada się chaos, destruktor sensu, według którego wartościujemy to, co przychodzi:

wielokrotnie zmieniałem narratorów, żeby trudniej
mnie było rozszyfrować, karmić z ręki. dzisiaj
potrafię mówić tylko w pierwszej osobie liczby
pojedynczej.
[H, 37]

Wiersze zainfekowane chorobą, podszyte lękiem. Cierpienie, które powoduje, że człowiek pogłębia swoje doświadczenia. Być może zarówno ból jak i piękno są przedsionkiem do rzeczy jedynych? Być może choroba spada na człowieka po to, by poszerzyć granicę jego wrażliwości, by coś objawiło mu się w sposób jedyny i od razu skończony i żeby był gotowy, to coś wyartykułować innym, żeby zdążył? Takie myśli notuję szybko, na marginesach wierszy, na zakładce zostawionej przed ostatnią prostą.

2.
Laboratoria (2006). Nieokiełznane przerzuty wyobraźni. Skojarzenia rozbijające porządki spodziewanych narracji. Zerwane pieczęcie na wielu poetyckich depeszach. Wiersze do wielokrotnego użytku. Rozkładające akcenty według kaprysów sennej mary, która odpryski rzeczywistości każe oglądać w gabinecie luster. Wolty i rewolty. Ciągłe zaskoczenia. Poezja dalekich skojarzeń, szukających dla siebie inspiracji, w kilku widokach nałożonych na siebie. Wypreparowane wizje, plamy rozlane na płytkach od mikroskopów. Wody płodowe nienarodzonych obrazów. Wszystkie wiersze spełniają się w swej gwałtowności, kłócą się z rozumem o prymat dekodowania psychotycznych rzutów. Zwichnięte znaczenia, przetrącone słowa. Czytamy Podróżnika:

Śmierć jest niczym
wobec wieczności, którą przeżywamy teraz,
wobec najjaśniejszego szkiełka
zarastającego dzikim mięsem
zasypiających płaszczyzn.

Bóg jest malutki, przyjaciele.
[L, 7]

Błądzimy. Twarze odbijające się w witrynach sklepowych zbliżają się do nas na niebezpiecznie bliskie odległości. Strefa komfortu zostaje zawieszona. Jedyne ciepło to strużka latarni pulsującej jak czas, obracającej ciemność w nicość. W piosence dla Sensory poeta przyznaje: „Wiersz jest jak ryba, ślizga się w rękach / i płetwą maluje mi czerep” [L, 25]. A na dodatek: „Jestem zmuszony wędrować z cudzym paszportem, / wypożyczać tchnienie, pokój na kilka cieni” [L, 27]. Jak bohater opowiadania Eustachego Rylskiego, Gabryel mógłby powiedzieć: „ – Bo w moim życiu nie było faktów. Były doznania, olśnienia, iluminacje. Były też klęski i smutki. Ale faktów nie było”.

3.
Płyn Lugola (2016). Psychodeliczna suita na jeden głos i liczne chórki. Atmosfera gęstnieje. Płaty snów opadają jak złuszczona skóra. Schizoidalne wyrwy, które zasysają czas wiersza. Mocna chemia w krwiobiegu wiersza. Psychotropowe ustępy, o które potyka się jawa. Trzeba powiedzieć wprost: znakomita poezja. Niepokojąca, nieoczywista, rozpadająca się na stronie jak zetlały papier. Odurzająca jak narkotyk. Wykolejona z rzeczywistości, wiersze renegackie niepodporządkowane żadnym instancjom. Poruszające wersy intensyfikującego się obłędu. Strofy gęste od znaczeń jak mocny czaj. Wytrącone z realności. A w zasadzie bardzo ludzkie, pełne pokory wobec choroby, nie epatujące cierpieniem, a jednak głęboko w nim zanurzone. Bez wątpienia jedna z najlepszych książek z wierszami, jaka ukazała się w 2016 roku. Przeszła obok krytycznych nosów jak mocne perfumy, którego aromaty szybko parują. Jakoś nieobecna, a dotkliwie w swojej obecności naznaczona. Każda kolejna lektura odkrywa kolejne piętra sensów. Gmach, jaki stawia Gabryel, jest wielopiętrową bryłą, w której głosy nie wracają do swoich nadawców, a echa rozbijają się o skosy i kanty zdartych poręczy. Wiersze działają jak sporysz buławinki czerwonej. Podglebie wiersza mocno przesiąknięte kwaśnymi deszczami. Wiersze rozbijają się o porcelanowe podłogi. Wszystko idzie pod prąd oczekiwań. Na przełaj znanych tras. Znaczenia puszczane samopas. Logorea. Mówienie kanalizuje demony. Słowa przechowują pamięć mętnych nawiasów, między którymi biją serca. Drugi wiersz dla Lou:

pomyśl, że jestem takim martwym chłopcem, lou.
jak nie chcesz na mnie patrzeć to nie otwieraj mnie.

pomyśl, że jestem takim martwym chłopcem, lou.
przychodzę w nocy dotykać cię przez sen.
przychodzę wysysać to

z ciebie.
[PL, 13]

Bohater tych wiersz uczy się światła. Przyznaje: Muszę bez przerwy mówić, nawijać zerwaną taśmę życia [PL, 15]. Żyje w czasie, którego minuty przepoczwarzają chwilę i ta ciągnie się jak burzowa, przepastna chmura. Czasami stoi obok siebie, dystansuje się od własnej świadomości, która mówi głosami wszystkich gości, jakich odnalazła we własnych granicach. Czasem masa krytyczna jest nie do wytrzymania i w samym sobie nie ma miejsca na spoczynek. Rozwidlają się korytarze, które stwarzają kolejne sny, podważające status jawy. „Pasterz rozdziela owce / na trawie pozwijanych żył” [PL, 26]. Jeden. Dwa. Trzy:

Musisz wejść w jego łeb, mówili. Wchodziłem.
Podnosiłem się w jego mojej martwej głowie,
podnosząc jego moją martwą głowę.
Czytałem z jego mojej krwi,
tracąc jego moją tożsamość.
Bezbłędnie wskazywałem miejsca
osoby i rzeczy.
[PL, 23]

Poeta tak mógłby porozmawiać ze swoim wierszem:

– Przypominasz mnie sobie.
– Tak, wracasz do mnie powoli.
– Dobrze. Nie spiesz się**.

I za Seamusem Heaneyem powiedzieć: „Dawne poczucie, że jakaś nieprzenikniona tragedia / Toczy się stale, co dzień, na samym skraju zwykłości – / Nie opuściło mnie do dziś, ani na chwilę…”.

 

---------------------------------------------
* Wersje zdarzeń Juliusza Gabryela przywołuję za ich macierzami : Hemoglobina, Wrocław 2003 [H]; Laboratoria, Kraków 2006 [L]; Płyn Lugola, Brzeg 2016 [PL]. W nawiasie kwadratowym podaję skrót tomu, z którego pochodzi wiersz i numer strony.
** Dialog ten znajdziemy w powieści: P. Roth, Oszustwo, przeł. J. Jarniewicz, Łódź 1993, s. 54.

Bartosz Suwiński

 

 

Przeczytaj też wcześniejsze odcinki „Notatek na marginesach” B. Suwińskiego, wiersze autora w dziale 'poezja', a także w 'porcie literackim' recenzje jego tomików: Bliki (2013), Odpust (2013), Uroczysko (2014), Wyraj (2017) oraz książki eseistycznej Pory poezji. Koncepcja czasu w twórczości poetyckiej Krystyny Miłobędzkiej (2017)