Notatki na marginesach (4)

Kategoria: eseje i szkice Opublikowano: poniedziałek, 07, sierpień 2017 Drukuj E-mail

Bartosz Suwiński

Południe. Słońce kładzie swoje ciężkie promienie na każdej płachcie ziemi. Kurz oblepia twarz, wracają wspomnienia dnia, w którym słota pozwalała zgubić siebie między kroplami deszczu, dorodnymi jak wschodzące kulki winogron. Koty wałęsają się po podwórzu, rwą resztki sardynek, skrywają się w wydrążonych w trzcinie korytarzach. Mrówki niezmiennie pracują nad swoimi wylotami, powietrze jest okrągłe jak kłębiasta chmura przyczepiona do nieba, które trzyma się ledwie, ledwie. Góry w oddali są osadzone mocno, blisko swoich skalnych, chropawych barw: ciemnej i żółtej, bez żadnych niuansów. Cyprys ma wiele wypłowiałych szyszek, których powierzchnie pościerała sól. Wiatr podrywa się na chwilę i za chwilę pozostaje kwestią minionego. Z każdym dniem figi nabierają rumieńców, a skórka ich staje się coraz bardziej podatna na zadrapania. Pomiędzy trawami wiele plam suchej ziemi, na granicy której rośnie kocanka, odporna na żar i wichurę, na noc i dzień.

Piję kawę i resztkę wylewam na ziemię, dla zmarłych duchów, które zwykły krzepić się gęstą, czarną smołą. Dziś w odwodzie wszystko, wzrok naciągnięty na postronkach z tlenu i wolnych elektronów, słońce kładzie swoją sygnaturę, która jest jak zetlały papier na palimpsestach przeszłości. Słowa wychodzą naprzeciw krajobrazu, szukają sobie w nim miejsc ustronnych, gdzie na uboczu można przejrzeć się w lustrach wody i nie odnaleźć tam siebie. Woń pieczywa trzyma cię w swoich ciepłych ryzach, a książki dają ucieczkę od spraw zwyczajnych i niezwyczajnych. Niech ciepło tego świata będzie z innego świata.

Bo nie zginęło żadne utęsknienie,
I żadna boleść nie przewiała marnie,
I żaden uśmiech błahy nieskończenie –
Jest taki anioł, co skrzydłami garnie
I śmiech, i boleść, i to niedotkliwe
Człowieka chaos bierze w dłoń, jak żywe.

Północ. Smugi gwiezdnych pyłków. Blask rozsiany gęsto, co jakiś czas spada jasne spojrzenie i gładko uderza o ziemię. Noc jest potulna i cicha, jedyne drżenie to obroty serca, które przygłusza cykada. Szmer fal w oddali, czasami na moment poderwie się wiatr, lekki i niezobowiązujący, o tej porze w zasadzie bardziej jak kaprys bądź grymas. Trzciny nieruchome. Soki drążą korytarze w nabrzmiałych owocach. Ziemia rozrzutnie oddaje ciepło, ma się wrażenie, że rzeczy i czas są w odwrocie. Że na moment widać drugą przestrzeń, podszewkę krajobrazu, który za dnia pulsuje od słońca, kipiącej krwi, ogorzałych twarzy. Teraz zdarzają się chwile niczyje, pozbawione znamion i treści, zwolnione z obowiązku orbitowania wokół spraw, dziennych zatrudnień, porywów serca, zachłanności oka, które zadłuża się co jakiś czas i daje się uwodzić przypływom i odpływom barw, ich intensywności i tężejącym stanom skupienia.

Skóra również odpoczywa, pot krzepnie na skroni. Można pobyć ze sobą w skupieniu, na darmo wypatrując cienia. Zanurzać się w nocy jak w krystalicznej wodzie, w której dno jest jak fałdka cytatu albo dobrej metafory. Czasami jakieś głosy wpiszą się w odludne trwanie tutejszej nocy, wydanej skałom, ugorom ziemi, ziołom, które po zmroku zawiązują aromaty. Człowiek zostaje daleko od siebie i własnych myśli. Próbuje tylko być w ciemności i razem z nią. Jakby kokon otulony ciszą. I te momenty kiedy nagle odezwie się owca, gdzieś na skalnych piętrach pośród ostrych krzewów i wyświechtanych kamieni. A noc trwa i trwa, kręci się taśma ze szpulą, dalekie echa spadające z klifów. I nocy nie ma, do rana daleko. Blisko siebie jesteśmy, coraz dalej, coraz dalej.

Skoro usłyszysz, jak czerw gałąź wierci,
Piosenkę zanuć lub zadzwoń w tymbały;
Nie myśl, że formy gdzieś podojrzewały;
Nie myśl – o śmierci…
 
Czytam Norwida. Który to raz z rzędu? Zawsze przy lekturze jego wierszy nie opuszczają mnie dwa przeświadczenia.
Pierwsze, że znój stawiania liter i praca w słowie była dla niego jak oddech, któremu podporządkowany jest cały organizm. Norwid to poeta p i s m a, a dopiero potem myśli i idei. Pracujący w słowie cierpliwie, przymierzający doń różne maski, testujący możliwości ciszy, wtrącający idee do lochów wieloznacznych odniesień i odwołań, znający siłę pauzy, wielokropka, czy zawieszenia sensu. Ale i przecież autor z temperamentem wojującego publicysty, celującego w długie frazy, meandrujące jak niespokojna rzeka, nagłe jak rychłe kaprysy Fortuny. Przede wszystkim zaś, to poeta urwanego śladu, który prowadzi nas przez ciemną knieję, a potem porzuca. Jakby tracił wiarę w człowieka i możliwości artykulacji spraw jedynie istotnych, do zrozumienia których rzadko kiedy się zbliżamy. W jego poezji nagle orientujemy się, że jesteśmy sami, a nasze wewnętrzne kompasy szukają wyjścia z lasu, który żyje własnym majestatem.

Drugie, że przyszedł na świat pod niezwykłą konstelacją i koniunkcją gwiazd, w roku 1821 (siedem miesięcy po śmierci Johna Keatsa), który prócz niego wydał Fiodora Dostojewskiego, Charlesa Baudelaire’a czy Gustave’a Flauberta. Norwid przeżył wszystkich, umierającego najpóźniej z pozostałej trójki, autora Braci Karamazow, o dwa lata. Ale jego życie to lata ciemne, godziny mroczne, tak jakby za momenty olśnienia płacił nędzą pozostałych sekwencji czasu, którego kolejne partytury wygrywało mu życie niezwykle boleśnie, jakby skala nigdy nie celowała w półtonach.

Poezja Norwida to wersy o człowieku wyciągającym się z bólu, któremu żal chwil, „Z których każda, jak żwirem zasuty motylek”. O jego kontemplacjach i zadumach, o – by użyć tytułu znakomitej książki Aleksandra Świętochowskiego – „dumaniach pesymisty”, który łowi myśl, „co opodal ledwo skrzelą błyska…”. Nie ma dna ani przystani, jest otchłanią, na której rozmazują się nasze spojrzenia. Poeta stale przypominał, jak mało pewnych rzeczy jest na ziemi, jak trudno znaleźć słowa na stany i gorączki, które trawią nasze lędźwie. Często gonił za wspomnieniem, jakby chwilę teraźniejszą chciał nakryć kołtunem przeszłości. Norwid to poeta snu, który dobrze rozpoznał jego błogie nieświadome ciągi, dlatego upodobał sobie stan bliski omdleniu, kiedy wszystko zasnuwa ciemna kotara. Wiedział, że jak kończy się sen, nadchodzi kolejny, bardziej dosłowny, zdzierający pozory prostacko, nie czekając na wybudzenie świadomości.

Norwid w sposób jedyny i osobny dał dowód temu, jak bardzo może obmierznąć komuś świat, świat, nigdy poezja. Wiedział, że czas (ale jaki, burzy? ciszy?) nie tylko spala nas w swoim piecu, ale, że również niepokoi przestrzenie, czyni bieg naprzód ucieczką. Że jednakowo na drogach szerokich i ciasnych, spotkać nas może nieszczęście. Tylko w jego poezji obok kamienia sterczącego na miedzy jest żółta dziewanna i ruda polna mysz. To on przypominał, że jak wywołuje się zmarłe dziecko przy jego matce, należy wspomnieć „Że usta miało z pąsowych korali”. Wiedział, że nikt z nas nie mówi własnym głosem, dlatego w „Modlitwie” zdobył się na jednowersowe, paraliżujące wyznanie: „Jestem z n a m i ę!...”. Wiedział, że jesteśmy wpisani w ciało jak słowo w wiersz, że idziemy za jego kaprysami i namiętnościami, że w zderzeniu z jego pasją, wszelkie inne idą w odstawkę. I to najważniejsze, że nasza cielesność jest ułomna, ale tylko w niej, być może, zjawia się od czasu do czasu, Duch.

(sierpień 2017)

Bartosz Suwiński


Przeczytaj też w dziale ‘eseje i szkice’ impresję B. Suwińskiego „Pory poezji. Sześć notatek z lektury Miłobędzkiej”, wiersze autora w dziale 'poezja', a także w 'porcie literackim' recenzje jego tomików: Bliki (2013), Odpust (2013), Uroczysko (2014) oraz książki eseistycznej Pory poezji. Koncepcja czasu w twórczości poetyckiej Krystyny Miłobędzkiej (2017)