Tobiasza Grotkowskiego żegluga ku brzegom literatury

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: poniedziałek, 31, lipiec 2017 Drukuj E-mail

Jacek Klimżyński

Zapewne nie zależało mu na tym, aby przedsięwzięcie miało spotkać się z jakimkolwiek rozgłosem. W kilkanaście miesięcy po opisywanych zdarzeniach rzecz ukończył i starannie kaligrafując wygotował stronę tytułową:

P O D R O Ż  M O R S K A
DWU STUDUIĄCYCH POLAKOW

Gdy się z Amsterdamu do Gdańska Okrętem pławili
Powracaiąc z Akademii Leydeńskiey
do Granic Oyczystych.

Opisana krotko przez T:[objasza] G:[rotkowskiego]
Con: R:[ektora] Gym:[nasium] Słuc:[kiego]
w Słucku Miesiąca Lipca
Roku 1760.

Choć strażników czystości języka natychmiast zirytuje miesiącem lipcem, to jednak i oni przyznają, że skrupulatnie zadbał o uszczegółowienie okoliczności eskapady, nie ulegając przesadnej skromności przy wyeksponowaniu własnej osoby.


Całość ułożył w 316 wierszy, z których 40 wyodrębnił literalnie w „Przedmowę”, zapominając wszakże uprzedzić czytelnika, że 41. wierszem rozpoczyna zasadniczą część utworu. Może zresztą celowo wyczulał uwagę przymuszając czytającego do należytej staranności w śledzeniu tekstu. Ot, taka dyskretna metoda bądź co bądź konrektora gimnazjum. Zatem owe 316 wierszy wobec rozległości tytułu zdaje się być skutkiem zamierzonego samoograniczenia, potwierdzonego przecież początkiem utworu:

PRZEDMOWA

Łaskawy Czytelniku! Tu masz opisanie,
Jakie było zza morza moje żeglowanie,
Jakie niebezpieczeństwa i przypadki miałem
I jak się z nich za łaską Bożą wybiegałem.

Nie wyliczam wszystkiego, co się ze mną działo,
Boby mi ni ochoty, ni czasu nie stało.
Nie sadzę się na słowa ni na styl wysoki,
Bo się boję upadku, chcąc się wznieść w obłoki.

Stanie się jednak tak, że dziełko, choć odnalezione jeszcze w rękopisie dopiero w XX wieku, znajdzie się w rzędzie naszych nielicznych zabytków literatury marynistycznej obok „Drogi do Szwecyjej...” Andrzeja Zbylitowskiego czy „Morskiej nawigacyji do Lubeka” Marcina Borzymowskiego.

***
Z akt archiwum synodu ewangelickiego reformowanego czyli dawnej Jednoty Litewskiej wynika, że Tobiasz Grotkowki był w roku 1745 alumnem i stypendystą w gimnazjum słuckim. Z pewnością spełniał pokładane w nim nadzieje, skoro w 1753 r. występuje w dokumentach jako lektor, a w 1755 r. zostaje z Królewca wysłany do Lejdy dla pogłębienia studiów teologicznych na tamtejszym uniwersytecie. Stąd odwołano go dwa lata później, wobec zamiaru powierzenia mu obowiązków konrektora gimnazjum - dumie Słucka i Jednoty. Legenda pasów słuckich kontuszowych narodziła się odrobinę później. Spośród licznych w Koronie i na Litwie wytwórni pasów najsłynniejszą w drugiej połowie XVIII wieku stała się miejscowa manufaktura tkacka dzierżawiona i zarządzana przez Ormianina w służbie Radziwiłłów Jana Mażarskiego, której wyroby zdobyły wkrótce renomę europejską. Słuckie pasy z rozrzewnieniem wspominał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” ku zawstydzeniu późniejszych pensjonarek, a to z racji szczegółowości opisu elementów wystroju tej staropolskiej ozdoby. Dawne to jednak czasy.

Słuck znaczył wiele na długo przed legendą pasów kontuszowych. Jego dzieje sięgają przełomu X i XI wieku, kiedy to wschodniosłowiańskie plemię Drechowiczów zamieszkiwało obszar ziem na północ od Prypeci i dorzecze górnej Dźwiny, a od Mazowszan oddzielał je środkowy Bug. Gród w XII w. był stolicą udzielnego księstwa ruskiego. Od XIV w. ziemie te znalazły się pod panowaniem litewskim i jako księstwo jednej z gałęzi Giedyminowiczów przetrwały do końca XVI w. Wtedy to w wyniku wygaśnięcia rodu w 1592 r. odziedziczone zostały przez Radziwiłłów. Ogromne zasługi w rozwoju księstwa położył Krzysztof Radziwiłł czyniąc z Kiejdan ośrodek religijno-kulturalny kalwinizmu, a w Słucku tworząc zbór i szkołę, która przez dziesięciolecia przekształcała się w poważny ośrodek oświatowy. W czasach Grotkowskiego gimnazjum dorównywało poziomem podobnym placówkom w Wilnie i Kiejdanach.

***
Niejasne są okoliczności opóźnionego przyjazdu Grotkowskiego do Słucka. Skoro z Lejdy został odwołany w 1757 r., czemu podróż przedsięwziął dopiero we wrześniu następnego roku. Okoliczności przeszło półrocznego jej trwania opisze w dziełku. Do Gdańska przypłynie ostatniego dnia marca 1759 r. O drodze lądowej do Słucka nie wiemy nic. Zwłoka nie mogła być przykrą niespodzianką dla przełożonych, bowiem na stronie tytułowej dziełka latem 1760 r. przedstawi się jako konrektor, a w rok później będzie już konseniorem i rektorem gimnazjum słuckiego.
Czasu pobytu na studiach zagranicznych nie ustalimy przy pomocy dokumentów, a sam ujmie to następująco:

Gdy wyszły zamierzone studiowania lata,
Po sześćletnim przejrzeniu w cudzych krajach świata
Do ojczystych kościołów byłem wokowany
Jako na ich usługę dozgonnie oddany.

Wyjaśnia to wiele. P o w o ł a n i e  do ojczystych kościołów jest sensem i treścią jego życia. W roku 1776 zostanie mianowany konseniorem podlaskim. Jego autorytet i pozycja pozwoli synodowi prowincjonalnemu - najwyższej władzy Jednoty Litewskiej - delegować go w 1780 r. na synod generalny węgrowski. Nominację kolegium kuratorskiego na senora obejmującego sześć parafii dystryktu zaniemeńskiego w 1793 r. synod zatwierdzi opinią: „o darach i zasługach tego Męża Bożego przeświadczeni jesteśmy”.
Cieszył się długim życiem, choć ostatnie 11 lat z powodu nadwątlonego zdrowia, po złożeniu urzędu seniora, nie pełnił żadnych obowiązków. W momencie złożenia urzędu synod postanowił: „ofiarujemy temu mężowi, godnością i wiekiem upoważnionemu, emeryturę przy pensji z dodatkami seniorowi zwykłemi, życząc aby go Pan Bóg już w nadwątlonych zdrowia czerstwego siłach swoją pomocą w późne utrzymywał lata.” Tobiasz Grotkowski zmarł w 1822 r.

***
Osobowość i postawa Grotkowskiego każe nam pozostawiać go w planie nakreślonym przez niego samego. Autora nie aspirującego do miana poety - co w czasach rozplenionej grafomanii było nader rzadkie - choć swemu dziełku nadającego formę poematu. Odżegnującego się nadto od wszelakich skojarzeń niezgodnych z kanonem własnej religijności. O ile Zbylitowski i Borzymowski ochoczo eksponują swoje przywiązanie do mitologii i poezji antycznej, o tyle Grotkowski wręcz negatywnie odnosi się do antyku, przeciwstawiając mu swoje credo wsparte aluzją do Psalmu 106:

Lubo wiem, czym był Neptun, znam takoż Trytona,
Których władza na morzu od pogan zmyślona,
Jednak ich nie wspominam ni zowię bogami,
Z umyślu w tym się zgadzać nie chcąc z poetami.

Jednego Boga Bogów tu chwalę i sławię.
O nim swą myśl najchętniej każdej chwili bawię.
A tak i ten, kto czyta, niech z mojej namowy
Odda mu cześć pslamisty syjońskiego słowy.

Pan, który oceamy trzyma w swojej mocy
I ginącym przybywa prętko ku pomocy,
Niech będzie od wszech tworów rozumnych poznany
I miasto bogów obcych w potrzebach wzywany!

Jednakże pod koniec Przedmowy ujmuje swoje dziełko w karby konwencji poematu, nadając temu fragmentowi formę imolacji:

A lubo niepodobna ogarnąć wszystkiego
Myślą, słowem lub piórem, com kiedy dobrego
Wziął od ciebie, to jednak wspomnieć mi się zdało,
Co mię za wolą twoją na morzu potkało.

Przeto ty sam wyprostuj teraz rękę moją,
Abym doznane sprawy opisywał twoje,
Tak iżby każdy człowiek, co to czytać będzie,
Ufność w tobie pokładał i sławił cię wszędzie!

***
Przyjrzyjmy się samej podróży. Z pewnością w wymienionych w tytule dwóch Polaków dominowała chęć przeżycia morskiej przygody. Od początku jednak wszystko układało się niepomyślnie. Prawdopodobnie podróż lądem o tej porze roku przebiegłaby sprawniej i szybciej. Ponieważ Grotkowski dosyć chętnie przywołuje konkretne daty, umożliwia nam precyzyjne ustalenie harmonogramu podróży.

[...ś] z miłym kolegą. Więc be [omieszkania]
Sprawiliśmy, co trzeba było do [jachania]
Roku tysiąc siedymset pięćdziesiąt ósmego
Miesiąca czas jesienny zaczynającego.

Z Lejdy do Amsterdamu skorośmy przybyli,
Wnet okręt iść mający do Gdańska zmówili.
Wsiadłszy nań, po dniach pięciu poczęto od brzegu
Odbijać i wnet żagle napinać do biegu.

Choć wiatr powiewał dla nas mizernie służący,
Szyper jednak w tak wielkiej drodze zostający
Nie chciał opuścić śrzodku ani najmniejszego
Do celu jakożkolwiek pomóc sposobnego.

Płynął tak osimnaście mil aż na granice
Holenderskie i tamże zarzucił kotwice
Kędy innych okrętów kilkadziesiąt stało,
Pogodniejszego czasu już długo czekało.

Po przedłużającym się postoju na kotwicy (jak znów zauważyli ludzie morza i puryści językowi - zarzuconej kowicy; a tyle razy mówiono...) powiał wreszcie wiatr, ale z tak narastającą siłą, że rozbił statek na skałach południowej Norwegii. Kataklizm dosięgnął wówczas wiele płynących jednostek, a mamy prawo polegać na prawdomówności Grotkowskiego, że na skałach rozbiły się cztery inne statki kupieckie. Zatrważająca też była liczba ofiar, bo sięgnęła kilkuset zaginionych podczas sztormu.
Była dopiero połowa października. Próby dotarcia czółnami przez cieśniny duńskie do portów niemieckich nie powiodły się. Tak samo zimowa podróż przygodnym statkiem do Gdańska, gdyż połowa grudnia srożyła się już ciężką zimą. Żaglowiec schronił się w miasteczku Grimstad w południowej Norwegii nad cieśniną Skagerrak. Przezimowano tam do do 21 lutego, by korzystając z nagłego przypływy dobrej pogody wyruszyć w dalszą drogę osiągając w cztery doby wybrzeże Danii. Co ważniejsze - po ciężkich doświadczeniach na Morzu Północnym („Morzu Angielczyków”) osiągnięto rodzimy Bałtyk. Cóż z tego, skoro po chwilowej pogodowej idylli bałtycki dwutygodniowy sztorm o nieprawdopodobnej sile uniemożliwił osiągnięcie odległego już na wyciągnięcie ręki Gdańska. Stało się to wreszcie w ostatnim dniu marca.

Ten był szczęśliwy koniec nieszczęśliwej drogi,
Kiedy się w łaskę zmienił nam gniew Boży srogi.

Skąd dochodzę, że Pan Bóg tego podczas ćwiczy,
Kogo swej świętej szkoły discipułem liczy.
A choć łaskaw jak ojciec na swoją dziecinę,
Jednak trzyma karności w ręku dyscyplinę.

Wszakże się zmiłowywa po maluczkiej chwili,
Słysząc, gdy kto dotkniony od plag jego kwili.
Tym trybem dobrotliwie i mnie edukuje:
Pokarawszy dopiero dobrem koronuje.

Za co mu nade wszystkich jak wierny poddany
Służyć jestem przez cały wiek obowiązany.
A ty, Panie, którego mię stworzyła,
Zdarz, by ma służba w oczach twych przyjemna była!

Finis

Zakończenie opisu podróży jest najlepszym dowodem głębokiej religijności Tobiasza Grotkowskiego i cenną wskazówką w próbie scharakteryzowania jego osobowości.

***
Poemat Tobiasza Grotkowskiego może dzisiaj zainteresować najwęższy krąg czytelniczy, wierny poznawaniu odchodzącej chyba już w niepamięć morskiej tradycji literackiej. Znikoma liczba przykładów morskiego tematu w staropolszczyźnie sprawia, że najdrobniejszy nawet przejaw literackiego zainteresowania morzem jest w środowisku badaczy wysoko ceniony, choć nie bezkrytycznie. Opinie na temat Grotkowskiego są wyjątkowo zgodne. Talent zdecydowanie średniej próby, twórca programowo przeciwny tradycjom homerycko-wergiliańskim, świadomie i chętnie przybierający rolę kronikarza czy reportera, przedkładający zainteresowanie faktem nad analizę stanu emocjonalnego. Doceniany jest język autora, niezbyt piękny i bogaty, ale czysty na tle ogólnego zepsucia języka czasów saskich.

Warto chwilę zastanowić się nad skutkami zderzenia możliwości twórczych Grotkowskigo z tematem morskim, który świadomie podjął w wyniku podróży. Zgodny jest tutaj ze swoimi poprzednikami, traktując żywioł morski jako obcy człowiekowi, wręcz wrogi w chwilach sztormowego wzburzenia. Nie zgłębia myślowo tego faktu, nie szuka filozoficznych rozwiązań. Obiektywizuje go, chłodno opisując zdarzenia, piękno i grozę morza traktuje jako przejaw woli bożej, której podporządkowuje się z głęboką szczerością.
Pejzaż morski nie interesuje go wcale. Pracę na morzu potrafi oddać obrazowo, nie szukając w niej jednak szlachetnego sensu.
Ostatnią fazę przygotowań do rejsu widzi w taki sposób:

Jedni baty na górę - jak zwyczaj - wciągają,
Drudzy kotwic ugrzązłych z ziemi dobywają,
Inni powrozy wiążą, inni suszą żagle.
Nikt nie próżnuje, wszyscy pośpieszają nagle.

Jak więc stado ptactwa, kiedy z miejsca swego
Porwawszy się z skwapieniem, leci do innego
(...).

Burzę morską ogląda z trwogą, ale szkicując ją dość powierzchownie:

Kiedy wiatr dobry ustał, a złe nastąpili,
Które z sobą wojując tak morze skłócili,
Że się wały - jak góry - najwyższe zbiegały
I bezdenne otchłanie wszystkie otwierały.

Niebo chmur czarnych kirem zewsząd pwleczone
Zaćmiło słońce, miesiąc i gwiazdy złocone.
We dnie jak w nocy, noc zaś, gdy nastała,
Sama owę egipską ciemność przewyższała.

Nawałność niezwyczajna szturmu gwałtownego
Rozpędziła okręty wszystkie do jednego.
Nic nie widać jak tylko w pianę obrócone
Na oceanie wody - z natury zielone.

Dynamicznie ukazuje rozterki dowódcy statku zaniepokojonego złą pogodą:

Szyper zemdlone ręce często załamuje,
O wszelkim sposobie salwy desperuje.

Wchodzi i wychodzi, i siedzi, i stoi,
I leży, lęka się, i stracha, i boi.
Miejsca sobie nie znajdzie dla zbytniej teskoności,
Która serce ścisnęła w tej okoliczności.

Raz spogląda na kompas, raz na mapy swoje,
Lecz w takim zamieszaniu za nic to oboje.
I on sam, i lud nie śpi, nie je i nie pije.

Umiejętnie buduje grozę katastrofy żaglowca:

Natychmiast okręt w swoim prętkolotnym biegu
Z napiętymi żaglami przypadszy do brzegu,
Jak go pędziły srogie, bystroszumne wały,
Tak w całym tym impecie wparł się między skały.
Mocny Boże! Jaki tam był krzyk przeraźliwy,
Jaki trzask masztów, belek, desek i[sero...]
Nie wiem, jeśli tak głośne niegdyś owe były
Mury wkoło Jerycho, iedy się waliły.

Ni praktyka, ni biegłość nic tu nie pomogła,
Dowcip i umiejętność zarazem ustała.
Co kto chwycił, z rąk puszcza; gdzie stał, tam się wala.
Strach nic zwyczajnym trybem czynić nie pozwala.

Ostatnimi siłami prawie sie krzepili.
Poerżnąwszy powrozy, żagle w dól spuścili.
Jakim by jeszcze życie sposobem ratować,
Poczęli różne śrzodki wynajdować.

Właściwy swoim umiejętnościom charakter nadaje opisowi akcji ratowniczej; udany reportaż:

Jeden z nas, a do brzegu popłynąć spróbuje.

Przepasawszy się śrzodkiem powrozu długiego,
Którego oba końce, będąc tu, do tego
Usłużą, że płynący nazbyt zmordowany,
Snadnie wnet nazad do nas może być wciągany.

Jeśli zaś Bóg pomoże, że dobrze wypłynie,
Tedy wszystkich salwować może po tejż linie.
Niedługo myśląc, jeden skoro w morze skoczy,
A woda jak się nurtem w kłębek wijąc toczy,

Zakręciwszy go w kółko do gruntu targnęła
I ledwo mu żywota zaraz nie odjęła.
Nic on, nic po nim drudzy również nie wskórali,
Którzy całą noc tejże sztuki próbowali.
[......zmie], jakby piątej z rana
[Za łaskawą] pomocą Najwyższego Pana
Styrnik, gdy sam najpierwej szczęśliwie przepłynął,
Innych też poprzeciągał, żę żaden nie zginął.

Jeśli nawet w podobnych przykładach nie dostrzeżemy szczególnego artyzmu, to szacunek musi budzić dbałość o formę i rzetelność w opisie zdarzeń.

***
Fakt zaistnienia „Podróży morskiej...” Grotkowskiego w świadomości czytelniczej można uznać za przejaw szczęśliwego zrządzenia losu. Pozostawiony w postaci rękopisu (autor nie zadbał o jego druk) utwór wraz z innymi, raczej nieistotnymi tekstami Grotkowskiego, odnalazł w roku 1933 dr Władysław Pniewski w archiwum Biblioteki Uniwersyteckiej w Wilnie.
Urodzony w Gostyniu w 1893 r. historyk literury, językoznawca i bibliograf, był w latach 1924-1939 nauczycielem języka polskiego w Gimnazjum Polskiej Macierzy Szkolnej w Gdańsku. Będąc badaczem dziejów języka i kultury polskiej w Gdańsku oraz zagadnień kaszubsko-pomorskich ogłosił szereg cennych prac, m. in. „Przegląd literatury kaszubskiej” (1929), „Morze polskie i Pomorze w pieśni” (1931), „Język polski w dawnych szkołach gdańskich” (1938). W latach 1927- 1936 publikował w „Roczniku Gdańskim” bibliografię kaszubsko-pomorską w zakresie języka i literatury pięknej. Po wybuchu wojny został wraz z innymi polskimi intelektualistami, działaczami społecznymi i pisarzami z terenu Wolnego Miasta Gdańska, Prus Wschodnich i Pomorza Gdańskiego uwięziony w obozie koncentracyjnym w Stutthofie (Sztutowo) pod Gdańskiem. Zginął 22 marca 1940 r. zamrodowany przez Niemców w czasie masowej egzekucji 250 działaczy Polonii gdańskiej.

Ze zbiorku rękopisów Tobiasza Grotkowskiego zawierającego zupełne drobiazgi pisarskie (szaradki, zagadki, różne wiersze) wyodrębnił sygnowaną osobno „Podróż morską...” i opatrzywszy ją słowem wstępnym opublikował pod tytułem „Nieznany polski poemat morski z XVIII w.” w „Roczniku Gdańskim” t. VII-VIII: 1933-1934 (druk 1935) s. 416 - 428.

Wydanie książkowe zawdzięczamy Edmundowi Kotarskiemu, który w 1973 r. nakładem Wydawnictwa Morskiego w Gdańsku opublikował bardzo pieczołowicie edytorsko przygotowane „Trzy podróże”, zawierające poematy Jana Kochanowskiego, Andrzeja Zbylitowskiego i właśnie Tobiasza Grotkowskiego.

Chcąc zachować należyte proporcje, szczególnie w kontekście zestawienia nazwisk Kochanowskiego i Grotkowskiego, przywołajmy zdanie Władysława Pniewskiego ze słowa wstępnego do „Podróży morskiej...”:
„Niedużo dał nam Grotkowski w dziedzinie poezji morskiej, ale za to, co dał, wdzięczni mu jesteśmy, bo nowy dowód mamy na to, że nie tak znowu strachliwie Polacy unikali morza, skoro mogąc podróżować lądem, puszczali się do ojczystych pieleszy morzem.”

Jacek Klimżyński