Marek Probosz - Pilecki, Polański, Probosz

Kategoria: rozmowa latarni Utworzono: środa, 16, listopad 2011 Opublikowano: środa, 16, listopad 2011 Drukuj E-mail


Z Markiem Proboszem - aktorem grającym po obu stronach oceanu, reżyserem, autorem książek, scenarzystą, profesorem aktorstwa na Uniwersytecie Kaliforni w Los Angeles, rozmawia Mirosław G. Majewski

PILECKI, POLAŃSKI, PROBOSZ


MM: Panie Marku, kiedy pierwszy raz pojawił się pan na ekranie?

MP: To były „Zmory” Wojciecha Marczewskiego (1979), ciekawostką był fakt, ze odwoziłem młodszego brata Adama na lokacje tego filmu, gdyż miał zagrać mojego starszego brata Piotra w czasach młodości, no i reżyser mnie wypatrzył, zaproponował abyśmy wszyscy trzej zagrali w jego kultowym juz dziś filmie. Adaś był naszym etatowym rezerwowym, zagrał również mnie w młodości, w innym filmowym klasyku „Niech cię odleci mara” Andrzeja Barańskiego.

MM: A w jakim filmie po raz pierwszy zagrał Pan główną rolę, i jak to było być „synem” Bronisława Pawlika w wspomnianym „Niech cię odleci mara”?

MP: Jedna z głównych ról zagrałem już w „Tangu Ptaka” Andrzeja Jurgi (1980), ale za pierwszą główną uznaję „Niech cię odleci mara” Andrzeja Barańskiego (1982). Byłem wtedy po pierwszym roku studiów w Łódzkiej Filmówce, pamiętam, ze zdjęcia próbne odbywały się w wakacje, przyjechałem na nie aż z rodzinnych Beskidów. Wszedłem do biura castingu w niebieskich tenisówkach, które kupiłem sobie w Czechosłowacji, wszystkim się bardzo spodobały. Buty to bardzo ważna część garderoby w zawodzie aktora. Film wyróżniony został nagrodą Krytyki Filmowej, Syrenka Warszawska 1983. Współpraca z filmowym ojcem, znakomitym aktorem, Bronisławem Pawlikiem, była dla mnie wielką ucztą i lekcją organicznego aktorstwa. Bronek nie tylko wymagał ode mnie synowskiego posłuszeństwa, ale obdarowywał mnie też bezgraniczną troskliwością, np. chodziliśmy razem w przerwach weekendowych do kina, pamiętam jak oglądaliśmy w pustej sali w Łodzi „Nóż w wodzie” Polańskiego. Pawlik był bardzo spontanicznym aktorem, wybuchowym cholerykiem, z sercem wrażliwego poety, mam wiele anegdot z naszej współpracy, pozostaną mi w pamięci na cale życie.

MM: No właśnie, miłośnicy filmu kochają anegdotki z planu, czy ma pan taką ze swoich wcześniejszych ról, jeszcze z lat 80-tych?

MP: Np. zdjęcia do „Niech cię odleci mara” mieliśmy w małym miasteczku pod Łodzią. Miejscowe dzieciaki dowiedziały się o filmie i uciekły ze szkoły. W przerwie na obiad ustawiła się do nas ogromna kolejka maluchów po autografy, większość z nich nie miała ani ołówka, ani kartki papieru. Mnie to nie przeszkadzało, ale Pawlik w pewnym momencie nie wytrzymał, złapał kolejnego łowcę podpisów za ucho i ostro podciągnął go w górę, „A czy ty, chociaż wiesz nicponiu jeden, jak ja się nazywam?” Malca zatkało, nawet jakby wiedział, nie był w stanie wydukać ani słowa. Mój filmowy ojciec puścił ucho i klepnął go po spoconej z przejęcia głowie, „To spadaj do mamy i się dowiedz!  Nie waż się wracać dopóki się nie nauczysz o czyj autograf prosisz!” Chłopiec puścił się biegiem przez rynek wśród śmiechów zebranych dzieciaków. Tego dnia Pawlik miał już spokój z autografami.

MM: Przejdźmy teraz z prowincjonalnego miasteczka pod Łodzią do Hollywood, jak to się stało, że znalazł się Pan w LA?

MP: Moja kariera zawodowa w Europie wschodniej rozwijała się znakomicie, na kilku lat przed emigracją grałem już tylko główne role w kinie, teatrze, telewizji. Moje czechosłowackie filmy zdobywały nagrody na festiwalach w Cannes, Karlonych Warach, San Sebastian. Zacząłem z dużym sukcesem reżyserować w teatrze, moja współczesna adaptacja „Salome”, w której również zagrałem główną rolę, uznana została przez krytykę czechosłowacką za najlepsze przedstawienie roku 1986. Zaproponowano mi reżyserię „Przemiany” Kafki w operze w Brnie, napisano specjalnie dla mnie libretto, w niemiecko-czeskim filmie miałem zagrać Mozarta. Ale zdawałem sobie sprawę, że sukces zawodowy to nie wszystko, że świat iluzji, w którym spędzałem większość swojego czasu, to nie rzeczywistość, w której żyję, po wyjściu z teatru, albo po powrocie do hotelu z filmowego planu. Zamordowano ks. Jerzego Popiełuszkę, Grzesia Przemyka, rozbito nasz Niezależny Związek Studentów, liderów Solidarności aresztowano. Świeża krew na ulicach i społeczna depresja były zjawiskiem codziennym. Nie mogłem się dłużej oszukiwać, kiedy nadarzyła się pierwsza okazja, podjąłem życiową decyzje zakupienia biletu w jedna stronę. To był skok w przepaść, w nieznane. Porzuciłem karierę, rodzinę, dom. Nie było Internetu, komórek. Wybrałem wolność, mimo tego, że zdawałem sobie sprawę, że będę musiał zaczynać wszystko od zera, że mogę za ten wybór zapłacić najwyższa cenę.

MM: Ale jednak opłacało się. Zagrał pan Romana Polańskiego w filmie "Helter Skelter", myślę, że nie tylko ja nabrałem się na czarno-białą quasi dokumentalną wstawkę, czy może Pan powiedzieć o tym coś więcej?

MP: Ta rola była dla mnie wielkim wyzwaniem, Roman Polański to nie tylko genialny reżyser i świetny aktor, ale żyjący rodak i absolwent tej samej Łódzkiej Filmówki, którą ukończyłem. Czułem spoczywającą na mnie odpowiedzialność, bo przyszło mi się w niego wcielić w najbardziej dramatycznym okresie z jego życia, kiedy to w 1969 zamordowano mu żonę, dziecko i przyjaciół. Przeczytałem i obejrzałem wszystko, co było dostępne w Hollywood na temat Polańskiego, Sharon Tate i bandy Mansona. To co wtedy przeżył, z czego się pozbierał jako człowiek i artysta, który dalej niezłomnie tworzy swoje filmowe arcydzieła, jest godne podziwu. Wiedziałem, że nie mogę popełnić najmniejszego fałszu, stałem się prawdziwym ekspertem od Polańskiego, na planie nikt nie mówił do mnie inaczej niż  „Roman”. Jednak największy komplement spotkał mnie w dniu hollywoodzkiej premiery, reżyser John Gray powiedział mi w kuluarach „Marek, muszę ci powiedzieć największa pochwale, jaką aktor może usłyszeć, miałem przedpremierowy pokaz filmu dla studentów reżyserii na Uniwersytecie Kaliforni - USC, po projekcji podeszli do mnie z wypiekami na twarzy i wypytywali o twoja scenę konferencji prasowej w LA, powtarzali w kółko, „jak udało się panu zdobyć te dokumentalne materiały z Polańskim, jak otrzymał pan od niego zgodę, ile studio musiało za to zapłacić?” Wyobraź sobie, że nie zorientowali się nawet, że to wszystko twoje aktorstwo!” Opinie studentów potwierdziły dalej świetne recenzje w The New York Time", "Hollywood Reporter" czy "Variety".

MM: Przejdźmy teraz to filmu o enigmatycznym tytule "Y.M.I."

MP: Mój amerykański debiut fabularny „Y.M.I.” („Dlaczego jestem”) jest historią o amerykańskim fenomenie społecznym, problemie samobójstwa. Kiedy moja żona zaszła w ciążę z naszym pierwszym dzieckiem, jako przyszły ojciec zacząłem się głęboko zastanawiać nad światem, na który sprowadzam swoje maleństwo. Obłożyłem się wszelkiego rodzaju literaturą na temat dzieci i młodocianych. Po pewnym czasie dotarł do mnie horror, że przyczyna śmierci numer jeden wśród młodocianych w USA było samobójstwo! Od chwili tego odkrycia, nie mogłem zaznać spokoju, starałem się dotrzeć do genezy tego przerażającego zjawiska. Wreszcie postanowiłem napisać na temat tego „tabu” scenariusz, z myślą rozpętania szerszej dyskusji i dotarcia do masowego odbiorcy. Stwierdziłem bowiem, że wszystko zaczyna się w domu. Nie bez wielkich przeszkód i trudności, po kilku latach powstał mój film, otrzymałem za niego nagrodę publiczności ABBOT na festiwalu filmowym The Other Venice 2004. Obecnie jestem w przygotowaniach do swojego kolejnego projektu, „Auschwitz 42”. Jest to prawdziwa historia o brawurowej ucieczce czterech więźniów z Oświęcimia, autem komendanta lagru, przebranych w mundury oficerów SS.

MM: Ale wróćmy jeszcze do "Helter Skelter", przyszło mi na myśl, aby zapytać w jaki sposób otrzymał Pan tą rolę? Casting?

MP: W Ameryce bez statusu wielkiej gwiazdy nie można pominąć procesu castingu. Mój agent wysłał mnie do Studia Warner Brothers na zdjęcia próbne do „Helter Skelter”, które przeprowadzała legendarna Phyllis Huffman, skompletowała m.in. obsadę do czternastu filmów Clinta Eastwooda, wybrani przez nią aktorzy wygrali Oscary we wszystkich kategoriach. Projekt o bandzie Mansona i Polańskim zapowiadany był w Hollywood od dłuższego czasu i towarzyszyła mu otoczka sensacji. Przygotowałem się maksymalnie. Phyllis była zachwycona. Zadzwoniła do agenta mówiąc, „Niech Marek na spotkaniu z reżyserem i producentami niczego nie zmienia, niech zrobi dokładnie to samo, mam wrażenie, ze dostanie tę role!” Castingowi reżyserzy nie dzwonią sami do agentów, to był dobry znak. Powtórzyłem raz jeszcze swojego Polańskiego i otrzymałem role. Vincent Bugliosi, jeden z producentów projektu i autor kultowej książki „Helter Skelter” na podstawie której powstał film, powiedział mi na planie, że go zatkało jak mnie zobaczył w akcji, bo wierzył, że uda się znaleźć wszystkich aktorów poza jednym, Polańskim.

MM: No tak, oto całe Hollywood, ale z drugiej strony William Hurt w jednym z wywiadów stwierdził, że bardzo lubi grać w filmach europejskich, co Pan, jako Europejczyk sądzi o tej wypowiedzi?

MP: Wiadomo, że hollywoodzka gwiazda jest traktowana w europejskim filmie jak „święta krowa”. Kto by tego nie uwielbiał? Są tacy, którzy wyprowadzają się tam na stałe. Lubią być cenieni bardziej tam, niż u siebie. Status gwiazd w Hollywood utrzymywany jest nadal, bo wiążą się z tym ogromne pieniądze, bez nich nie mogłyby funkcjonować wielki Filmowe Studia. Ostatnio miałem na swoich zajęciach w Uniwersytecie Kaliforni – UCLA, (jestem tam profesorem aktorstwa od sześciu lat), Annette Bening, oscarową aktorkę, żonę oscarowego aktora Warrena Beaty. Była zupełnie normalna, przyjemna, profesjonalna, życiowa. Prawdziwe gwiazdy, to normalni ludzie.

MM: W takim razie, co czeka aktora z Polski szukającego kariery w Hollywood?

MP: Wspinaczka po pionowej skale, pływanie z wygłodzonymi rekinami pośrodku oceanu, skok bez spadochronu w nieznaną otchłań. Tu wszystko jest możliwe, ale sukces udaje się tylko nielicznym. Potrzebne są poza talentem, łut szczęścia, niezłomna wiara, determinacja, wytrzymałość i zdrowie długodystansowca. Aktorstwo to dla cudzoziemca najtrudniejsza ze wszystkich artystycznych profesji, bo przecież cierpimy na nieuleczalny akcent i obciążenia kulturowe. Nic dziwnego, że z rodaków po fachu wielką karierę zrobiła w Hollywood tylko Pola Negri, ale były to czasy niemego kina.

MM: Zagrał Pan tytułowego bohatera w spektaklu Ryszarda Bugajskiego "Śmierć rotmistrza Pileckiego", jeżeli zależałoby to ode mnie, dostałby Pan Oskara, ale mnie interesuję pański stosunek do tej roli?

MP: Ta rola odmieniła moje życie, mam wrażenie, ze stałem się dzięki niej wartościowszym, dojrzalszym człowiekiem. To była wielka nieoczekiwana radość, zaszczyt i prezent losu za dziesiątki lat zmagań i wyrzeczeń. Pilecki przylgnął do mnie na zawsze, chociaż film miał premierę w 2006 roku, wciąż jestem jego ambasadorem, jeżdżę po świecie, festiwalach, pokazach i zaświadczam swoja osobą, że to nie była fikcja, że był taki człowiek i tego wszystkiego dokonał. Bo przecież nie było nikogo innego kto dobrowolnie, na ochotnika poszedł do piekła obozu w Auschwitz, aby ratować jego więźniów, podnosić ich na duchu, przygotować ich do wyzwolenia fizycznie i psychicznie. Robił to bezinteresownie, nie patrząc na wyznanie, narodowość czy  orientacje seksualną tych, którym pomagał. Dawał drugiemu człowiekowi wszystko, co najlepsze, polski altruistyczny bohater, katolik, ojciec, żołnierz. A to zaledwie część jego krystalicznej biografii.
Przygotowując się do tej roli żyłem jak mnich, byłem porażony jego dobrem i niezachwiana postawą. Miałem wrażenie, ze nawiązaliśmy głęboki emocjonalny kontakt. Nic dziwnego, że po amerykańskich pokazach filmu, widzowie porównywali Pileckiego do Jezusa, Gandhiego, Spartakusa. Próbowali odnaleźć wzorzec historyczny, który by do niego pasował, ale on wymyka się jednoznacznej kategorii. Wróciłem ostatnio z pokazu filmu w Londynie, gdzie zafascynowana Pileckim publiczność wypytywała mnie po projekcji o tajemnice jego fenomenu człowieczeństwa. W obecnych czasach cierpimy bowiem na wielki deficyt prawdziwych bohaterów, inflacja ludzkich wartości dotyka nas wszystkich. Głoszę wiec dobre słowo o Pileckim, przypominam o jego ideałach, za swoją działalność otrzymałem w tym roku dwa medale, jeden w Oświęcimiu „Do końca niezłomny”, drugi w Londynie - MORTUI SUNT VIVAMUS. 
Pilecki
wciąż żyje, film o nim „Śmierć rotmistrza Pileckiego” wyświetlany był od Białego Domu w Washington DC gdzie prezydent Bush oglądał go ze swoją świtą, przez Santo Domingo, gdzie w poszukiwaniu wolnej ojczyzny wylądowali przed wiekami oszukani przez Napoleona polscy legioniści, Warszawę, Sztokholm, Londyn czy Los Angeles, chociaż miał już w Mieście Aniołów co najmniej z dziesięć pokazów, to kolejny odbędzie sie w styczniu 2012 na Uniwersytecie – USC.

MM: To wspaniale! Panie Marku, dziękuję, że znalazł Pan czas na ten wywiad. Ze swojej strony dodam, że w tym roku będziemy mogli zobaczyć Marka Probosza w nowej roli w polskim filmie „Bokser”, gdzie jako Gary Michalsky wcielił się w malowniczą postać amerykańskiego menadżera Przemysława Salety, w serialu ABC „Scandal” gra Oscara. Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek, dla mnie, faceta który od lat para się literaturą, równie ważne jest to, że w księgarniach oczekuje na państwa druga książka Marka Zadzwoń, jak cię zabiją - zbiór opowiadań ukazał się w Wydawnictwie LATARNIK.