Artur Burszta - Poławiacz poetów

Kategoria: rozmowa latarni Opublikowano: wtorek, 22, grudzień 2009 Drukuj E-mail

Z Arturem Bursztą, szefem i właścicielem Biura Literackiego we Wrocławiu, rozmawia Halina Szczepańska

POŁAWIACZ POETÓW

- Prawie 600 autorów nadesłało zestawy utworów na ogłoszony przez Biuro Literackie konkurs „Bursztynowe Pióro / Połów 2007”. Jak ta liczba ma się do innych lat, czy jest tu jakiś rekord?

- Po zweryfikowaniu okazało się, że wszystkie warunki spełnia 400 propozycji. Nie zmienia to faktu, że to całkiem sporo. Gdy dwa lata temu organizowaliśmy projekt pod nazwą „Czas na debiut” napłynęło nieco ponad 100 zgłoszeń, na ubiegłoroczny „Połów” nieco ponad 200. Tak naprawdę jednak nie o ilość, a o jakość chodzi.

- Wydaje mi się, że BL, przez swoją ponad 10-letnią działalność, już sobie zagwarantowało, że Ci nieznani, ale najlepsi, zgłaszają się do „Połowu”? Jaki był poziom nadsyłanych prac? Jakie „ryby” udało się wyłowić?
- O ile z prozą było bardzo kiepsko, to z poezją już znacznie lepiej. Do tego stopnia, że zdecydowaliśmy się zaprosić aż siedmiu autorów. Na wyróżnienie zasługiwało przynajmniej drugie tyle.

- Czy ci z przedziału „drugie tyle” jakoś się o tym dowiedzą?
- Jeśli zdecydują się na ponowne przesłanie nowego zestawu wierszy, zostaną wybrani, to pewnie dowiedzą się, że byli blisko już rok wcześniej.

- Kołobrzeg miał swój konkurs prowadzony w formule podobnej do wielu innych w kraju o „Bursztynowe pióro”. Można w nim było wygrać jakąś nagrodę, odnotować w biografii i... nic. Takich „piór” złotych, srebrnych jest mnóstwo, ale dają piszącym niewiele. W tym nowym dla Kołobrzegu konkursie, który wystartował po połączeniu sił z Biurem Literackim, czyli z Połowem 2007, można wygrać coś znacznie bardziej wartościowego. Ta nowa formuła to wielka szansa dla laureatów, coś na czym znacznie bardziej każdemu twórcy. W ten sposób mały lokalny konkurs urósł, stał się zupełnie nowym konkursem. Czy kołobrzeski Miejski Ośrodek Kultury ma szansę na kontynuację tego projektu? Czy może BL zaangażuje w podobne konkursy jeszcze więcej ośrodków poza Wrocławiem?
- Zawarliśmy dwuletnią umowę i już rozpoczynamy nowy „połów”. Po bardzo udanym początku nie widzę powodu, by nie przedłużyć umowy na kolejne lata. „Bursztynowe pióro”, to był jeden z ponad pół tysiąca konkursów literackich organizowanych w Polsce. Miewał lepsze i gorsze edycje. Dzięki nowej formule nagle stał się najatrakcyjniejszym i prawdopodobnie najważniejszym projektem dla autorów przed debiutem książkowym. To nie jedyny projekt o charakterze edukacyjnym jaki Biuro Literackie w tej chwili realizuje. Niewykluczone, że niebawem wraz z Instytutem Książki rozpoczniemy ogólnopolską akcję pt. „Uczniowie piszą”, która realizowana byłaby we wszystkich szkołach średnich w Polsce.

- We wszystkich szkołach w Polsce... To wielkie przedsięwzięcie organizacyjne, niewyobrażalne. Kto będzie prowadził tę akcję? Poloniści czy poeci? Czy również na tak dużą skalę będzie wykorzystywany internet?
- Głównym elementem projektu będzie konkurs odbywający się w trzech kategoriach: poezja, proza, esej. Zestawy przyjmowane będą poprzez formularz na stronie internetowej. Wyboru dokonywać będą znani autorzy. Finałem imprezy będzie spotkanie we Wrocławiu, podczas którego laureaci uczestniczyć będą w zajęciach, wezmą też udział w specjalnym wieczorze autorskim. Najciekawsi otrzymają ministerialne stypendia, a do najbardziej zaangażowanej w projekt szkoły trafi specjalna nagroda. A co do polonistów, to projekt ma być również wsparciem dla nich. Zazwyczaj pod hasłem współczesność w szkołach omawiane są wiersze Herberta, Miłosza czy Różewicza sprzed 15-20 lat. Nam chodzi o autentyczną współczesność, czyli literaturę, która powstaje tu i teraz.

- Jak wygląda chęć współpracy ze strony poetów, czy chcą prowadzić te wymyślane przez BL warsztaty?
- Mamy grupę wypróbowanych autorów, którzy doskonale czują się w tej roli. Co jakiś czas staram się angażować nowych. W ramach Pogotowia Poetyckiego, projektu który realizujemy we Wrocławia od ponad roku, w tej roli wystąpiło już 15 autorów.

- Czy lista nazwisk jest stała? To ta, którą można znaleźć na stronach internetowych BL?
- Nie, angażujemy także fachowców spoza Biura. Zajęcia prowadzili u nas m.in. Stanisław Bereś, Piotr Śliwiński i Darek Suska.

- Czy można spojrzeć na BL również jako na wielki zakład pracy dający niekonwencjonalną pracę wielu twórcom, jak się domyślam np. przy konkretnych programach opłacanych przez jakieś instytucje może MKiS?
- Biuro Literackie jest firmą prywatną, nie musimy więc realizować jakichś statutowych celów. W ciągu roku do różnych działań angażujemy około 80-100 osób. Środki na nasze projekty pozyskujemy z różnych źródeł. Niestety wciąż nie jest ich na tyle dużo, by można było powiedzieć, że „dajemy zarobić”.

- Młodzi wrażliwi ludzie pod ręką organizatorów warsztatów, spotkań, czytają swoje wiersze publicznie i to z wielkim luzem. Czy wszyscy potrafią być tak śmiali, czy to nie przychodzi im z trudem? Na festiwalach we Wrocławiu tak się dzieje, tak działo się w porcie w Kołobrzegu. Wyraźnie ma pan przepis na taką odwagę...
- Wszystko sprowadza się do wyboru odpowiednich autorów. W siódemce, która zaprezentowała się w Kołobrzegu nie było ani jednej przypadkowej osoby. Paradoks polega na tym, że każdy z tych autorów już dawno temu mógł wydać książkę. Fakt, że nie uczynili tego do tej pory, to dowód na ich dojrzałość literacką, którą widać również w prezentacjach scenicznych. Myślę, że nie będzie nadużyciem jeśli powiem, że to autentycznie najciekawsi poeci przed debiutem poetyckim w Polsce.

- Jak „sprowadzić” lub „wychować” publiczność, która w takim niewielkim Kołobrzegu odbierałaby to, co może się dziać na „festiwalu” poezji. Chciałby Pan przyciągnąć w jakiś sposób ludzi zainteresowanych i nową poezją czy prozą i nową muzyką – po prostu odbiorców?
- Myślę, że z czasem „Połów” w Kołobrzegu może przerodzić się w „Festiwal Debiutów”. Wówczas publiczność pojawi się tutaj sama. Tak, jak to miało miejsce dziesięć lat temu w Legnicy, gdy startował nasz festiwal. Chciałem też przypomnieć, że wraz z „Połowem” realizujemy z Miejskim Ośrodkiem Kultury w Kołobrzegu projekt edukacyjny. W styczniu przeprowadziłem zajęcia poświęcone współczesnej poezji w dwóch kołobrzeskich szkołach. Powtórzymy je niebawem w kolejnych placówkach. Oprócz tego odbyły się warsztaty dla młodych kołobrzeskich autorów. Myślę, że efekty tych działań zaczną być widoczne już niebawem.

- We Wrocławiu BL mieści się w nowoczesnej Mediatece. Wnętrze mocno odbiega od szarzyzny typowego ośrodka kultury, jest nowoczesne, luksusowe. To miejsce bardziej przyciąga czy peszy?
- Dysponujemy niewielką przestrzenią, w zupełności jednak wystarczającą na realizacje naszych planów i projektów. Fakt, że nasza księgarnia mieści się w ścisłym centrum miasta, dwie minuty od rynku, bardzo pomaga.

- Ludzi czytających poezję młodych poetów, wydawaną przez BL, jest mało. Dla mnie jest to niewątpliwie elita intelektualna. W jakim stopniu są to osoby, które same chcą pisać lub ich zainteresowania są niemalże zawodowe, czy studia skupiają się wokół poezji, a w jakim „zwykli czytelnicy”. Czy przysłowiowy lekarz szuka dzisiaj takich książek?
- Myślę, że nie mamy powodu do narzekań. Nakłady naszych książek wzrastają. Znajdują się w ofercie czterech hurtowni, które są w pierwszej piątce dystrybutorów w naszym kraju. Są dostępne w nieomal każdej dobrej księgarni w Polsce. Każdy z ważnych tytułów recenzowany jest w Wyborczej, Dzienniku, Rzeczpospolitej czy Tygodniku Powszechnym. Do tego dochodzi nasza księgarnia internetowa biuroliterackie.pl, w której zakupy robi w ciągu roku blisko tysiąc osób. Na podstawie zamówień w tym sklepie mogę potwierdzić, że po ambitną literaturę sięgają przede wszystkim studenci i uczniowie szkół średnich. Rzecz jasna czytają również inni piszący. Bo przecież bez czytania współczesnych poetów nie ma co liczyć na pisanie wierszy, które mogłyby zainteresować kogoś więcej niż np. członków lokalnego stowarzyszenia literackiego. A co do lekarzy, to na majowych targach książki w Warszawie jednym z naszych klientów okazał się doktor nauk medycznych, specjalista endokrynologii, ginekologii i położnictwa (śmiech).

- Przyglądał się Pan temu, jakie jest zainteresowanie nową prozą i poezją, tak statystycznie w miejscach większego dobrobytu, gdzieś na świecie?
- Co ciekawe, niezależnie od tego czy jest to 40-milionowa Polska, czy 2-milionowa Słowenia wszędzie grupa czytelników poezji jest dokładnie taka sama i wynosi około 500-800 osób. W takich ilościach wydaje się na całym świecie tomiki poetyckie, nawet w Stanach Zjednoczonych. Z prozą jest trochę lepiej. Ale i tutaj potrzebna jest czasami jakaś nagroda, by z dwóch tysięcy nakład mógł skoczyć do blisko stu. Tak było na przykład z Gnojem Wojciecha Kuczoka.

- Burszta czyta wiersze, ale nie pisze. Jakieś wiersze pan napisał jednak... kiedyś? Bardzo proszę opowiedzieć o swoim wchodzeniu w literaturę, o dojrzewaniu. Wiadomo, że to dzieje się w bardzo młodym wieku. Na pewno były jakieś książki.
- Nie można być dobrym macherem od literatury pisząc samemu. Bardzo rzadko się zdarza, by świetny artysta potrafił jednocześnie być dobrym menadżerem teatru czy opery. Zacząłem zajmować się literaturą bardzo przypadkowo i nie wiąże się z tym, niestety, żadna romantyczna historia.

- Ale pisze Pan!
- Oczywiście, że nie.

- Pierwsze czytane dojrzale wiersze...
- Oczywiście Brzechwa i Tuwim (śmiech).

- Tak u mnie też... „Tańcowała igła z nitką” i „Spóźniony słowik”, taki romantyczny, u Pana pewnie „Lokomotywa”, ale pójdźmy o stopień wyżej...
- Pierwszy dojrzale przeczytany wiersz? Mam nadzieję, że to dopiero przede mną (śmiech).

- Pytam, bo jest Pan znawcą poezji, nie ma co do tego wątpliwości. To się wzięło z powietrza, taka infekcja? Z lepszego od innych daru rozumienia czegoś...
- Nie wydaje mi się by wiersze były do rozumienia. Wolę te, które są do czytania. Niewiele jest przyjemności z czytania kawałków, w których wszystko jest jasne i czytelne. Autentyczna radość pojawia się dopiero wtedy, gdy autor zaskakuje nas i sprawia, że naturalną reakcją na wiersz jest ochota na jego ponowne przeczytanie.

- Pana ulubieni poeci. Na pierwszym miejscu, typuję, Różewicz, na drugim...
- Ci, którym w danym momencie wydaję książkę. A zatem w ostatnich trzech tygodniach poeci amerykańscy, których Piotr Sommer umieścił w swojej autorskiej antologii, jaka niebawem ukaże się nakładem Biura Literackiego. Nie ma dobrej redakcyjnej pracy nad książką bez pełnego, czytelniczego zaangażowania.

- Czy usłyszał Pan kiedyś albo poczuł, że robi coś wyjątkowego?
- Chyba słyszę to wciąż od ponad dziesięciu lat (śmiech).

- Nazwijmy to po imieniu. Działalność Biura Literackiego jest, nie boję się tego powiedzieć, misją...
- Chyba faktycznie więcej w naszej działalności misjonarstwa, aniżeli typowego dla wydawców książek zarobkowania.

- Czy dużo ma Pan jeszcze w niej do zrobienia? Mówi się dziesięć lat, Burszta zrobił dużo, ale patrząc na pomysły, które Pan realizuje, mierzy Pan w setkę, w kilka pokoleń. Czym będzie BL za, powiedzmy 30 lat? A może jeszcze więcej...
- Póki nie brakuje pomysłów, to są powody dla których warto rozwijać naszą działalność. Najbliższe plany są rozpisane do 2012 roku. Być może obok Portu Wrocław zaangażujemy się w inne festiwale. Obok poezji zaczniemy też wydawać więcej prozy. Przez te dziesięć lat nie planowaliśmy, że za pięć lat będziemy robić to czy tamto. Zamiast mówić, po prostu robimy to.

- Fort, Port, Przystań, Połów - na pokład... Przyjechał pan do Kołobrzegu i chyba czuje się w swoim żywiole. Wreszcie ma pan tutaj to wszystko namacalnie, nie w przenośni. I prawdziwy port. Może być?
- A jakże. Byłem nawet swego czasu nawet podejrzewany o ewentualne przenosiny działalności Biura do Kołobrzegu.

- Skąd te mokre nazwy dla różnych form działalności BL? Jakieś tęsknoty?
- Są pochodną od festiwalu, który od 2000 roku ma w nazwie słowo „Port”.

- Rozumiem, bo Legnica i Wrocław to duże miasta portowe.
- Na tyle duże, że można w nich prowadzić długoterminową działalność. Otwartą dla każdego. Jak w dobrym Porcie, gdzie zacumować może każdy statek.

- Czyli każda dobra książka - z dobrymi wierszami. Lub z dobrą prozą. Dziękuję za rozmowę.


Latarnia Morska 4/2006